Zeszyty łukowieckie Nr 6–8
Obszerny życiorys Antoniego Faszynkiedra oraz pamiętnik podoficera z kampanii włoskiej 1944 roku.
Zacznij czytać ↓ Oryginał PDF (14,1 MB) ↗
Tekst przepisano ze skanów i sprawdzono z oryginałem. Uwagi w nawiasach, np. [nieczytelne], są moje; telefony i prywatne adresy pominąłem. W razie wątpliwości liczy się skan (link „skan ↗” przy każdej stronie). Zeszyty są dziełem Franciszka Burdzego; o tym, co sam napisał o ich kopiowaniu, piszę w części Zgoda autora. Przycisk ▶ na dole czyta tekst na głos głosem z przeglądarki.
Zeszyty łukowieckie
Numer 6-7-8
Lipiec 2004 – Marzec 2005 rok Gazeta informacyjna
Od Autora!
„Zeszyty" Nr 6, 7 i 8 zawierają życiorys Antoniego Faszynkiedra mojego dziadka oraz dwa pamiętniki, jeden dziadka a drugi nieznanego podoficera. Pamiętnik dziadka rozpoczyna się 23 sierpnia 1939 roku i obejmuje jego drogę do Egiptu, do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich oraz kampanię libijską. Drugi pamiętnik, nieznanego żołnierza, opisuje kampanię włoską. Nasuwa się pytanie: - Jak pamiętnik ten dostał się w ręce dziadka? - Czyjego autor zginął a dziadek pamiętnik zabrał? - Szkoda, że w jego treści nie ma nazwiska autora. Na stronie tytułowej drugiego pamiętnika zamieszczam rysunek sporządzony przez kaprala Emila Czesaka. Przedstawia on włoskie miasteczko Rianero. Czy temu człowiekowi można przypisać autorstwo pamiętnika? - dziś z perspektywy lat trudno cokolwiek powiedzieć! Ponieważ w życiorysie dziadka, który został przeze mnie przygotowany w wersji roboczej jeszcze w 2002 r., jest sporo wątków dotyczących Łukowca myślę, że byłym mieszkańcom Łukowca i ich potomkom Zeszyty Nr 6 - 7 - 8 będzie się czytać dobrze. Jeżeli chodzi o pamiętniki, to mają one z pewnością jakąś historyczną wartość. Rozpoczynając pracę nad „Zeszytami" specjalnie ominąłem kilka historyjek łukowieckich, tych, które opowiedziałem wcześniej w „Życiorysie dziadka", aby wiadomości nie dublowały się. Obie prace mają pewne wspólne odniesienie i z tego też względu kilka zdjęć i kilka opisów powtarza się.
Historyk, prof. dr hab. Stanisław Dąbrowski, rektor Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Legnicy, po zapoznaniu się z „Życiorysem żołnierza i dwoma pamiętnikami" opatrzył je swoimi uwagami, które
pozwałam sobie przytoczyć poniżej. Zamieszczam także, krótką charakterystykę dziadka osoby wykonaną przez pana Edwarda Sabata.
Pragnę również zaznaczyć, że moim pierwszym celem było przede wszystkim zachowanie pamięci o dziadku, głównie dla rodziny. Ponieważ jednak zacząłem pracować nad „Zeszytami" - doszedłem do wniosku, że opublikowanie w nich: „Życiorysu żołnierza i dwóch pamiętników" nie zaszkodzi ani jednemu ani drugiemu.
Wątek zawierający elementy historyczne, a dotyczący dziadka matki przedstawiłem tak, jak nam go dziadek opowiadał. Czy jest dziś możliwość jego dalszego zbadania i wyjaśnienia, trudno stwierdzić. Być może tak. Uważam, że należy go traktować jako legendę rodzinną i więcej nic na ten temat, przynajmniej na razie, powiedzieć nie mogę. Dokładna analiza dziadkowego pochodzenia, zarówno ze strony matki jak i ojca, nastręcza sporo trudności. Niestety ludzie, którzy mogliby znaleźć jakieś stare dokumenty w archiwach kościelnych czy miejskich odmówili mi współpracy. Po prostu nie mają czasu albo im się zwyczajnie nie chce niczego szukać. Moim marzeniem jest - nie ukrywam, wydanie „Życiorysu żołnierza i dwóch pamiętników" w formie książkowej. I choć w takim przypadku pragnąłbym jeszcze posze-
Zeszyt zawiera:
1. Słowo od autora
2.„Życiorys żołnierza i dwa pamiętniki"
3. Komentarz końcowy
rzyć pracę o kilka zdjęć i dokumentów, które mógłbym uzyskać w Górze Ropczyckiej jak np.: zdjęcie kościoła w którym dziadek był chrzczony, zdjęcie domu w którym mieszkał dane dotyczące dziadka dziadków ze strony ojca. Być może w GS - sie w Brzegu Dolnym można by natrafić na jakieś dokumenty dotyczące dziadkowego wykształcenia. Pragnę jeszcze wyjaśnić, że pamiętnik drugi ma pewne braki. Nie ma w jego środkowej części jednej czy dwóch kartek, także brakuje w nim ostatniej i pierwszej strony. To co znalazłem, publikuję i choć pamiętnik nie jest całkowicie kompletny, to obrazuje on drogę żołnierzy polskich od momentu wyjazdu z Port Saidu w Egipcie i wylądowaniu w porcie południ o-włoskim Tarencie, aż po osiągnięcie Bolonii. W pamiętnikach jest wiele rzeczy ciekawych, uderzających. Warto też powiedzieć, że razem z Polakami walczyły trzy mniejszości narodowe: Rusini (Ukraińcy), Białorusini i Żydzi, stąd msze prawosławne i pewne nazwiska oraz imiona charakterystyczne dla tych nacji. Niektórzy z tych ludzi byli z Polakami zesłani na Sybir i dzielili ich los. Czasem nawet nie wiedzieli, co się w tym czasie w kraju dzieje.
Myślę, że warto jeszcze wspomnieć, że dziadek i żołnierz, autor drugiego pamiętnika mieli duże zacięcie, aby opisywać swoje przeżycia. Zauważa się pewne niedoskonałości językowe - jednak nie są one rażące. Wiadomo, były pisane w warunkach bojowych, naprędce, na kolanie w momencie jakichś przerw w walkach czy wieczorami przed snem. Dziadek również notował kampanię włoską. Widziałem kiedyś jego kalendarzyk ze stosunkowo skromnymi zapiskami, były tam wymieniane miasta włoskie, które zdobywali i nieliczne spostrzeżenia. Kalendarzyk gdzieś zginął. Choć uwagi nie były obszerne niemniej dziadek zapisywał. Miał potrzebę notowania. Jest w tym coś znamiennego, oficerowie polscy w Katyniu też pisali pamiętniki, czynili notatki. Nawet nieraz do ostatnich chwil, do momentu dowiezienia ich na miejsce kaźni.
Była taka jakby mania uwieczniania tego co się dzieje, co się przeżyło. I dzięki temu mamy te dwa dokumenty.
Kiedyś rozmawiałem z żołnierzem rosyjskiej armii, który zakończył wojnę w Czechach koło Pragi. Mówił tak: Pisać nam nie wolno było - gdy dowódca zauważył, że coś skrobię - zabrał mi zapiski. Zresztą - mówił - myśmy nie wiedzieli gdzie jesteśmy, gdzie idziemy, gdzie nas wiozą i z kim za chwilę będziemy walczyć. Taka była w rosyjskiej armii reguła. Ten żołnierz nie narzekał jednak ani na jedzenie ani na stosunki w armii. Nawet twierdził, że relacje pomiędzy dowództwem a żołnierzami były przyzwoite. Jak się zgubił i odnalazł po kilku dniach, nikt do niego nie miał pretensji. Na marginesie jeszcze dodam, że był on narodowości łemkowskiej. Gdy wrócił do rodzinnej wioski późną jesienią 1947 r. , już jej nie było. Wszystkich wywieziono bądź to na Zachód bądź na Wschód. - Rodzinę odnalazł w końcu na Śląsku.
W armii polskiej na Zachodzie żołnierze mogli pisać wszystko. Wiedzieli też, gdzie są i dokąd idą. Dzięki temu mamy w pamiętnikach stosunkowo dużą ilość wymienionych miejscowości i wiele nazwisk żołnierzy oficerów, przełożonych i kolegów autorów obu pamiętników. Uderza też obfitość fotografii.
Opracowanie „Życiorys żołnierza i dwa pamiętniki" dedykuję rodzinie Faszynkiedrów w prostej linii spokrewnionej z dziadkiem zamieszkującej w Głuchołazach w opolskim w Krakowie i w Starym Dworze koło Brzegu Dolnego a także w Filadelfii w Stanach Zjednoczonych oraz rodzinom: Szulców, Burdzych, Łajewskich, Muszyńskich, Czerwińskich, Wardachów i Biermacherów, spokrewnionym z Faszynkiedrami poprzez dziadka córki i wnuczki.
Życiorys żołnierza i dwa pamiętniki
[fotografia: kopuła bazyliki św. Piotra w Watykanie i grupa żołnierzy pozujących na jej tle]
Lubin, 2002 rok
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Wspomnienia, pamiętniki, biografie ludzi którzy żyli wśród nas, w "zwyczajnych" polskich rodzinach są niezwykle cenne dla ich bliskich jako pamiątki. Mają również istotną wartość jako źródła historyczne i socjologiczne. Ukazują bowiem rzeczywistość której uczestnikami lub obserwatorami byli ich bohaterowie.
Interesującym przykładem takich właśnie enumeracji[?] jest "Życiorys żołnierza" i "dwa pamiętniki". Przeczytałem je z zainteresowaniem. Nie jest moim zamiarem ich recenzowanie. Pragnę jedynie podzielić się ogólną refleksją. Uderzyła mnie wrażliwość autora (autorów), jego (jej)[?] zmysł obserwacji wydarzeń, sytuacji, a także ludzi, bezstronność, obiektywizm ocen. Te cechy satysfakcjonują czytelnika. Lektura prac tych sprawiła mi dużą przyjemność. Wyrażam podziękowanie Pani Redaktor Jadwidze Wardak-Burdzy za ich udostępnienie.
Legnica 16.03.2003
[podpis: Stanisław Dąbrowski]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Jako Łukowianin z dużą ciekawością przeczytałem w Zeszytach Nr[?] 6-7-8 "Życiorys żołnierza i dwa pamiętniki", przedstawiające Życiorys Pana Antoniego Faszynkiedora[?]. Moja ciekawość była tym większa, że Pan Antoni w latach 1953/54 był moim przełożonym w Przedsiębiorstwie Budowy Stopnia Wodnego na Wałach Śląskich. Chociaż mieliśmy biurka w jednym pokoju to o tamtych wydarzeniach na Zachodzie lepiej było nie mówić. U.B niemal wszędzie miało wówczas swoje "wtyczki."
Od mojego ówczesnego szefa można było wiele się nauczyć a przede wszystkim punktualności, obowiązkowości. Solidnego wykonywania obowiązków i innych dodatnich cech niezbędnych w pracy.
Autor "Życiorysu żołnierza i dwóch pamiętników" Pan Franciszek Burdzy wykazał się wielkim nakładem pracy w gromadzeniu materiałów źródłowych jak: pamiętniki, fotografie, wspomnienia rodzinne, listy, odznaczenia itp. Bez wątpienia należy przyjąć, że jest to dokument historyczny dla potomnych.
Jestem pełen podziwu, że Pan Franciszek Burdzy posiada tak duże wiadomości z dziejów Łukowca, tym bardziej, że należy do pokolenia powojennego. Cechuje go przede wszystkim upór w kontynuacji podjętej pracy nad wiarygodnym przedstawieniem dziejów Łukowca. Wszystkie wydarzenia zaczerpnięte od świadków - przed zamieszczeniem w Zeszytach - są skrupulatnie weryfikowane nadając w ten sposób miano pracy o znaczeniu historycznym.
Wypada tu tylko dodać: Panie Franciszku, "tak trzymać"
E. Juk[nieczytelne — podpis] 30.01.05
Rozdział I
WSTĘP
Próba opisania życia mojego dziadka Antoniego Faszynkiedra wynika głównie z dwóch przyczyn:
Po pierwsze - pragnę utrwalić i zachować pamięć o człowieku, który był dla nas - jedenaściorga jego wnucząt - osobą niezwykłą a jednocześnie mam i nadzieję, że jego przeżycia mogą być interesujące również dla ludzi spoza kręgu rodziny.
Drugą sprawą jest stosunkowo duża ilość pamiątek, jaka pozostała po dziadku. Jest sporo zdjęć porozrzucanych po całej familii i różnych dziadka akcesoriów. Coś wartościowego ciągle ginie, a to brakuje krzyża, który jeszcze parę lat temu można było podziwiać, to znów gdzieś zapodział się kalendarz dziadka z okresu kampanii włoskiej albo nie mogę odnaleźć zapisków dyktowanych przez dziadka mojej siostrze Danucie. - Wreszcie powiedziałem, dość tego! - To, co ocalało, zostanie zebrane i będzie stanowić materiał do opracowania. - Wiem że nie napiszę o dziadku wszystkiego, ale z całą pewnością przybliżę jego osobę tym, którzy zechcą przeczytać niniejszą pracę, a jeżeli jeszcze sprawi im to jakąś frajdę - będę zadowolony.
Na tle życiorysu dziadka pragnę również napisać parę słów o wsi, w której mieszkał - Łukowcu. Sprawa Łukowca, choć na pozór prosta - ma wiele niedomówień. Ta położona pomiędzy Lwowem i Stanisławowem miejscowość ze swoją historią i swoimi bohaterami jest miejscem dla wielu ludzi jedynym na świecie. Odniosłem nawet wrażenie, że osoby, z którymi rozmawiałem na temat tej wioski, wolałyby, abym o niej nic nie pisał - bo wszystko było inaczej, niż ja sądzę. Nie mam jednak zamiaru zostawiać Łukowca całkowicie na boku, gdyż tu dziadek mieszkał, tu żyli jego najbliżsi - żona i dzieci. Tu miał też sklep, gospodarkę i do tej wsi - jak to się mówi - przynależał.
Dziadek urodził się 31 maja 1900 roku w Górze Ropczyckiej niedaleko Strzyżowa. Dane mu było brać udział w obu wojnach światowych i wojnie polsko-rosyjskiej 1919 -1921 zwanej powszechnie „bolszewicką".
Wracając do kraju z Anglii w 1948 roku miał dziadek cały bagaż wrażeń związanych z pobytem na Zachodzie, w Azji i Afryce Północnej. Przeżyciami swymi dzielił się ze wszystkimi, ale najchętniej opowiadał je nam - swoim wnukom - odwiedzającym go wraz z naszymi rodzicami w jego domu we wsi Stary Dwór koło Brzegu Dolnego w co drugą niedzielę.
Dziadek bardzo często odpowiadając na zadawane mu pytania posługiwał się prostą formułą mówiąc: „W Anglii to jest tak - we Włoszech to tak"- albo, że - „Arab to by na to zareagował tak". - Na ogół ludzie słuchali tego, co mówił, z zainteresowaniem. Czasem jednak miałem wrażenie, że tego typu argumenty, które nierzadko miały ostateczny charakter i często nie pozwalały na dalszą dyskusję - denerwowały tylko rozmówców, gdyż wychodziło na to, że dziadek wie wszystko najlepiej albo że góruje nad wszystkimi doświadczeniem i wiedzą. My jednak, jego wnuki, słuchaliśmy zawsze każdego jego słowa, z zapartym tchem i otwartymi ustami.
Dziadek najchętniej opowiadał nam swoje przeżycia z czasów II wojny światowej. Jego życie z tego okresu jest nam stosunkowo najlepiej znane. Wspominając różne zdarzenia i przygody starał się nas w jakimś sensie edukować. Jednocześnie miał potrzebę mówienia i opowiadania- choć muszę przyznać, że z natury nazbyt rozmownym człowiekiem nie był. Uważał, piszę to z całą pewnością, swoje życie za dobrze przeżyte, a nawet można by rzec, dobrze spełnione. Opowiadając nam różne historyjki z okresu wojny, dziadek w jakimś sensie ograniczał się do spraw nietypowych, śmiesznych, anegdotycznych. Były one już prze filtrowane przez dziadka umysł, pozbawione atmosfery wojny, lęku o życie, znoju przemarszów, który z pewnością był udziałem nie tylko dziadka, ale także wszystkich jego kolegów - żołnierzy. Wydawało nam się
nawet, że wojna „na Zachodzie" nie była zbyt groźna, i że był to raczej jakiś, jak byśmy to dziś powiedzieli, spacerek a nie krwawe walki. W kraju zawsze panowała opinia, że na „Wschodzie" ludzie ginęli masami a ci na „Zachodzie" walczyli z dużo mniejszym narażaniem się. I z pewnością prawda taka jest - to podkreślał nawet sam dziadek - mówiąc o przygotowaniu lotniczym i artyleryjskim oraz czołgach zajmujących teren przed każdym wejściem żołnierzy na pozycje wroga. Po zapoznaniu się z pamiętnikami zmieniłem nieco zdanie na temat tej straszliwej wojny. Ludzie ginęli wszędzie, a ci na Zachodzi nie tylko pod Tobrukiem czy Monte Cassino, ale na każdym etapie działań - od kul, min, bombardowań lotniczych i artyleryjskich.
Rozdział II POCHODZENIE
Dziadek urodził się z ojca Józefa Faszynkiedra i matki Anieli Zach. Jego rodowód jest bardzo ciekawy, choć od razu muszę zastrzec, że dziadek czuł się, tak zresztą jak i jego bracia a także jego ojciec, zawsze tylko Polakiem. Miał jednak świadomość swojego w jakimś stopniu nie polskiego pochodzenia. Dziadka dziadek był Austriakiem ożenionym z Polką i był podobno pierwszym starostą w Strzyżowie. Zmarł on jak opowiadał nam dziadek wraz z żoną na skutek wybuchu epidemii w tym mieście. Pozostawione dziecko - Józefa - wychowała polska rodzina matki na Polaka. Ponieważ rodzina ta nie była zbytnio zamożna, oddano pradziadka na naukę do szewca. Był więc dziadka Ojciec a mój pradziadek szewcem. Z opowiadań mojej mamy, potwierdzonych również przez rodzinę, wiadomo, że pradziad Józef był mały i rudy. Rudzizna, zresztą w rodzinie Faszynkiedrów choć nie często, to jednak od czasu do czasu odzywała się, ale ani dziadek ani żaden z jego braci rudymi nie byli. Rudy jest za to jeden z jego wnuków, a także córka jego brata Stanisława. Dziadek był ciemnym blondynem, a nawet można by rzec szatynem średniego wzrostu o niebieskich oczach. Jego bracia; Władysław - najbardziej do dziadka podobny pod względem fizis, był także ciemnym blondynem, wzrostu dziadka, Stanisław był blondynem, a Ludwik szatynem. Obaj byli od dziadka nieco wyżsi. Siostra dziadka, Henryka - była rudawą blondynką średniego wzrostu. Z nazwiskiem dziadka łączy się sprawa jego pisowni i brzmienia. Pradziadek i dziadek nazwisko spolszczyli zmieniając „sch" na „sz", także literę „en" zmienili na „y" oraz „ie" czytali po polsku a nie jako długie niemieckie „i". Ponieważ bracia dziadka nie spolszczali nazwiska, było ono w pisowni i w brzmieniu nieco inne, a mianowicie: „Faschenkieder". Praktycznie mamy do czynienia z dwoma nazwiskami - ze spolszczoną wersją dziadka i pisownią niemiecką jego braci. Zmiana ta, dla niektórych nieistotna, dla innych miała jednak jakieś znaczenie i ma wyraz także w zdarzeniu trochę śmiesznym związanym z dziadka bratem Stanisławem. Gdy urodził mu się syn Józef, dziadek przebywający w tym czasie w Krakowie został poproszony o załatwienie metryki dziecku. Zarejestrował chłopca pod spolszczoną wersją nazwiska „Faszynkieder", co spowodowało niezadowolenie jego brata. - No to jak? - mówił - to ja Faschenkieder, a on mój syn Faszynkieder - przecież to jest już inne nazwisko. - Wujek był z tego faktu podobno bardzo niezadowolony. W każdym bądź razie takie zdarzenie miało miejsce i nie chodzi tu przecież o to, że wujek mógłby nie czuć się Polakiem - bynajmniej - ale pisowni nazwiska nie chciał zmieniać. Dla mnie nazwisko Faszynkieder w każdej wersji, czy spolszczonej czy nie, brzmi bardzo po niemiecku i nic na to nie poradzę.
Matka dziadka Elżbieta Zach pochodziła ze spolszczonej rodziny węgierskiej, która w XIV wieku uciekła do Polski na skutek prześladowań na Węgrzech. Ponieważ matka dziadka zmarła bardzo wcześnie, gdy dziadek miał zaledwie kilka lat - niewiele ją pamiętał. - Drugi ożenek pradziadka z Elżbietą Miętus, podyktowany był, jak sądziła moja mama, raczej litością pani Miętus nad gromadą zaniedbanych dzieci, niż miłością do zaglądającego do kieliszka pradziadka Józefa. W sumie sytuacja rodzinna po ożenku poprawiła się głównie na korzyść dzieci, których z pierwszego małżeństwa było czworo: Władysław, Antoni, Stanisław i Hanka, z drugiego małżeństwa był Ludwik. W sumie dzieci było pięcioro. W rodzinie pozostawały też jeszcze dzieci pani Elżbiety Miętus, macochy dziadka z jej pierwszego małżeństwa.
Wracając do Zachów - rodzina ta uciekła w XIV wieku do Polski przed prześladowaniami ze strony węgierskiego dworu (dziadek wielokrotnie opowiadał nam o tej legendzie). W XIV wieku królewicz polski Kazimierz zwany później Wielkim, syn króla Władysława Łokietka, przebywał na węgierskim dworze u swojej ciotki Elżbiety, siostry Władysława Łokietka, a żony króla Węgierskiego Ludwika Andegaweńskiego. Tu poznał pewną dworkę, córkę węgierskiego pana Felicjana Zacha - Klarę, która przebywała na dworze królewskim. Podobno rycerz Felicjan Zach po śmierci swojej żony oddał córkę na dwór na wychowanie. Królewicz Kazimierz nie okazał się obojętny na wdzięki pięknej węgierki (zresztą słynął później z licznych flirtów i wielu nieślubnych dzieci) . W konsekwencji romansu, Klara zaszła w ciążę - a ojciec jej zrobił to, co uczyniłby dziś w takiej sytuacji każdy ojciec na świecie poprosił o widzenie z królem i królową. Gdy mu w końcu udzielono posłuchu, zażądał, aby polski królewicz, ni mniej ni więcej, tylko ożenił się z jego córką - No, tego jednak było za wiele. Po prostu król i królowa wyśmiali nieszczęsnego rycerza. Ten wpadł w szał, dobył miecza i rzucił się na koronowane głowy. - królowej uciął cztery palce a króla zranił - w konsekwencji, czeladź zabiła go na miejscu. Zachów okrzyknięto królobójcami, na całą rodzinę podła infamia - zaczęto ich mordować. Ciało nieszczęsnego rycerza Felicjana Zacha rozczłonkowano a kawałki powywieszano w różnych miastach Węgier na publiczny widok jako królobójcy. Klarę uwięziono w lochach i zamęczono na śmierć - choć była brzemienna. Jakaś część rodziny uciekła do Polski (może w góry) - w konsekwencji wylądowali w okolicach Strzyżowa, a król Polski Władysław Łokietek, znający dobrze całą tę sprawę, dał im spokój, gdyż miał jakieś sumienie. Historia odnotowuje to tragiczne wydarzenie, gdyż pisze o nim zarówno Karol Szajnocha w swojej książce „Jagiełło i Jadwiga" jak też i Paweł Jasienica w „Historii Polski Piastów". Niewątpliwie dziadka matka pochodziła z tej właśnie rodziny. Na marginesie należy jeszcze dodać, że sprawiedliwość w tamtych czasach była naprawdę okrutna, a stwierdzenie Szajnochy, że „rycerz Felicjan Zach był szaleńcem" - niekoniecznie musi być solidną oceną tego wszystkiego, co się wtedy stało.
- Wystarczy tylko zastanowić się nad tym, czym jest miłość ojcowska... godność człowieka... honor! Nie mówiąc już o zwykłej ludzkiej przyzwoitości. Królom jednak wtedy wolno było prawie wszystko.
Dziadek w jakimś stopniu znał rodzinę Zachów. Któregoś dnia powiedział, że gdy był bardzo małym chłopcem - miał 6 lub 7 lat, dziadek Zach - ojciec jego matki, rozmawiał z kimś o rewolucji węgierskiej - chodziło najprawdopodobniej o 1848 rok, coś już kojarzyłem mówił, bo zacząłem się z dziadka ni stąd ni zowąd śmiać - „Po coś ty tam chodził" powtarzałem w kółko i wtedy dziadek Zach bardzo poważnie odpowiedział: „Widzisz, dzicie, gdybyś i ty w tamtym czasie żył, pewnie też byś tam poszedł" - Zapytałem dziadka - a ile wtedy twój dziadek Zach mógł mieć lat? - Odparł - no miał ponad osiemdziesiąt" - zacząłem liczyć i wychodziło, że skoro dziadek mówił to w 1906 lub 1907 a dziadek Zach miał 82 lata to w 1848 roku mógł mieć jakieś 24-25 lata - jest, więc to możliwe, że na Węgrzech był.
Należałoby jeszcze dodać, że macocha dziadka - Elżbieta - była dobrą matką dla wszystkich dzieci. Dziadek bardzo ją szanował i do późnej starości co roku jeździł na jej grób i groby swoich rodziców do Góry Ropczyckiej.
Rozdział III
PIERWSZA WOJNA ŚWIATOWA I OKRES WOJNY POLSKO - BOLSZEWICKIEJ.
Co było do 1917 roku - jak dziadek dorastał - nie wiem. - Pewnie skończył szkołę podstawową i praktykował w warsztacie szewskim ojca, gdyż znał szewski fach i umiał nie tylko naprawiać, ale także i robić buty - Czy miał dzieciństwo łatwe i przyjemne - trudno dziś powiedzieć, skłonny jestem stwierdzić, że z pewnością niczym nie różniło się ono od zwykłego wiejskiego życia mieszkających w okolicach Strzyżowa i Góry Ropczyckiej ludzi. Po prostu jakaś tam gospodarka z polem, krowami, sadem, kurami i świniami, a do tego jeszcze zakład szewski ojca, jako dodatkowe źródło dochodów.
W 1914 roku zaczęła się I wojna światowa - Polska nie stała na uboczu. - Rodacy służyli we wszystkich trzech armiach zaborców - żołnierz był potrzebny - wszyscy coś tam Polakom obiecywali, byle by tylko przeciągnąć naród na swoją stronę. Dziadek wiedział, że do wojska iść musi i wstąpił w 1917 roku do Legionów. - Gdy go kiedyś zapytałem - dlaczego do Legionów? - odpowiedz była prosta. - No wiesz, chciałem być ze swoimi - w innym przypadku groziło mu wojsko austriackie, którego jako Polak chciał uniknąć.
Pobyt dziadka w Legionach jest mi stosunkowo mało znany. Na pewno formowanie i przygotowanie żołnierzy odbywało się gdzieś w okolicach Rzeszowa lub Krakowa w miejscu stałym, wiązało się to z naborem oraz ćwiczeniami. Wiem, że ojciec dziadka interesował się synem i odwiedzał go w wojsku. Pewnego razu - opowiadał dziadek - gdy ojciec przyjechał w odwiedziny - on odbywał za jakieś przewinienie karę słupka, która polegała na tym, że na kilka godzin wieszano żołnierza związanego za ręce i nogi na haku wbitym w mur i tak cierpiał. W trakcie odbywania tej kary zjawił się ojciec. Do wiszącego dziadka przyszedł podoficer z żołnierzem - zdjęli go z tego słupka oraz oznajmili, że ma się w ciągu 10 minut przebrać, wymyć, uczesać i zgłosić do podoficera dyżurnego. - Za bardzo nie miał pojęcia co się stało - gdy zameldował się dyżurnemu, ten kazał mu usiąść, zjeść przygotowany posiłek, wypić kawę zbożową i w trakcie jedzenia oznajmił, że reszta kary została mu darowana i że na poczekalni czeka na niego ojciec.
Legion dziadka poszedł na Bukowinę. Dziadek mówił, że dowodził nimi generał Zieliński. Kiedyś słyszałem w radiu urywki audycji o Legionie bukowińskim, którego dowódcą był pułkownik Zieliński - pomyślałem sobie wtedy, że dziadek zbyt daleko od prawdy nie był - pewnie ten pułkownik później awansował na generała i dlatego dziadek użył słowa „generał". Dziadek wyjaśniał, że po obu stronach frontu stali Polacy, szybko dogadali się, że Legion przejdzie na stronę rosyjską i część Legionu, nawet zdaniem dziadka większa część, gdyż Legion liczył - jak mówił dziadek - około 4500 ludzi, przeszła na rosyjską stronę, a jedna trzecia z dziadkiem została w trakcie przeprawy otoczona przez wojska austriackie. Odebrano im broń i tu dziadek mówił, że postanowili te 1500 ludzi rozstrzelać, co do jednego. W sejmie austriackim podniósł się wrzask - posłowie polscy zaczęli bronić swoich ziomków - potem przyszła pogłoska, że rozstrzelają co drugiego, a później, że co dziesiątego, w końcu resztka Legionu została internowana do obozu na Węgry. Podobno Polaków bronił słynny adwokat lwowski Lieberman. Żołnierzy umieszczono na Węgrzech w obozie w mieście Marmoszsiget (obecnie Rumunia). Jedli tylko jeden raz dziennie, obozu nie można było opuszczać, jedynie za specjalną przepustką - otoczenie źle nastawione do dezerterów - co mogli sprzedawali. Szefem obozu był Ukrainiec, udawał, że nie umie mówić po polsku, więc wyzywał nas po ukraińsku od najgorszych - żeby wam oczy wydłubano i jeszcze do tych dołków nasrano - było typowym wyzwiskiem tego człowieka. Ja was będę inwigilował - ryczał - Was powinno się wszystkich wybebeszyć itp. epitety. Inwigilacja nie obejmowała jednak kościoła. Gdy w kościele zaintonował Ukrainiec po polsku hymn austriacki „Boże zachowaj cesarza" - gruchnęło „Boże coś Polskę przez tak liczne wieki" - Ukrainiec wściekły - no ale co miał robić - dwa razy tylko krzyknął... Stać! stać!- nikt go jednak nie słuchał a pieśń buchała w niebo i niosła żołnierzom nadzieję i wiarę.
Gdy dziadek otrzymał od ojca przekaz pieniężny, bardzo się ucieszył, nie była to jakaś większa suma - jak mówił - ale można było już coś za to kupić. Okazja nadarzyła się zaraz w następny dzień. Kolega wychodził na przepustkę - dziadek odliczył pieniądze i poprosił kup 10 bułek dla mnie i trzy dla siebie. Chłopak wziął pieniądze. Wieczorem, gdy przyszedł dziadek drzemał na wyrku - usłyszał coś w rodzaju cichego chlipania, odwrócił głowę przed nim stał kolega - płakał, bułki wszystkie zjadł. Kupił je podobno - swoje trzy zjadł od razu - a potem, gdy wracał do obozu, nie wytrzymał, sięgnął po jedną... tylko jedną... potem po drugą... potem po trzecią... aż w końcu nie zostało nic.
Któregoś dnia do obozu przyjechały na wizytacje przedstawicielki jakiejś Ligi Kobiet z Krakowa (właśnie tak określił dziadek te panie, które zjawiły się w obozie) - puszczono je.
Panie natychmiast zorientowały się w sytuacji - pierwszy zakup - to było kilka worków mąki kukurydzianej. Każdy żołnierz dostał po garści mąki i natychmiast ją zjadł. Panie wyjechały do Krakowa, narobiły krzyku, że straszliwie głodujemy, że w obozie mizeria całkowita i zaczęto z Polski przesyłać paczki z prowiantem dla oficerów, dla żołnierzy, dla całego obozu. - Słowem, od tego czasu sytuacja nasza znacznie się poprawiła - mówił dziadek. Nie jestem pewien, czy na tym skończyła się dziadka przygoda w Legionach, nie będę tu niczego wymyślał, gdyż nie chodzi przecież o dorabianie jakiejś tam legendy na siłę - uchowaj Boże zostawiam ten okres taki, jakim go znałem ze słyszenia - zresztą dziadek miał w tym momencie historii 17 lat i z pewnością zrobił to, co do niego należało - a może nawet więcej.
Ostatnie wydarzenie obejmujące okres I wojny światowej było w życiu dziadka dość ważne, a dotyczyło praktycznie rzecz ujmując okresu walk z Ukraińcami o Lwów a więc 1918 roku Gdy sytuacja związana z walkami stała się głośna - dziadek szedł do Lwowa z oddziałem kilkunastu żołnierzy - jak do tego doszło - mogę się tylko domyślać. Jedno jest pewne - że szedł. W okolicach Gródka Jagiellońskiego - jak opowiadał - gdy dochodzili do lasu, Ukraińcy otworzyli do nich ogień tak silny, że mowy nie było, aby iść dalej. Dziadek, który był wtedy kapralem, poderwał parę razy żołnierzy do przodu, sytuację jak sam mówił, tylko pogorszył, gdyż oddział dostał się jeszcze bliżej prowadzących ogień i został praktycznie całkowicie unieruchomiony. Musieli leżeć na ziemi plackiem i czekać aż do wieczora na możliwość wycofania się. Aby nie dać się okrążyć - ostrzeliwali się głównie na boki. Wieczorem, gdy padł rozkaz „cofamy się" - dziadek nie mógł się ruszyć. Wyniesiono go z pola do jakiejś polskiej wsi. - Dwa miesiące leżał w szpitalu w Rzeszowie. Złapał po prostu od ziemi „wilka". W kiepskim stanie z jakąś tam poprawą zdrowia wrócił do Góry Ropczyckiej. Był chory - miał trudności z podnoszeniem się z łóżka, siedzeniem, a nawet ze staniem prosto, schudł, bok cały wygrzewał, lecz niewiele to dawało, może najważniejsze było to, że trochę chodził.
Któregoś dnia, gdy drzemał z zamkniętymi oczyma na ławce przed domem, usłyszał rozmowę trzech przechodzących staruszek: „Widzi mi się, że z tego Antosia już nic nie będzie" - powiedziała jedna. - „ Oj chyba tak... chyba tak" - potaknęła druga - „bladzieńki strasznie i wysechł na szczapę". - Nie była to miła zapowiedź. - Jednakże po paru tygodniach dziadek poczuł się lepiej i zdrowie zaczęło mu wracać. Po dwóch miesiącach chodził już normalnie i gdy któregoś dnia przyszło wezwanie do polskiego wojska, zameldował ojcu: „Tato, rocznik mój biorą - trzeba mi iść" - Ojciec nie oponował. Służba była tym razem bardzo dobra. Znalazł się w oddziale ochrony kolei na odcinku Lwów-Płoskirów (obecnie miasto Chmielnicki na Ukrainie). Ochrona dotyczyła głównie transportów wojskowych z kolejarzami nie było problemów. Nie dochodziło do żadnych poważniejszych incydentów, kradzieże zdarzały się sporadycznie, a bitwa warszawska przyniosła zwycięstwo nad Moskalami. W okresie tym jeden tylko raz dziadek otarł się o śmierć. Było to podczas rutynowej naprawy torów. Rano drezyną pojechali po kolejarzy naprawiających tory - gdzie było też dwóch ubezpieczających żołnierzy. Gdy wszyscy załadowali się już na drezynę, runęła straszliwa ulewa. Zbili się w kupkę i przykryli plandeką czekając, aż ulewa ustanie. Do skrzyżowania torów z drogą mieli nie więcej niż 150-200 metrów - nagle widzą Kozacy na koniach - jadą drogą - deszcz siecze a oni cały oddział, ze 400 ludzi, przedefilował przed nimi w strugach deszczu. - Po przejeździe dziadek poczuł stukniecie kolegi. Bałeś się, że nas odkryją? - Już by było po nas - powiedział. - Pewnie, że tak! - odrzekł dziadek - to cud boski, że żyjemy...wykłuli by nas jak nic!
Niestety więcej wątków dotyczących I wojny światowej i okresu wojny polsko-bolszewickiej nie znam. Na pewno było ich znacznie więcej, lecz ja przyszedłem na świat po II wojnie światowej, zaraz po przyjeździe dziadka z Anglii i to co nam opowiadał dotyczyło głównie lat 1939-1947. Wrażenia związane z wieloletnią tułaczką po świecie były u dziadka dominujące i w jakimś sensie górowały nad tym wszystkim co przeżył wcześniej. Wypada jeszcze wspomnieć, że raz tylko w życiu dziadek miał szczęście spotkać się z Marszałkiem Józefem Piłsudskim w Krakowie. Był z kolegą w jakimś teatrze, w czasie przerwy podeszli do sklepiku i tam jemu i koledze ktoś położył ręce na ramionach. - Cześć usłyszeli - co u was słychać? - Wyprostowali się jak struny. Chcę się z wami napić jednego - dodał Marszałek Piłsudski - rzucili się do portfeli - Marszałek uśmiechnął się - Przestańcie - to już wszystko dawno jest
zapłacone - powiedział - wypili po kielichu. - Marszałek znał kolegę dziadka po imieniu więc zamienił z nim kilka słów, potem podając im ręce pożegnał się.
Po I wojnie światowej miał dziadek stopień kaprala. Dostał też jakieś odznaczenie mówiące o tym, że był Legionistą. W moim posiadaniu jest „Krzyż Walecznych" za 1920 rok. Poza tym, na pewno był w oddziale ochrony kolei. - Stopień nie ma tutaj większego znaczenia, choć z całą pewnością dziadkowi na stopniach także mogło trochę zależeć, jak zresztą każdemu człowiekowi awans sprawia przyjemność. - Dość, że wyjaśnię, iż II wojnę światową ukończył w stopniu sierżanta. Po wojnie polsko - bolszewickiej dziadek aż do demobilizacji w listopadzie 1922 roku wykorzystywał swoje szewskie umiejętności pracując w charakterze kierownika wojskowego zakładu szewskiego „ku zadowoleniu przełożonych".
- W końcu but wojskowy, to nie bagatelna sprawa, armia, która ma dobre buty jest pełnowartościowa - słowem dziadek do tego przyczyniał się sumiennie.
Rozdział IV
OKRES MIĘDZYWOJENNY
Zaraz po demobilizacji podjął dziadek próbę znalezienia pracy - doradzono mu, żeby szukać jej na kolei. Kolejarze mieli w całym okresie międzywojennym stosunkowo dobrą sytuację, niezłe płace, pewność pracy, umundurowanie, więc i dziadek doszedł do wniosku, że służba na kolei mogłaby być czymś niezłym. Kupił bilet do Rzeszowa i zgłosił się do naczelnika stacji z ofertą pracy. Ten jednak na propozycję dziadka nie odpowiadał. - Sprawiał wrażenie niezadowolonego, ledwie słuchał słów dziadka - w końcu rzekł. - Pan wie, ilu takich jak pan codziennie tu przychodzi? - No, po kilku! - Dziadek nie rezygnował - konsekwentnie wyjaśniał, że jest po służbie wojskowej, że był w Legionach - co jednak nie dawało żadnego efektu. Gdy któryś z kolei raz powtórzył - Panie, byłem w Legionach - zawiadowca nie wytrzymał i warknął - „To po coś się pan do tych Legionów pchałeś!" - O ty sukinsynu! - padło z ust dziadka - to ty nie wiesz, po co były Legiony? - Tu dziadek chwycił za krzesło i ruszył na przeciwnika. Drzwi się jednak otworzyły, wpadło dwóch kolejarzy i rzucili się z kolei na dziadka, nim ten zdążył uderzyć i wykopali go z biura - dziadek wrzasnął jeszcze: - „Ty kanalio... ty kanalio... Dziadek się o tym dowie!" (chodziło oczywiście Marszałka Piłsudskiego, który miał u żołnierzy pseudonim „Dziadek" i który słynął z tego, że swoich Legionistów bronił zawsze). Dziadek nie pobity, ale wykopany usiadł na ławce czekał na pociąg w kierunku Strzyżowa. Gdy ten nadjechał, wsiadł do niego machinalnie i poszedł do wagonu III klasy.
W głowie mu się kłębiło i z wściekłości, i z bezradności, a w ogóle całe to zdarzenie było dla niego nikczemne i poniżające. Gdy pociąg zatrzymał się na następnej stacji, dziadek nawet nie zauważył, że stoi on na peronie nieco dłużej niż zwykle. Wychylił głowę z wagonu, a wtedy kolejarz stojący na peronie pokazał palcem na niego i powiedział - Tu jest ten pan. Po chwili drzwi przerdziału otworzyły się i wszedł zawiadowca stacji - Pan Faszynkieder - zapytał? - Tak - odrzekł zdziwiony dziadek - Pan naczelnik z Rzeszowa bardzo pana przeprasza za cały incydent, który się zdarzył dlatego tylko, że pan naczelnik był bardzo przemęczony. - Może Pan wrócić i dostanie Pan pracę od razu, lub może Pan przyjechać nawet za kilka tygodni... a tu są bilety na trzydniowy przejazd do każdego miejsca w kraju. Zasalutował i wyszedł uśmiechając się życzliwie. Po chwili pociąg ruszył - dziadek z biletami w ręce jechał w kierunku domu. Poczuł się nieco lepiej, ale do Rzeszowa do zawiadowcy już nigdy nie wrócił. Zdarzenie to wywarło na dziadku duże wrażenie. Kiedyś po latach nie wahał się powiedzieć, że Legioniści byli w II Rzeczypospolitej wszędzie preferowani tak, jak teraz ludzie PZPR-u.
- Tylko, że Legioniści, to zasłużyli sobie na szacunek - Myślę, że wielkiej filozofii na to nie potrzeba, aby przyznać dziadkowi całkowitą rację.
Dziadek stał nadal przed dylematem; co robić! - Ojciec namawiał go do założenia warsztatu szewskiego. - O robocie pojęcie masz, buty zawsze ludziom będą potrzebne - mówił.
- Dziadek dysponował w tym czasie jakimś groszem, ale z pewnością były to pieniądze niewielkie. - W końcu zdecydował się na warsztat w Chodorowie. Dlaczego tam? - tak daleko
od domu? - Nie mam zielonego pojęcia. Wiem, że interes szedł bardzo opornie, przez pierwsze miesiące były tylko drobne naprawy obuwia, więc z tego żadnego grosza nie było, na zaplanowane dokupienie maszyn szewskich po prostu brakowało pieniędzy. Trzeba było jeszcze opłacić lokal, wyżywić się, zakupić prawidła, kopyta, skóry i inne drobne narzędzia. Nieraz cisnęły się dziadkowi, jak mówił, łzy same do oczu. Dopiero w ósmym miesiącu pracy nazbierał 150 zł na dokupienie drugiej maszyny - Gdy coś drgnęło w interesie, postanowił zatrudnić czeladnika. Pewne symptomy dawały nadzieję, że może ludzie nabiorą zaufania do nowego zakładu szewskiego.
Lata 1924-1925 przyniosły dziadkowi dwa bardzo ważne wydarzenia. Pierwszym był ożenek w 1924 roku. Swatał go macochy brat, wujek Żuk. Wybranka mieszkała na Łukowcu w polskiej wsi, 8 km od Chodorowa. - Antoni jedźmy, zobaczysz dziewczynę, może ci się spodoba - namawiał wujek - więc pojechali do rodziny Józefa i Zofii Ziemiańskich, którzy mieli syna Jana i trzy córki: Marię, Anielę i Hankę. Rozmawiali tylko mężczyźni - żona co chwilę donosiła jadło na stół, a w kuchni kręciła się córka przeznaczona do zamążpójścia. Stary Ziemiański już wszystko wiedział o kandydacie na zięcia, więc problemów większych nie było. Po wypiciu jednej flaszki znalazła się i druga, tym razem Antoś zdecydowanie odmówił - więc pił ją Ziemiański i wujek Żuk. Rozmawiali o wojnie austriackiej, gdyż obaj znali się z tego okresu. Trochę też o warsztacie dziadka, o Polsce, którą wywalczyli, o złych czasach i nadziejach na przyszłość - słowem o wszystkim. Ziemiański był rolnikiem, dorabiał budując domy lub je remontując - w wojsku austriackim dorobił się stopnia cuksfurera. Wszystkie jego dzieci czytały i pisały, pochodził z rzeszowskiego. Na parcelacje przyjechał najprawdopodobniej w pierwszych latach XX wieku. Był to okres, w którym właściciele ziemscy sprzedawali część swoich majątków, chłopom polskim chętniej a chłopom ukraińskim mniej chętnie - tak, że przy tej okazji powstawały wsie z napływową polską ludnością. Łukowiec nie był wsią całkowicie nową - dzielił się na dwie wsie; jedna to Łukowiec Wiśniowski powstały gdzieś w połowie XIX wieku a druga to Łukowiec Żurowski powstały w pierwszych latach XX wieku. - Wiem, że osiedlana tu ludność pochodziła z okolic Mielca, Stalowej Woli, Wilczej Woli, Kolbuszowej, Dębicy, Tarnowa , a pojedyncze rodziny nawet z lubelskiego i krakowskiego - Ziemiańscy byli jedną z takich właśnie rodzin.
Wujek Żuk kazał dziadkowi iść do kuchni porozmawiać z Marysią. Wyobrażam sobie, że rozmowa ta nie kleiła się zbytnio - tym bardziej, że później wiedzieliśmy, że babci podobał się chłopak po sąsiedzku. Musiała więc próbować zmyć dziadka. Jednak tam, gdzie nie jest łatwo, rodzi się nieraz coś na przekór i urodziło się. Dziadek jeszcze parę razy przyjeżdżał do Ziemiańskich na Łukowiec z prezentami, a gdy się oświadczył, Marysia powiedziała - tak. Wiemy, że wcześniej popłakiwała - może szukała ratunku u sióstr czy matki czy jeszcze gdzie indziej - ale dobry ożenek się jej kroił, a słowa ojca: „Panią se będziesz" - były wyrazem jego woli i tego, co stać się powinno. Żona Ziemiańskiego widziała w nim dobrego chłopaka - jeno to nazwisko - nawet wymówić nie można: - Wymówisz! wymówisz! -odpowiadał pradziadek Ziemiański - „Polak jest z Legionów - szkoda gadać - lepszego tu jej nie znajdziemy - Ja byłem w armii austriackiej, a on w naszych Legionach". - słowem klamka zapadła.
Ślub odbył się w 1924 roku w miesiącu kwietniu na Łukowcu. Przez jakiś czas babcia mieszkała z dziadkiem w Chodorowie - jednak bardzo krótko. Wolała wieś, obejście, przestrzeń i dziadek na to przystał. Ugodził więc z teściem, że ten odsprzeda mu dom na Łukowcu, a sam wybuduje sobie drugi na kolonii Wandolina koło Łukowca - Już w 1926 roku dziadek mieszkał tylko z żoną i córeczką.
Drugie wydarzenie związane było także z wujkiem Żukiem, który miał jakieś rozeznanie, co dzieje się w Stanisławowie i dał znać dziadkowi że jest nabór do policji, i że ma szansę. -
Więc zaryzykował - zgłosił się do Wojewódzkiej Komendy w Stanisławowie znajdującej się na ulicy Kamińskiego z papierami i został przyjęty. Był to wielki sukces. Miał pracę, zakwaterowanie i mundur, o czym mógł więcej marzyć. Służbę rozpoczął w maju 1925 roku. Przez pierwszy okres pracy w policji był dziadek kierownikiem zakładu produkującego buty dla policjantów, a później już z całą pewnością pracował jako posterunkowy.
Praca, szkolenia, koledzy, dobra atmosfera udzieliły się dziadkowi szybko. Stopień wojskowy został zaliczony do służby policyjnej, a pół darmowe jedzenie i dobra pensja spowodowały, że szybko zaczął mieć pieniądze oraz związane z tym perspektywy. Dziadek nigdy nie narzekał na policję i kolegów - tam zawsze wszystko było w porządku. Na dodatek jeszcze w ramach zasług legionowych otrzymał po pewnym czasie propozycję pracy w „dwójce" (kontrwywiad). Było to wyróżnienie i oznaka zaufania władzy do człowieka. Praca ta była objęta ścisłą tajemnicą i nikt z rodziny o niej nie wiedział. Kiedy dziadek mówił mi kilka razy o pracy w dwójce, ja nie załapałem i myślałem, że jest to formacja zbliżona do naszego peerelowskiego ORMO. Nie mam więc zupełnie informacji na ten temat. Myślę jednak, że były to zadania na miarę jego możliwości.
O pracy policyjnej dziadka wiedzieliśmy nieco więcej. Gdy dziadek ją wspominał, mówił
0bardzo wielu rzeczach: o pewnym zakresie spraw gospodarczych, zeznawaniu w sądach, gdy była taka potrzeba, o pracy w charakterze tajniaka, a także o ochronie wojewody w czasie jego podróży służbowych i o dużej ilości wyjazdów.
Jedną z takich informacji przekazał mi mówiąc, że któregoś dnia zeznawał w sądzie przeciwko jakiemuś obywatelowi - był jeszcze stosunkowo mało doświadczonym policjantem - powtarzał co chwila - podejrzany zrobił to... podejrzany to - W końcu ta ilość wypowiedzianych wielokrotnie słów „podejrzany" zdenerwowała prowadzącego sprawą sędziego i w złości krzyknął do dziadka: „ A Wy to tak możecie podejrzewać każdego!" - Dziadek zbaraniał - sędzia jeszcze raz powtórzył pytanie - Czy możecie podejrzewać wszystkich nawet mnie? - Dziadek poczuł kopnięcie siedzącego z tyłu za nim kolegi - Tak... tak wycedzone przez zęby - więc powiedział „tak" - będąc całkowicie niepewnym tego co mówi. - Prowadzący sprawę, znakomity przedwojenny sędzia Cysarz - walnął pięścią w stół odpowiedź dziadka była bardzo dobra - ale tylko go zdenerwowała. Innym znów razem mówił dziadek, że musiał zaaresztować jakiegoś wichrzyciela w Stanisławowie. Dlaczego pojechał po niego sam?- nie wiem, być może chodziło o to, by delikwent zgłosił się na komendę w celu przesłuchania - jednakże dziadek mówił o aresztowaniu tego człowieka. - Gdy dzieci otworzyły mu drzwi, wszedł do środka i zapytał o ojca. Najstarsze wyjaśniło, że tatuś poszedł szukać pracy. Nie było wątpliwości, że dziecko nie kłamie. - A mama? - zapytał. Mama też poszła szukać pracy - odparło dziecko.
- Dziadek popatrzył na całą trójkę: chude, brudne, głodne w domu bieda, niewiele myśląc, wyciągnął jakąś złotówkę, może dwa i powiedział do najstarszej dziewczynki. - Masz tu pieniążki i kup coś do jedzenia - dwa mleka i dwa chleby - dodał, a ja tu coś tatusiowi napiszę. Wyciągnął protokół i napisał, że aresztowanie jest niewskazane ze względu na sytuację rodzinną. Kopię protokołu zostawił „podejrzanemu" na szafie. Gdy dziecko przyniosło chleby i mleko, wyciągnął garnuszki z szafy i nóż - rozlał jedno mleko, pokroił jeden chleb w pajdy i przez chwilę patrzył na jedzące dzieci - potem wyszedł.
Po kilku latach pracy w policji miał dziadek dziwne zdarzenie. W Stanisławowie wybuchły zamieszki o podłożu społecznym, dotyczyły podwyżek płac, warunków pracy, zatrudnienia itp. Komenda policji część ludzi wydelegowała na ulice w celu obserwacji. - Dziadek był wśród tych osób. Najpierw chodził razem z kolegą, a gdy ten się urwał, łaził po mieście sam.
- W pewnym momencie znalazł się w środku rozkrzyczanego tłumu - ktoś go rozpoznał. To mkapuś, usłyszał za sobą...przed sobą... z boku szturchniecie... wrzaski - to wtyka. Kilkanaście osób otoczyło dziadka - byli wściekli i gotowi zatłuc go na śmierć. Dziadek wiedział, że wyciągniecie broni nic nie da - był bez szans - mógł liczyć tylko na cud lub na to, że może tylko skopią go i zmaltretują, ale nie zabiją. I cud się stał. - Nagle zobaczył głowę 30-35 letniego mężczyzny, który głośno i wyraźnie powiedział: - Ja tego pana znam - zostawcie go... zostawcie - bo ze mną będziecie mieli do czynienia! - Tłum stał się mniej agresywny, krzyki ustały... słyszał jakieś słowa ...skoro szef go zna.... ale to tajniak....nie mamy co tu robić... tłum zaczął się rozrzedzać, a po chwili dziadek został na ulicy sam. - Całe życie zastanawiał się, komu zawdzięczał ten cud i jedną widział tylko odpowiedź - te oczy... ta twarz... coś mu mówiło, że był to ojciec tych dzieci, które nakarmił kilka lat wcześniej.
Inne jeszcze zdarzenie, ale zgoła już śmieszne, opowiadał dziadek. Pewnego dnia, będąc w ochronie wojewody, pojechali na jakąś wizytę do starostwa. - Starosta był człowiekiem sędziwym, pomylił ochronę, która szła przed świtą wojewody i do dziadka ubranego porządnie, ale po cywilnemu skierował słowa: „Serdecznie witam pana panie Wojewodo" -To nie ja - odparł dziadek bez namysłu - to ten pan z tyłu za mną... - Wojewoda, który szedł trzy czy cztery metry za dziadkiem i słyszał powitanie... nie dał po sobie poznać... a starosta już się drugi raz nie pomylił.
Praca dziadka w policji nie była nudna. Jak już pisałem, dziadek miał dość szeroki repertuar zadań, do tego też dochodziły szkolenia, wyjazdy, ale także gra w brydża i szachy, Tę ostatnią grę dziadek całe życie uwielbiał. Lepiej od niego grała w rodzinie tylko jego rodzona siostra Henryka Wierzbicka. - No, Rubinsteinem z pewnością dziadek nie był, ale w policji w Stanisławowie brylował - należał do najlepszych. Gdy kiedyś grali jakiś turniej policyjny, do finału doszedł dziadek i jeszcze jakiś jego znajomy policjant. - Pierwszą nagrodą był zegarek a drugą 100 zł. Ponieważ dziadek zegarek miał, zdecydował się partię przegrać, poza tym uważał, że ten zegarek też wart jest najwyżej 100 zł. Partner grał jakoś równie kiepsko. Zdecydował się na wymianę wieżę za pionka, zbił pionka, za sobą usłyszał syk sędziego. Partner wieży nie bije, jeszcze bardziej głupia sytuacja. - Partner poprosił o przerwę. Wyszli, - Ile Antoś dla ciebie jest wart ten zegarek?- zapytał. Dziadek odparł spokojnie „No 60 zł". - Dobrze - mówi partner - ja wygram, a ty mi dasz 20 zł. - Zgadzasz się? Zgoda - odrzekł dziadek i na tym ustaleniu technicznym zakończył się turniej policyjny w Stanisławowie.
Poważny incydent miał miejsce w policji stanisławowskiej, gdy jeden z dziadka kolegów, nawiasem mówiąc pochodzący z poznańskiego, przesłuchiwał jakiegoś studenta ukraińskiego. Chłopak mówił po ukraińsku, policjant zaproponował mu, żeby mówił po polsku, gdyż on nie pochodzi z tych stron i nie zna ukraińskiego. Chłopak mówi, że konstytucja mu gwarantuje możliwość wypowiadania się w swoim ojczystym języku. - Ja wiem, odrzekł zdenerwowany policjant, ale zrozum, mieszkam tu dopiero półtora roku i nie znam jeszcze waszego języka! Chłopak dalej swoje - w końcu policjant nie wytrzymał i walnął go w twarz. - Sprawa oparła się aż o posłów ukraińskich i policjanta musieli zwolnić.
Należy tu jeszcze zaznaczyć, że z warsztatu szewskiego w Chodowowie dziadek zrezygnował. Po podjęciu pracy w policji scedował opiekę nad nim swojemu szwagrowi Wierzbickiemu, a gdy zakład znowu zaczął przynosić straty, zlikwidował go. Część maszyn sprzedał, a część zawiózł na Łukowiec do swojego domu.
Dziadek był w stosunkowo dobrej sytuacji, miał pieniądze, zarabiał 150 do 200 złotych miesięcznie - za jedną pensję mógł kupić 2 krowy - dostawał jeszcze pieniądze na ubranie, raz na rok 200 zł., diety, delegacje oraz co miesiąc na agentów. Kiedyś zapytałem - jak to na agentów? Odparł - no, na donosicieli było co miesiąc 50 czy 60 złotych i te pieniądze dawało się swoim informatorom - według uznania. Gdy zostawały, mogłeś zatrzymać je dla siebie lub dać w następnym miesiącu. Praktycznie policjantom zawsze coś z tych pieniędzy zostawało.
Kiedyś, opowiadał dziadek, służbowo pojechał do Kołomyi. Zatrzymał się w hotelu czy lokalu, w każdym bądź razie zjadł potężny obiad z kotletem schabowym na pół talerza i gdy zapytał o rachunek - odpowiedź była; 1 zł 50 gr - co wydawało się dziadkowi kwotą bardzo małą i jeszcze to pytanie - Czy Pan „zostaną" u nas na kolację? - Odpowiedź dziadka - tak zostanę! - i pełne zadowolenie i z ceny i z sytuacji.
W tym czasie dziadek zaczął się dokształcać w zakresie wiedzy handlowej. Do szkoły skierowała go policja, gdyż jednym z jego zadań było sprawdzanie narzutów handlowych na towary, które to narzuty nie mogły, jak twierdził, przekraczać 25%. Powyżej była już lichwa czyli przestępstwo. - Dziadek mówił, że gdy z początku zaczął handlowców (przeważnie Żydów) sprawdzać, to się tylko z niego śmiali. - Po ukończeniu szkoły - gdy już wiedział, jak się za te kontrole zabrać i poznał różne kruczki, które kupcy stosowali ... to w pas mu się kłaniali, gdy do nich przychodził.
Rozdział V
WIEŚ ŁUKOWIEC
Drugą po Górze Ropczyckiej drugą rodzinną wsią dziadka był Łukowiec. Były to właściwie dwie wsie: Łukowiec zwany Żurowskim albo też Nowym, położony bliżej Żurowa i Łukowiec Wiszniowski zwany na odmianę Starym - bliżej Wiszniowa. Razem wioski liczyły grubo ponad 2 tysiące mieszkańców a przed samą wojną liczba osób zamieszkałych zwiększyła się do 3 tysięcy. (Ponieważ ludność Łukowców na określenie swoich wsi używała zamiennie nazw „Łukowiec" lub „Łukowce" a nawet „oba Łukowce" więc i ja dostosowuję się do tego nazewnictwa) Ludność w 98% była polska z sześcioma rodzinami żydowskimi, z których prawie każda posiadała sklep lub sklepik a jedna czy dwie rodziny także gospodarstwa rolne. Na wsi mieszkała również jedna rodzina niemiecka Jungów - bezdzietna. Jungowie zmarli przed wojną przyjmując na kilka lat przed śmiercią wiarę katolicką. Gospodarstwo rolne pozostawili polskiej rodzinie. Wieś położona była na linii Lwów - Stanisławów, należała do województwa stanisławowskiego, choć do Lwowa było dwa kilometry bliżej. Okoliczne wsie były ukraińskie lub z ludnością mieszaną ukraińsko-polską z przewagą jednak zdecydowaną żywiołu ukraińskiego.
Najwyższą wartość na wsi stanowiła ziemia, jej ilość świadczyła o bogactwie gospodarza. Kto miał morgi, ten był bogaty, kto ich nie miał, klepał biedę. Ziemia była podstawą dobrobytu i decydowała o tym, co w domu było i ile się tego się miało.
Było coś w tym powietrzu i w tej ziemi radosnego, szczęśliwego, ludziom po prostu chciało się żyć. Łukowiec chociaż drewniany, miał swój urok, zabudowa rzadka - sprawiał wrażenie pewnej symetrii - Nigdy nie słyszałem niczego złego o tej wsi - a błysk w oczach na samo słowo „Łukowiec" świadczy o tym, że ludzie czuli się tam naprawdę szczęśliwi. - Czy była bieda? Oczywiście, w niejednym domu. Społeczność Łukowca dzieliła się na bogatszą, średnio sytuowaną i biedniejszą. Ci pierwsi mieli po 15-20 mórg a często i więcej, a ci najbiedniejsi po dwie, trzy. Choć ziemia była na ogół bardzo urodzajna, przecież miejscami był i piach, jak się miało 2-3 morgi piachu było kiepsko. Spora część gospodarzy posiadała też po kilka mórg lasu. Byli również tacy, którzy mieli emerytury czy renty wojenne, te zawsze ułatwiały życie, gdyż renta nawet 40-50 zł - to na wsi było już coś. Do obu Łukowców należały też trzy kilkudziesięciohektarowe wspólne pastwiska na których, każdy mógł wypasać krowy. Pewna grupa łukowian pracowała w alabastrowni księcia Czartoryskiego, czy sezonowo w cukrowni w Chodorowie lub w majątkach u właścicieli ziemskich albo przy wyrębie i sprzedaży drzewa. Najwięcej biednych rodzin mieszkało na tak zwanym Bidaczowie - części wsi, do których przynależały najsłabsze grunty. Bardzo dobrzy gospodarze mieli po kilka krów, konia lub nawet dwa, najbiedniejsi mieli jedną krowę a pracę konia na swoim polu musieli odrabiać. Do najbardziej majętnych rodzin na Łukowcu co wiązało się także z pewnym prestiżem należeli Jarosze, Maciąci, Kuchty, Dydyńscy, Stępniowie, Janusze, Kurenie, Starkiewicze, Watrasy, Chmielowce, Krycińscy Bale, Barany, Rębisze i wiele innych rodzin. Byli również i tacy, którzy wyjeżdżali za pracą do Ameryki czy na zachód Europy, a po powrocie dokupywali ziemi, budowali domy lub spłacali rodzeństwo, zajmując gospodarstwa po rodzicach. Na wsi stale coś się działo a to Górakowa poszła w pole do ziemniaków i przyniosła w podomce dwóch bliźniaków, a to Karol Burdzy spadł z drzewa tak nieszczęśliwie, że dopiero po kilku godzinach bezprzytomności wzbudził go sprowadzony z Chodorowa doktor Ashenazy, to znowu Małkowicze wyjeżdżali do Ameryki a Ozga do Argentyny, słowem samo życie. Były wtedy inne relacje międzyludzkie, rozwarstwienie nie tylko spowodowane było majątkiem, ale także i wiekiem i wykształceniem. Pewna bariera dorosłości wiązała się z ukończeniem służby wojskowej. Opinia o rodzinie kształtowała się latami - wzorce postępowania uznane za dobre były niezachwiane. Dzieci np. nie miały prawa przebywać w pomieszczeniach, gdzie rozmawiają dorośli. Na zabawy wiejskie młodzież mogła tylko patrzeć przez okna. Jeżeli nawet ich wpuszczono do sali na zatańczenie dwóch
czy trzech kawałków, kończyło się to usuwaniem młokosów, a dwaj starsi stojący przy drzwiach lali pasami każdego wyrzucanego aby im pamiątkę po zabawie zostawić.
Na Łukowcu wytworzyła się specyficzna kultura o charakterze endemicznym, nigdzie indziej nie występująca. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi, gdy się używało określonych słów, zdań czy porównań, na przykład „Wrzeszczysz jak pies w cebulowej studni" lub „Silny jak Targosz." albo ,,Wyglądasz jak stary K... "
Z powiedzeniem „Wrzeszczysz jak pies w cebulowej studni" łączyło się takie oto zdarzenie: - Na łące za Cebulą była studnia kilkumetrowa, wyschnięta, przykryta deskami i starymi drzwiami, aby nikt tam nie mógł wpaść. - Wpadł tam jednak którejś nocy pies - nic sobie nie zrobił, ale przerażony zaczął szczekać wołając o pomoc. Ujadanie niesione jakimś echem ze studni zanosiło się na pół wsi. - Rano poszli tam chłopi zobaczyć, co się dzieje i gdy ujrzeli psa, powiązali drabiny i wyciągnęli nieszczęśnika na powierzchnię, zresztą całego i zdrowego. Przysłowie jednak pozostało - do dzisiaj wśród najstarszych Łukowian każdy wie, o co chodzi, gdy mówi się - wrzeszczysz jak ten pies w cebulowej studni.
Z Targoszem było tak; gdy wiózł kiedyś drzewo z lasu wozem, a miał dwa małe konie tarpany, wpakował się w kałużę i konie stanęły. Z przeciwka nadjeżdżali jacyś znajomi i zaczęli się śmiać z sytuacji. Targosz coś im tam odpowiedział - w końcu stanął zakład, że sam ten wóz z tej kałuży z tym drewnem wyciągnie. Zlazł z wozu, konie wyprzągł i jakoś wóz wypchał, a że był naprawdę bardzo silnym człowiekiem, porównanie utwierdziło się w społeczności Łukowian. Trzecie przysłowie wynikało z tego, że facet chodził zawsze umorusany, więc tak to... i powiedzenie do niego przyschło. Łukowianie posługiwali się językiem identycznym jak ludność okolic Sandomierza, Rzeszowa, Tarnowa, Dębicy, Kolbuszowej - skąd pochodziła większość mieszkańców.
Pierwszy rower na wsi był podobno u Rębisza, drugim jeździli trzej bracia Szoty - najlepszy zespół muzyczny na wsi, a trzeci należał do mojego ojca. Pierwszy motor zakupił Rębisz, który przez jakiś czas przebywał w Stanach Zjednoczonych - gdy nim jechał przez wieś młodzi potrafili nawet wychodzić z kościoła, aby na to zjawisko popatrzeć. W latach trzydziestych na wsi były dwa czy trzy radia skałkowe, w tym jedno w „domu kasowym" a drugie u dziadka w sklepie. Także rodzina Krycińskich posiadała aparat fotograficzny. W pewnym sensie wieś była samowystarczalna: pieczono chleb na szeroką skalę, wyrabiano płótno z lnu, budowano domy, wyrabiano meble, a jeden z łukowian (Marcin Majdański) specjalizował się nawet w przewidywaniu pogody, pomagając sobie nie tylko przypowiastkami ludowymi, ale głównie obserwacją przyrody i powtarzających się zjawisk atmosferycznych.
Dziadek tymczasem grodził się, dokupywał ziemię, dosadzał drzewka owocowe, szczepy winogron przywiózł aż z Rumunii, starał się wzmocnić gospodarstwo. Najpierw wykupił ziemię od teściów, później nabył grunt od Jana Jadacha o nazwie „kółko" a jeszcze później zaczął dokupywać łąki. Ogrodzenia, płoty, bramki robili mu krewni jego żony Janusze Jan Janusz z synem Wojciechem. W rozliczeniu były buty golfy, które wyglądały tak efektowne, że jak sami Janusze mówili, czuli się w nich w kościele jak szlachta.
Dojazdy na Łukowiec sprawiały dziadkowi sporo kłopotów, w końcu do Stanisławowa było około 70 km. Dziadek przyjeżdżał w sobotę wieczorem pociągiem do stacji Żurawno- Nowosielce i stamtąd piechotą przychodził na Łukowiec, wyjeżdżał z kolei w niedzielę wieczorem.
Wracając któregoś dnia na Łukowiec bardzo późną nocą, wlazł na zastawioną na drodze pułapkę w postaci drutu kolczastego rozciągniętego w poprzek drogi i rozdarł spodnie - drut przegradzał drogę podwójnie w ten sposób, że z jednej strony był owinięty o drzewo a z drugiej dowiązany do płotu. Dziadek myślał, że to jakiś śmieć, więc szarpnął nogą i nie dość, że spodnie rozdarł, to jeszcze się skaleczył i na dodatek trafił na drugi drut, który na szczęście zrobił mu już mniejszą szkodę. Był wściekły, poczuł na nodze sączącą się krew - oczywiście nie można było mówić o jakiejś wielkiej ranie, raczej o skaleczeniu - tym niemniej spodnie
były rozdarte a dziadek rozdrażniony całkowicie. Uszedł z 50 metrów i nagle na rowie zobaczył cień siedzącego tyłem do niego człowieka. Skoczył jak żbik. Teczkę, którą miał w ręce, upuścił i dobiegłszy do delikwenta zaczął go walić pięściami gdzie popadło. Człowiek był tak zaskoczony atakiem, że tylko jęczał pod dziadkowymi ciosami, w końcu jakoś się zebrał w sobie i dalej... w nogi. Dziadek zawrócił po teczkę i gdy ją w ciemności namacał, ruszył do domu. Już po drodze zaświtało mu, że właściwie pobił człowieka być może Bogu ducha winnego... gdy to opowiadał później - mówił - ale mu wkropiłem i to nie bardzo jeszcze wiem czy słusznie.
Pewnego razu dziadek dogadał się z jednym z Żydów łukowieckich, że pomoże on żonie sprzedać krowę. - Faktorne ustalili i wydawało się, że sprawa będzie załatwiona jak należy. Tymczasem, podczas prowadzenia krowy na targowisko doszło pomiędzy babcią a Żydem do sprzeczki... ten się wściekł i gdy babcia przyprowadziła krowę na targ poleciał pomiędzy swoich... było... szu ...szu... szuuuu i krowa poszła - ale za połowę ceny. Gdy dziadek przyjechał w sobotę do domu na pytanie jak tam krowa? - Babcia w płacz... - No nie, tego to już było za wiele. - Dziadek nie wytrzymał - przeszedł samego siebie. Pierwsze rozmowy w sprawie wybudowania konkurencyjnego dla Żyda sklepu przeprowadził z teściem, później z siostrą i w konsekwencji postanowił, że go wybuduje. Po dwóch latach naprzeciwko budynku Kasy Stefczyka, niedaleko sklepu Żyda stanął największy na Łukowcu podmurowany katolicki sklep towarów mieszanych Zofii Ziemiańskiej, ze względu na pracę w policji sklep nie mógł figurować na nazwisko dziadka. Uzgodnił więc z teściem, że będzie zarejestrowany na nazwisko teściowej. Policja miała w tym okresie rozmaite obostrzenia, tak zresztą jak i wojsko - nie można było np. policjantowi a tym bardziej oficerowi wejść na piwo do speluny. Także nie można było łączyć stanowiska policjant z handlowcem, po prostu były takie zasady. Sklep spełnił oczekiwania w stosunku do Żyda, który padł całkowicie. Dziadek nie okazał się jednak człowiekiem konsekwentnym. Żyda zrobiło mu się żal i w końcu zaczął go zatrudniać przy pracach związanych z zaopatrywaniem sklepu. Najbardziej ciekawą opinie o sklepie wydała moja mama twierdząc, że nie było to nic dobrego - po prostu utopione pieniądze. Może jeszcze jakaś wygoda dla ludzi, bo można było w sklepie kupić prawie wszystko; od artykułów spożywczych po odzież, mydło, skóry i alkohol, można też było sprzedać jaja, masło, ser - kupić towar na książkę. Żydzi przyjeżdżali i to wszystko zabierali, ale sklep był dwa razy okradziony - wujek Wierzbicki, który w nim mieszkał, i który go prowadził, pił na umór a Żyd, który wszedł w dziadka łaski, nie rozliczał się uczciwie. Ludzie brali towar na krechę i nie mieli czym zapłacić. Dziadek miał nieco lepsze zdanie o sklepie. Jednak już na początku zakupił za dużo skór - myślał, że to zejdzie a tu jak na złość zaczęły one zalegać. Gdyby nie znajomi Żydzi, byłby z nimi kłopot. Przyjechali z Chodorowa, przez pół dnia siedzieli w sklepie, gadali - wprost obradowali nad tymi skórami, aż w końcu zabrali je wszystkie, dając dziadkowi cenę, która go satysfakcjonowała.
Chodził w tym czasie za dziadkiem pewien chłop z Łukowca i proponował mu sprzedaż lasku dębowego gdzieś za wsią, dziadek ani myślał go kupować - chłop jednak łaził i stale powtarzał - Panie Antoni, taż to ładna dębina - zobaczy pan - nie stracisz pan. - To znowu - Nie chcę za tę dębinę aż tak dużo. Kup pan, bo warto!. - Po co mam komuś innemu sprzedawać! - Wiedział, że dziadek ma jakieś tam pieniądze, więc sobie jego upatrzył i tak ciągle jęczał i prosił. W końcu dziadek rzekł któregoś dnia - niech będzie, kupię tę dębinę! -Za trzy tygodnie u rejenta w Bursztynie podpisali umowę. Nie minął nawet miesiąc. Po południu w niedzielę przyjeżdżają bryczką pod dom dziadka Żydzi. Wysiada trzech, a dziadek zastanawia się, czego u licha oni chcą - żadnego z nich nie zna, porządnie ubrani, rozglądają się, wchodzą na podwórze i jeden pyta - Czy Pan Faszynkieder? -Tak... odpowiada dziadek. - Czym mogę służyć? - Aj! Panie Faszynkieder - my tu do pana w interesach! - Dziadek pyta...Żydzi spokojnie. - W końcu jeden rzeknie: - Pan wie! - Pan nas podkupił! - Dziadek zdziwiony. - Ja nie mam pojęcia...nie wiem, o co chodzi.? ... No, wie pan, wie! - ta dębina! - Ile by pan za nią chciał? - Tamtędy będzie przechodziła bocznica kolejowa! - Więc sprzedał dziadek dębinę za ponad dwa razy tyle, za ile ją kupił.
Zdarzenie, które wstrząsnęło całą społecznością wsi i to na wiele lat, miało miejsce pod koniec lat dwudziestych. Otóż obok siebie mieszkali Polak, młynarz Żurawiecki i Żyd Kraushar. Oni ciągle o coś się żarli - gdy kura jednego wlazła na teren należący do drugiego, ginęła bez śladu, to samo było z kaczkami, gęśmi, wystającymi gałęziami drzew - słowem robili sobie na złość, gdzie kto mógł i jak kto mógł.. Pewnego razu Polak zobaczył sterczący na jego stronę dyszel wozu sąsiada - bez namysłu uciął część, która wystawała na jego teren. Żyd nie wytrzymał, chwycił za siekierę, pobiegł do Polaka i zabił go jednym uderzeniem w głowę. Dostał pięć lat - po czterech wyszedł - kwalifikacja zabójstwa na „popełnione w afekcie" ,uchroniła go przed wyższym wyrokiem. Po zabójstwie we wsi zawrzało. Ludzie byli wściekli, jednak rozsadek wziął górę i obyło się bez ekscesów przeciwko Żydom.
Polityka dziadka w stosunku do własnych dzieci była następująca: najstarsza córka Jadwiga miała się kształcić, dla niej przeznaczony był sklep. Druga córka Janka miała zostać na gospodarce. Syn Ryszard miał się edukować w szkole wojskowej. Plany te oczywiście wzięły w łeb na skutek wybuchu wojny ale takie były i były nawet częściowo realizowane. Najstarsza córka zaczęła w 1938 r. uczęszczać do gimnazjum handlowego w Stanisławowie a była to szkoła elitarna z wysokim czesnym. Do szkoły tej uczęszczały Polki, Żydówki i spora grupa Niemek.
Jeżeli chodzi o relacje polsko-żydowskie, trzeba przyznać, że na Łukowcu układały się one nie najgorzej. - Może za wyjątkiem zabójstwa młynarza. Inne sprawy były drobne - pomimo pewnych zgrzytów czy niechęci nikt się nie nienawidził. Były nieporozumienia, jakieś złośliwe kawały, ale nie nienawiść - Jedno z takich zdarzeń opowiedziała mi kiedyś mama, mówiąc, że gdy w Wielkanoc szli wszyscy do kościoła, Żyd rąbał przed domem drzewo, pomimo, że już mu ktoś wcześniej zwrócił uwagę, że to przecież Wielkanoc - nie reagował. Gdy idący do kościoła dziadek zauważył rąbiącego drzewo Żyda - kazał nam poczekać na siebie na drodze, a sam poszedł na podwórze. Podszedł do pniaka i stanął przed rąbiącym drzewo Żydem, który nie patrząc nawet na dziadka rąbał je dalej. Dziadek ni słowem się nie odezwał, tylko lekko nogę do przodu wysunął i, jak mówiła mama, ruszał tą nogą... Po chwili Żyd przestał rąbać- odrzucił siekierę i coś dziadkowi mówił - dziadek odwrócił się - wyszedł za furtkę i poszedł z rodziną do kościoła. - Gdy mama zapytała, co mówił Żyd - dziadek odparł, że były to słowa przeprosin.
Jeśli chodzi o złośliwe kawały, to takie też były. Kilku młodych chłopców rozebranych do majtek zamknęło Żyda w drewnianej ubikacji od zewnątrz, do której wszedł za swoją potrzebą. Następnie wyciągnęli ubikację z wbitymi czterema palami konstrukcyjnymi. Razem z Żydem zanieśli ją nad staw i pozostawili w wodzie na głębokości 1 metra. Ubikacja stała tam na palach całą noc, dopiero gdy Żydówka na drugi dzień zaczęła szukać męża, ktoś jej podpowiedział - „O, tam jest na stawie" - i dopiero wtedy dano mu pomoc... Nie ma co ukrywać, że były też akcje antyżydowskie skierowane przeciwko ich aktywności handlowej Nie kupuj u Żyda! - Żydzi to strupy na ciele narodu polskiego...Parchy...Na Madagaskar... itp. Pogłoską, że noworodkom żydowskim po urodzeniu przemywa się oczy chrześcijańską krwią, żeby mogły przejrzeć, straszono dzieci. W narodzie było coś antyżydowskiego, jestem jednak daleki od tego, aby uważać, że Polacy Żydów tylko nienawidzili. Nasz stosunek do Rosjan, Ukraińców a nawet Niemców nie był wcale lepszy... Z tym, że Ukraińcy strzelali do ministrów - Żydzi nie. Chciałbym jeszcze dodać, że byli i tacy, którzy uważali, że z Żydami lepiej się handluje niż z Polakami gdyż są elastyczniejsi, zawsze coś się u nich utarguje, zawsze coś dodadzą, choćby cukierka dziecku na zachętę do dalszych kontaktów. - Olbrzymia ilość kawałów o Żydach świadczy o tym, że społeczeństwo miało do nich określony stosunek, ale czy kawały są wyrazem nienawiści?
Stosunki społeczne w Polsce w okresie międzywojennym były bardzo skomplikowane. Na Łukowcu nieco prostsze, gdyż wieś stanowiła (o czym już wspominałem) jednorodne pod względem narodowościowym środowisko. Jeżeli chodzi o podział ze względu na sytuację materialną, to można powiedzieć, że na wsi taki podział był. Okoliczne ziemiaństwo to była już w stosunku do chłopów przepaść. Choć ludność Łukowca wiedziała, że ma pewne względy u okolicznych ziemian z powodu czysto polskiego charakteru wsi. Jednak o zażyłych
stosunkach nie było mowy. Co prawda ziemianin Kowalewski przyjeżdżał fordem co niedzielę do kościoła katolickiego na Łukowcu z rodziną na Mszę Św. a książę Czartoryski gdy polując, zapuścił się w pola Turbaka - przepraszał osobiście na drugi lub trzeci dzień gospodarza. Raz nawet przy okazji wyrównywania strat wszedł z flaszką do domu Turbaka, co już było wyjątkowym zaszczytem. Ziemiaństwo to nie była nawet drobna szlachta, której na Kresach znajdowało się stosunkowo dużo. To była elita elit. Ludzie dzielili się też i ze względu na narodowość. Na pewno Ukraińcy pod względem materialnym w Galicji odstawali nieco od Polaków i Żydów, gdyż ziemiaństwo na ogół było polskie, w sporym stopniu też żydowskie, zdarzało się i niemieckiego pochodzenia, a już wyjątkowo rzadko ukraińskie. Prosty lud to byli przede wszystkim Ukraińcy, ale też Polacy i Żydzi. Ci ostatni, osiedleni głównie w miastach, gdzie stanowili stosunkowo duży odsetek ludności (30-35% całej ludności miast w Polsce). Mówiono o nich nawet, że są biedniejsi od chłopów polskich i ukraińskich. Stali przed swoimi sklepikami, w których był czasem tylko jeden rodzaj towaru, jakieś przysłowiowe już mydło czy powidło lub sznurówki czy czapki i nic więcej. Jedli cebulę, czosnek, najtańsze warzywa. Wyglądali fatalnie. Były utarte opinie, że wszyscy Żydzi to bogacze, kamienicznicy, handlowcy, ale w gruncie rzeczy było to nieprawdą. Mieli na pewno opanowany handel, nie jednak, jak się mówiło w 100%, raczej w 70%. Także wielu Żydów było lekarzami, aptekarzami i prawnikami, ale także i tu Polacy stanowili spory odsetek, Ukraińcy wykonywali już te zawody bardzo rzadko. Dużo prawdy jest też w stwierdzeniu, że i Ukraińcy mieli swoje atuty, potrafili bardzo dobrze zrzeszać się w kooperatywy i nieźle w tych wspólnotach gospodarzyli, nawet wcześniej niż polscy chłopi wprowadzali niektóre maszyny rolnicze do użytkowania, (pługi metalowe, konne snopowiązałki do zboża). Biorąc pod uwagę wszystkie duże grupy etniczne w Polsce, najbiedniejsi z całą pewnością byli Białorusini, przeważnie rolnicy, zaś najsilniejszą nacją byli nie Żydzi, lecz Niemcy, którzy na Śląsku w Wielkopolsce i na Pomorzu stanowili duży odsetek ludności - od kilkunastu procent w poznańskim i na Pomorzu do blisko 30% na Śląsku. Chłopi niemieccy byli na ogół bogatsi od chłopów polskich i to nie tylko w poznańskim i na Pomorzu, ale i na Wołyniu, w łódzkim i stanisławowskim, gdzie było ich już stosunkowo niewielu. Na Śląsku przemysłowcy niemieccy stanowili taką siłę, że mogli decydować nawet o gospodarce państwa, gdyż do nich należała znaczna część zakładów przemysłowych, hut i kopalń.
Rozdział VI
WOJNA
W pierwszych dniach wojny dostał dziadek rozkaz wyjazdu w okolice Tucholki, gdzie było nad granicą siedem niemieckich wsi. Istniała jakaś obawa, że tamtejsi Niemcy coś knują, a nawet mówił dziadek o możliwości wojskowego zaatakowania z tamtej strony, więc wysłano go z kilkoma jeszcze policjantami pod dowództwem porucznika Grabowskiego na zwiad. Tamtejszy komendant posterunku policji był ożeniony z Niemką i jakiś cień podejrzenia na niego rzucano. Po prostu władza mu nie ufała. Grupa otrzymała instrukcje i wyruszyli. Komendant przyjął grupę bardzo ozięble. Zakwaterowanie na komendzie, obiady miała szykować jego żona - Niby wszystko było w porządku, ale jak mówił dziadek, jakoś... coś... było nie tak. Atmosfera ciężka - zamiast współpracy lekceważenie... Brak czasu na wszystko. Drobne złośliwości, które najbardziej denerwowały... Wyplamione obrus, kubki przedpotopowe, talerze porysowane, sztućce jak z najgorszej speluny, pod głowę połatane wielokrotnie koce i w dodatku nie za czyste. - Spotkanie z sołtysami niemieckimi jeden z ważniejszych punktów operacji wypadło nieźle. - Polecenie do sołtysów przeczytał porucznik Grabowski - było tam coś o obowiązku postawienia wart, malowaniu obejść i płotów, czyszczeniu rowów. Grabowski czytał i sam się głośno temu dziwił, choć dobrze wiedział, że jest to skierowane przeciwko niemieckim sołtysom, wydawało mu się to i tak jakieś durne. Półgłosem powiedział ze dwa razy - to coś jest bez sensu. Na to najstarszy niemiecki sołtys odparł spokojnie - Panie, jak tak napisali, to tak ma być zrobione. - Oni tam też swój rozum mają, a my zrobimy, co zechcą. Reszta sołtysów poparła go bez szemrania - ustalili terminy
rozpoczęcia wart, terminy na malowanie płotów i czyszczenie rowów i na tym zebranie zakończyło się. Wyjaśnienia komendanta odnośnie nastrojów w niemieckich wioskach niby miały jakiś sens, ale on nikogo o nic nie podejrzewał, ludność spokojna, żadnych konszachtów z Niemcami nie ma.
Któregoś dnia, gdy por. Grabowski rozmawiał przez telefon z komendą wojewódzką w Stanisławowie i narzekał na wszystko, nie szczędząc wobec komendanta podejrzeń - ujrzał w drzwiach pokoju jego żonę z obiadem. Wszystko słyszała - płakała. Grabowski przerwał rozmowę... Kazał jej wejść, niczego jednak nie wyjaśniając. Od tego momentu komendant stał się jakiś inny, sympatyczniejszy, rozmowniejszy - znalazły się też czyste talerze i sztućce, wyprane obrusy, a nawet nowe czyste koce. W nocy stojący na warcie policjant zaalarmował grupę, że za lasem widział dwa strzały z rakietnicy. Nie było żartów, ostra broń i rozkaz dowódcy - wychodzimy na penetrację terenu. Wyruszyli wszyscy tyralierą. Przeszli las, w którym oddano strzały, potem przyległe pola i jeszcze jeden las ... nic. Zrobili zwrot trochę w lewo, potem trochę w prawo, dalej nic. Deszcz zaczynał padać, jeszcze przeszli skrajem lasu, bez rezultatu. Dziadek myślał, że to może były jakieś spadające gwiazdy albo może mu się przewidziało. Zziębnięci i przemoczeni wrócili do Tucholki i tu natrafili na jakiegoś człowieka. Zrewidowali go natychmiast nic, więc zabrali na komendę. Może coś ma z tymi racami wspólnego - trzeba go przesłuchać. Dowodzący grupą porucznik Grabowski zarządził:
- „Od razu dwóch go przesłuchuje, a reszta idzie się przebierać w suche ciuchy". Gdy po paru minutach weszli do pokoju przebrani już w suchą odzież, usłyszeli skargę na delikwenta - „Cały czas coś kręci... Nie można go zrozumieć" - Grabowski poprosił dziadka na bok - Antoni, masz doświadczenie, co z nim robimy? - Mogę z nim pogadać? - zapytał dziadek - Tak... Tak... Rób jak uważasz! - odrzekł porucznik - Dziadek podszedł do stołu, walnął pięścią i krzyczy Odpowiadaj sukinbracie, odpowiadaj krótko i tylko prawdę, raz skłamiesz i zabierzemy cię do Stanisławowa , skąd szybko do domu nie wrócisz. - Chłopak przybladł, a dziadek pyta.: - Nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania, narodowość, idzie jak z nut... Zawód... Dobrze... Stan cywilny, chłopak żachnął się... Stan cywilny... Kawaler - odrzekł cały napięty, ale dwie dziewczyny już miałem. - Dziadek nie wytrzymał, parsknął śmiechem... Do pokoju weszli kolejni policjanci... - Co się stało? Co się śmiejesz? - Chwali się - rzekł dziadek, że miał już dwie dziewczyny i tak atmosfera się rozładowała. W końcu chłopaka, który gdzieś tam szedł z rana na odrobek do jakieś wsi puścili do domu, a sami zaczęli się pakować do wyjazdu do Skolego, skąd mieli konwojować do granicy tabory wojskowe przez teren zagrożony dywersantami ukraińskimi.
Rano 19 września byli w Skolem i dołączyli do grupy konwojującej tabory ku granicy węgierskiej. Tabory składały się z wozów konnych i załadowane były dokumentami, nie tylko policyjnymi, ale także wojskowymi W pewnym momencie wozy za dziadkiem zatrzymały się i wóz, którym dziadek jechał, stał się ostatnim w konwoju. Po kilku kilometrach odległość pomiędzy wozem jadącym w przedzie a dziadkowym powiększyła się - Ukrainiec powożący zrobił się jakiś hardy - przygadywał - „Polski już nie będzie. - Walnąć to wszystko w rów i do domu". Dziadek w końcu nie wytrzymał, zlazł z wozu, kazał zatrzymać furmankę, odbezpieczył karabin i krzyknął: - Zamilcz skurwysynu! - Jeszcze jesteś w mojej mocy... warkniesz jeden raz - łeb rozwalę i sam dalej pojadę. - Ukrainiec umilkł a dziadek siadł tym razem nie obok niego na siedzeniu, lecz z tyłu wozu na skrzyni. Karabin trzymał w ręce gotowy do strzału - nie rozmawiali już z Ukraińcem przez cały dzień. Po dotarciu konwoju do Ławocznego grupa dziadka zawróciła do Tucholki, gdzie było miejsce koncentracji policji. Wieczorem tego samego dnia policjanci odmaszerowali do Klimca, przygranicznej wioski z Węgrami. Dnia 21 września rano przekroczyli granicę polsko-węgierską. Przed samym przejściem granicy dostał dziadek bardzo silnej gorączki, trząsł się cały, pocił... To znów był blady i rozdygotany. Wyglądało to na jakąś febrę czy grypę. Zaczęto pytać, co mu się dzieje machinalnie odpowiadał - „Nie wiem... Nie wiem.. - Chyba grypa". - Jednak wiedział - organizm przypomniał sobie wcześniejszy pobyt na Węgrzech - dziadek po prostu bał się straszliwie głodu.
Zrobił dziadek to, co mógł zrobić najlepszego, uratował sobie życie. Kiedy Rosjanie weszli do Stanisławowa zamurowali kilku policjantów żywcem w jakiejś piwnicy. Między innymi przyjaciela dziadkowego, niejakiego Solaka. Zaczęła się dyskryminacja Polaków. Na Sybir wywożono dziedziców, byłych oficerów, policjantów, kułaków, urzędników państwowych, w końcu osiedleńców na tych ziemiach, a nawet pańską służbę, kolejarzy i listonoszy - słowem powodów mogło być tysiące. Wywozili głownie Polaków, ale też Żydów i Ukraińców - wystarczyło, że miał ktoś większą gospodarkę czy był gajowym lub leśniczym, czy pracował u dziedzica. Pradziadka Ziemiańskiego, 71- letniego starego człowieka wywieźli wraz z żoną i synem w okolice Swierdłowska za to tylko, że był niby osadnikiem na Wandolinie i że podobno miał ukryty karabin. W konsekwencji pradziadek zmarł z wycieńczenia przy wyrębie lasu, jego syn przygnieciony drzewem zmarł tam także. Prababcia Zofia Ziemiańska, którą władza radziecka po śmierci męża i syna ze względu na wiek powyżej 60 lat umieściła w ichnim domu starców, przeżyła i wróciła do kraju. Mieszkała jakiś czas w Jodłowicach u cioci Szulcowej i trochę u córek w Szklarach Dolnych i w Starym Dworze, zmarła w 1975 roku w wieku 92 lat. Pobyt w Rosji wspominała źle, ale nigdy nic złego nie mówiła na Rosjan - jedynie, że dobrzy ludzie pomagali, dzielili się ostatnim kawałkiem chleba. - Jak żyli? - Jedli lebiodę, pokrzywy a nawet liście brzozy, z których robili jakąś mamałygę. Takie to były porządki nowej władzy. Pomagali jej też w tym jacyś komuniści, jacyś szubrawcy różnych nacji, nierzadko Żydzi i Ukraińcy, ale przecież byli i zaangażowani Polacy... Polacy mieli do wielu Żydów pretensje. Mój Ojciec np. mówił, że jeden z Żydów łukowieckich zaraz po wkroczeniu Armii radzieckiej zdjął w publicznym miejscu spodnie, pokazał dupę i powiedział - „O, tu będziecie mieli Polskę, jak mi ta dziura zarośnie" -wskazując na swoją rzyć.
Tymczasem dziadek przebywał na Węgrzech. Pobyt w kraju Madziarów zawsze wspominał dobrze, choć na początku byli zakwaterowywani w stajniach w bardzo kiepskich warunkach. Później przeniesiono ich do obozu dla internowanych w Kastely koło Kiskunlachachazy. Ludziom nie brakowało jedzenia, mieli możliwość wychodzenia bez ograniczeń, zrozumienie ze strony Węgrów, słowem, było jak w tym porzekadle - Polak Węgier dwa bratanki. Spędzali czas na graniu w karty, szachach, piłce i w ogóle, co kto chciał, mógł robić. Okres, w którym przebywali na Węgrzech, to wrzesień 1939 r. do połowy 1940 roku. Nasłuchiwali wieści z Polski - były kiepskie, liczono na Francję. Z czasem utwierdzili się w przekonaniu, że nikt nam nie pomoże i że trzeba iść dalej na Zachód, do Anglii i Francji i stamtąd walczyć z Niemcami. Węgrzy zresztą nie byli specjalnie zainteresowani tym, aby Polaków nie puścić. Wiadomo było, jak przejdzie się granicę, będzie się wolnym. W obozie dyscyplina jakaś była, ale praktycznie nie reagowano na żadne zamierzenia Polaków. Najlepiej świadczy o tym powtarzana wtedy wśród Węgrów anegdotka, że gdyby wsadzić Polaka do worka i postawić przy worku strażnika, to za kilka godzin strażnik będzie stał i worek będzie dalej zawiązany, ale Polaka już w nim nie będzie.
Po nieudanej pierwszej ucieczce, bez poważniejszych konsekwencji, dziadek zgłosił się do drugiej grupy opuszczającej obóz i mającej przenieść się w pobliże granicy z Jugosławią. Wiadomo było, że jak koguty (tak nazywali węgierską straż graniczną ze względu na czapki z piórami - jakie nosili) nas złapią, będą kłopoty, ale złapać nie muszą. Mieli informacje, że najlepiej będzie zaryzykować od razu po przyjeździe do obozu Somagy - Berzenice - noce są ciemne i nikt ich nie będzie podejrzewał o tak raptowną decyzję. Kilka godzin marszu do granicy i o północy przejście na stronę jugosłowiańską. Mieli iść przez las, przez pola, potem w następnym lesie przejść rzeczkę czy raczej rów, a później odczekać jakiś czas i o 24°° przejść granicę. Szli gęsiego, rozstawieni co 3 - 4 metry, dopiero, gdy wyszli z pierwszego lasu i maszerowali przez kilka godzin polami, zaczęli odczuwać zmęczenie. Każdy zresztą miał plecak i swoje rzeczy. Gdy weszli w drugi, ostatni już las, zmęczenie było potężne, a w lesie ciemność całkowita, na dodatek jeszcze zaczął siąpić deszcz. Ścieżka wąziutka, torfowa i tylko tą dróżką szli, słychać było pojedyncze jakieś chrząknięcia, czasami oddechy z przodu lub z tyłu. Gdy dochodzili do rowu, było uzgodnione, że tam się przystaje a każdy kolejny żołnierz po przejściu rowu potwierdza idącemu z tyłu wolną drogę słowami; „wolne możesz iść". - Gdy żołnierz idący przed dziadkiem doszedł do przeszkody, dziadek usłyszał plusk,
zatrzymał się - zrobił dwa delikatne kroki w przód i wyczekiwał na pozwolenie przejścia... W końcu zapytał: - Jak tam? - Nic! -Usłyszał tylko pluskanie, więc głośniej powtórzył - Jak iść? - Usłyszał - prosto, prosto - zrobił dwa kroki i wpadł do wody, a raczej do jakiejś mazi po głowę... Po pierwszym szoku na wpół bezwiednie przebierał nogami i rękami, ale miał na szczęście głowę na powierzchni, grunt był twardy... Jeszcze dwa kroki i maź sięgała mu po ramiona... Z tyłu usłyszał - No jak tam, do jasnej cholery? - Machinalnie odparł - prosto! prosto! I za sobą usłyszał chlupniecie, a potem najbardziej znane polskie przekleństwo na k... wypowiedziane w sposób wydłużony i zdecydowany z literką „o" na początku. Szli jeszcze jakiś czas umorusani, mokrzy od stóp po głowy, deszcz siąpił. Nie pamiętali już nawet, że kazano im wysoko podnosić nogi, żeby nie zaczepić o druty. Zatrzymali się przed granicą i czekali - to był najgorszy okres podróży - zmiana warty była za godzinę i dopiero wtedy mogą iść dalej... Wreszcie przeszli, byli w Jugosławii. Straż graniczna przyjęła ich z uśmieszkami. Widzieli się, byli umorusani w błocie - zaczęli powtarzać - a rowek przeszedłeś...No tak... Jak i ty. . .prosto... prosto... prosto. - Każdy żołnierz otrzymał gorącą herbatę z jakimś alkoholem na rozgrzanie, cały dzień suszyli odzież. Najgorsze było to, że mieli pozalewane plecaki i papiery. Więc to wszystko się suszyło i czyściło przed dalszą drogą.
Jugosławia była tylko kolejnym etapem na drodze ku wolności. Żołnierzy przewieziono do Zagrzebia, następnie do Splitu, gdzie jakiś czas pozostawali, zwiedzając starożytne miasto Trogir i okolice. Stąd przetransportowano ich do Macedonii a dalej przez Bułgarię i Grecję do Turcji do Istambułu. Stamtąd do portu Mersin nad Morzem Śródziemnym i drogą wodną przez Cypr do Hajfy w Palestynie. Następny etap podróży to wyjazd do Latrum, gdzie dziadek 20. 09.1940 r. otrzymał przydział do Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich do plutonu Pionierów.
Z tego okresu pamiętam tylko jedną informację dziadka dotyczącą Turcji. Opowiadał, że na bazarach ceny były niezwykle ruchome, zależne od nacji. Najwięcej musieli płacić Anglicy i Amerykanie, mniej Francuzi, jeszcze mniej Włosi, a najmniej Polacy i Rosjanie. Kupcy tureccy świetnie orientowali się, jakie narodowości mają najwięcej pieniędzy i tak ustawiali ceny. Wyjazd Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich do Egiptu nastąpił 2.10.1940 do miejscowości Dikcheila.
Przeniesienie na pozycje nastąpiło w kwietniu 1941 roku Wyjazd do Marsa Mabruch na front 25.5.1941 r. a wyjazd do Tobruku 22.08.1941 r.
Polacy nie byli jedynymi obrońcami Tobruku. Obok nich mieli tam też stanowiska żołnierze z Nowej Zelandii i Australii, z którymi współżycie układało się bardzo dobrze. „To tacy sami weseli ludzie jak my" - mówił dziadek. Część żołnierzy mówiła coś niecoś po angielsku, więc próbowali z tymi Australijczykami i Nowozelandczykami dogadywać się. Z rozmów tych wynikały nieraz bardzo śmieszne sytuacje, np. Australijczyk pytał Polaka, co on w Polsce robi - ten odpowiadał, że jest rolnikiem, co niby równa się farmer - Aaa! - Fahrmer! Potem pokazał na siebie, że on też farmer, ma ranczo z ojcem! Pytanie Australijczyka. - Ile Polak ma owiec czy krów? - Polak odpowiada - Ani jednej owcy, a krów dwie - tu osłupienie - tylko dwie! - Przecież to niemożliwe! - Potwierdzenie Polaka - dwie - Australijczyk zachodzi w głowę - nie... nie... - Nagle mówi - mój ojciec i ja... Mamy 700 krów. - Polak bez zdziwienia przytakuje - rozumie. - Australijczyk mówi coś szybko do stojących kolegów. Jeden z Polaków zwraca się do rozmawiającego z Australijczykiem rodaka. - Ty wiesz, musisz mu postawić flachę... On powiedział, że będzie rozmawiał ze swoim ojcem i że dadzą ci 30 krów - masz już te 30 krów... Bo on ciebie bardzo lubi - śmiech, zdziwienie, poklepywanie - wiadomo, transakcja nierealna, no, ale takie tam były żarty i rozmowy. Był też dziadek świadkiem zatopienia przez niemiecki U-Boot polskiego okrętu „Warszawa". Okręt wypłynął z Tobruku i kilkaset metrów od brzegu został storpedowany. Zatonął natychmiast. Uratowała się tylko lekarka uczepiona drzwi i małpka, reszta ludzi utonęła wraz z okrętem, który, jak mówił dziadek, bardzo szybko poszedł na dno. W pewnym okresie walk o Tobruk racje wody zostały zmniejszone do 1 litra dziennie i była to dodatkowa męka dla żołnierzy.
Po zluzowaniu Polaków, Nowozelandczyków i Australijczyków przez żołnierzy ze zdobytych przez Anglików kolonii, głównie niemieckich w Afryce, żołnierze ci, którym przekazywano pozycje w języku nie angielskim, lecz niemieckim, gdyż tylko taki język znali, bardzo szybko, jak mówił dziadek, poddali Niemcom Tobruk. - To był oczywiście błąd Brytyjczyków. Gdy zapytałem dziadka, czy to była właściwie klęska, odpowiedział, że najważniejszy okres aktywności i przewagi Niemców minął i poddanie Tobruku, choć było niekorzystne dla walk w Afryce, nie miało już takiego znaczenia, gdyż Brytyjczycy byli wzmocnieni i szybko Tobruk ponownie odbili. Innym razem znów mówił, że Polacy bronili Tobruku przez wiele miesięcy, a Brytyjczycy roztrwonili w ciągu paru tygodni ich cały wysiłek.
Kampania Libijska dziadka obejmowała walki głównie na północy Libii w Cyrenajce, w okolicach takich miast jak Bengazi, Gazala, Derna, Tobruk. Narażenie żołnierzy wynikało nie tylko z konieczności utrzymania pozycji ale także z ciągłych nalotów bombowych, konieczności rozminowywania terenu oraz uderzeń na pozycje wroga.
Zdjęcia załączone do opracowania obrazują sposób walki i warunki, w jakich wojsko przebywało. Pewne niedogodności związane były z gorącym klimatem libijskim, robactwem, oszczędnością wody, piaskiem, którego wszędzie było pełno, nie mówiąc już o nostalgii za rodziną i krajem.
Któregoś dnia - opowiadał Dziadek, kompania miała gdzieś przemaszerować w okolice miasta Mekili. Marsz miał trwać cały dzień... Żołnierze są w stanie w przeciągu 10-12 godzin przejść około 40-60 km, w warunkach libijskich pewnie znacznie mniej, za połową drogi miał być strumień ze źródlaną wodą, był zaznaczony na mapach i tam mieli uzupełnić sobie zapasy wody i odpocząć. Szli w pełnym rynsztunku, kiedy po kilku godzinach marszu zapasy wody pokończyły się, bardzo pragnęli już dotrzeć do tego źródełka... Gdy w końcu dotarli do strumienia, ku ich zdziwieniu czy nawet osłupieniu, okazało się, że wody praktycznie nie ma, a w miejscu źródełka po prostu kapie ona jedynie szybkimi kroplami kap... - kilkanaście kropli na sekundę. Cóż było robić! Dowództwo podjęło błyskawiczną decyzje. Plutony podchodzą kolejno, wyznaczeni podoficerowie stają przy źródełku i odliczają każdemu żołnierzowi półtorej minuty czasu na korzystanie z wody. Mogłeś tę wodę pić... nabrać do menażki, obmyć sobie twarz... No, robić, co chciałeś, „ale co tego było - ze trzy garście" - skomentował dziadek. Potem poderwali się i ruszyli w dalszą drogę. Nawyk do oszczędzania wody pozostał dziadkowi na całe życie. Miał zwyczaj, który oczywiście pochodził z Afryki, mycia się z garnuszka. Wodę nabierał do ust, a następnie wypuszczał z ust na dłonie i rozprowadzał po twarzy, szyi, uszach. Byłem zdziwiony tą metodą mycia, ale kiedy raz spróbowałem, zorientowałem się, że można się naprawdę w ten sposób obmyć stosunkowo niewielką ilością wody i wcale nie miesza się ona ze śliną - jak mi się na pierwszy rzut oka wydawało. Mówił też dziadek, że w Afryce do zwykłej wody do picia dodawali szczyptę soli, aby uzupełnić jej brak w organizmie i po wypiciu takiej wody podobno nie miało się takiego pragnienia, jak pijąc wodę zwykłą.
W Libii nauczył się dziadek jeździć dżipem. Pierwsza lekcja była bardzo prosta. Wsiadł do samochodu i chwycił za kierownicę a dwóch kolegów uczących go, po uruchomieniu wozu, zeskoczyło z auta i dziadek został w nim sam - jeździł po pustyni aż mu się benzyna skończyła. Zresztą koledzy rzetelnie informowali go, że ma jeszcze paliwa na cztery godziny później, że jeszcze 3 godziny... 2 godziny... 1 godzinę i 20 minut... i tak jeździł, aż w końcu stanął z powodu jego braku.
Po kampanii libijskiej nastąpiło połączenie wojsk polskich z przybyłą z ZSSR armią generała Andersa. To spotkanie z żołnierzami przybyłymi z ZSSR było dla wszystkich Polaków bardzo ciężkim przeżyciem. Żołnierzy, którzy wydostali się z Rosji, nazywano „ Cierpiętnikami" dla ich przeżyć i stanu, w jakim się znajdowali, ich z kolei nazywano „ Ramzesami " z tego względu, że stosunkowo długo przebywali i formowali się w Egipcie. Polacy przywitali swoich rodaków w Iranie. Dziadek także wyjechał z Egiptu do Iranu na spotkanie z rodakami i zorganizowanie im pierwszej pomocy.
Postaram się przekazać wrażenia dziadka dosłownie jego słowami: „Wszyscy wyglądali okropnie - pełno było kobiet, dzieci, ludzi schorowanych, wycieńczonych, obszarpanych. -
Anglicy w Teheranie od razu puścili ich do łaźni tureckiej, z jednej strony wchodzili osobno mężczyźni a osobno kobiety i dzieci, rozebrani do naga lub prawie do naga. Żołnierze te ciuchy, co oni zrzucali od razu walili widłami na kupy i palili oblewając benzyną z karnistrów. Jak to wszystko płakało. - Nie można im było wytłumaczyć, że za chwilę po łaźni parowej, po odwszeniu, dostaną nowe angielskie mundury... Nie wierzyli, że będą ubrani w czystą pachnącą odzież. Mundurów brakowało dla kobiet i dzieci albo były po prostu za duże. Panie nasze chodziły w mundurach męskich. Anglicy szybko jednak uzupełnili zapasy i dostarczyli odzież zarówno dla kobiet jak i dla dzieci".
W tym okresie bardzo wielu Polaków zgłaszało się do radzieckich ambasad i zasypywało pracowników pytaniami o swoje pozostawione w Rosji rodziny. Wytworzyły się jakieś tam kontakty. Widziano Rosjan w rożnych sytuacjach. Pracownicy ambasad szastali pieniędzmi na prawo i lewo. Płacąc podwójnie, potrójnie, nie brali reszt - byle by tylko przekonać Arabów do komunizmu.
Kiedyś dziadek, opowiadając jakąś tam historyjkę, mówił: „Cały dzień jechaliśmy z Bagdadu do Teheranu"- Byłem zdziwiony tym stwierdzeniem, zastanawiałem się nawet, czy to możliwe, aby samochodem wojskowym przejechać taki kawał drogi i to jeszcze w tamtym okresie. Z Bagdadu do Teheranu jest chyba z 800 km no... ale skoro dziadek tak mówił - widocznie tak było.
Rozdział VI
PALESTYNA
Po kampanii libijskiej żołnierzom, którzy brali w niej udział, zaproponowano kilkutygodniowy wypoczynek. Do wyboru były tylko dwa miejsca - Cypr lub Palestyna. Dziadek wybrał, tak zresztą jak i większość żołnierzy, Palestynę Chodziło im głównie o zwie-dzenie miejsc świętych, wiedzieli także, że tam więcej zobaczą. Po wylądowaniu w Palestynie i zakwaterowaniu w hotelu w Tel Awiwie dziadek postanowił pójść do magistratu i zapytać o Żydów ze Stanisławowa. Jak pomyślał, tak zrobił. Tą drogą dało mu się ustalić dwa nazwiska znajomych. Jedną z tych osób był właściciel hurtowni towarów kolonialnych ze Stanisławowa, przeciwko któremu dziadek prowadził dochodzenie dotyczące spalenia się tej hurtowni, gdyż zachodziło podejrzenie umyślnego podpalenia w celu uzyskania kwot ubezpieczeniowych. Dziadek miał z tym śledztwem coś wspólnego. Gdy Żyd zobaczył go, ucieszył się, ale - jak mówił dziadek - obie strony nie miały do siebie zbyt wielkiego zaufania. Zresztą Żyd od razu zaczął: „Teraz pan nic mi już nie może zrobić" - była to gadka, która denerwowała dziadka, tym bardziej, że obaj byli przecież w innej sytuacji. Gdy dziadek zapytał, czym się teraz zajmuje, odrzekł, że tym samym, co w Polsce. Prowadził hurtownie artykułów kolonialnych ( orzeszki ziemne, herbata, cytryny, pomarańcze, kawa, itp.). Miał dziadek od tego człowieka propozycję przesyłania żołdu, który otrzymywali żołnierze w angielskich funtach, do Palestyny, aby je następnie wymienić na jakieś inne pieniądze niż funty brytyjskie, ale mówił, że z tej propozycji zrezygnował, gdyż wydawała mu się w warunkach wojennych bardzo niepewna.
Inną znajomą, którą dziadek odszukał w Palestynie, była lekarka, córka zaprzyjaźnionego z nim Żyda ze Stanisławowa. Ta dziewczyna, a raczej już kobieta, znała również dziadka, gdyż bywał gościem w ich domu. Ten żydowski kolega dziadka miał dwie córki. Z jedną nie było kłopotów, za to druga - ta właśnie, która spotkał w Tel -Awiwie, spiknęła się z komunistami i aby przerwać niepożądane kontakty, ojciec wysłał ją do Wiednia na studia medyczne, które ukończyła, a później pojechała do Palestyny, gdzie wyszła za mąż i podjęła pracę. O swoim ojcu wiedziała, że zginął rozstrzelany przez Niemców po ich uderzeniu na ZSSR. Rozmowy w tych warunkach były ciężkie. Wspominali trochę czasy przedwojenne, poinformowała go, że ma męża z naszych stron, z Buczacza. Dziadek spotkał się z nim, też był lekarzem, oboje pracowali w kibucach lub może dla kibuców. W okresie tym, jak dziadek mówił, była straszna bieda w Palestynie, kto żył dobrze, ten żył, ale na ogół wszyscy byli biedni a kraj na dorobku. Gdy lekarka wpadła na pomysł, aby pokazać syna, dziadek chętnie przystał. Dziecko wychowywało się w kibucowym żłobku. Rodzice oddawali je na cały tydzień do tego żłobka a
sami szli do pracy, odbierali go tylko na dzień wolny - piątek. Gdy dziadek wszedł na salę, gdzie były dzieciaki, zdębiał. Zobaczył dziesiątki łóżeczek, gołe dzieci w łóżeczkach, ani poduszek, ani kocyków, nic, tylko drewno, smród i zaduch amoniaku, w każdym łóżeczku dziura na odchody i mocz, aby to wszystko zlatywało niżej. Widok ten wprawił go w osłupienie. Gdy podeszli do łóżeczka, ujrzał małego brzdąca 2-3 letniego. Dziecko jak dziecko, matka pocałowała je na przywitanie. W tym momencie dziadek nie wytrzymał i rzekł. - Oj żeby to Pani tatuś widział? - Dziewczyna wybuchnęła wtedy wielkim szlochem, byli to bogaci Żydzi - Hasyci, zestawienie z kibucem było dla dziadka szokiem.
Dziadek zwiedzał Ziemię Świętą, miejsca, w których przebywał Chrystus i miejsca związane z naszą chrześcijańską religią. Przywiózł trzy łańcuszki złote oraz kilka krzyżyków jerozolimskich pocieranych o grób Chrystusa. Z niedzieli palmowej w Jerozolimie przywiózł kawałki palmy, które są w moim domu do dziś. Był też przy Ścianie Płaczu, w Ogrodzie Oliwnym i na dachu domu Piłata, przy grobie Chrystusa i w wielu innych miejscach. Któregoś dnia, kiedy zwiedzał z kilkoma kolegami Jerozolimę, jeden z nich, który oddalił się za jakimiś pamiątkami, nagle zawołał: - Chodźcie, tu chodźcie! - Widzicie tam, tych ludzi - ten w środku w kapeluszu to jest zastępca papieża, Sekretarz stanu i jeszcze kilku księży i ochrona! - Patrzyli na nich... I nagle któryś z kolegów powiedział - no to wielki Pan. Dziadek wyjaśnił mi też, że biblijna przypowieść Chrystusa o tym, że łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niźli bogaczowi dostać się do Królestwa Bożego nie dotyczy oczywiście główki od igły, gdyż to by był jakiś absurd. Przypowieść dotyczy jednej z siedmiu bram, jakie prowadziły do starej Jerozolimy. Tę bramę zwaną „Uchem Igielnym", mówił dziadek, widziałem. Jest ona niska a w pomniejszeniu wygląda jak ucho od igły. Wielbłądy podchodząc do tej bramy są tak wyszkolone przez Arabów, że przyklękają i na tych klęczkach pod nią przełażą. Nie ma to nic wspólnego z igłą, i Chrystus właśnie tę bramę miał na myśli w przypowieści o bogaczach.
Z tytułu dwukrotnego zwiedzenia Ziemi Świętej miał dziadek prawo do zakupu krzyża papieskiego. Nabył taki krzyż będąc w Rzymie. Gdy go zapytałem, jak to wyglądało - wyjaśnił, że zakupił sobie z tytułu zwiedzenia Ziemi Świętej krzyż papieski srebrny za jakąś tam kwotę. Na złoty nie było go stać, gdyż kosztował kilka razy więcej, brązowy kosztował znów dwa czy trzy razy mniej niż srebrny. Słyszałem także inną wersję dotycząca nabycia złotego krzyża papieskiego, że otrzymanie go wiąże się już z poważnymi zasługami dla kościoła katolickiego.
W okresie, w którym dziadek przebywał w Palestynie na urlopie, tj. 1942 roku, terytorium to było kolonią angielską zamieszkałą przez Arabów i Żydów. Ci ostatni zaczęli się osiedlać w Palestynie już na początku XX wieku, aby w końcu lat trzydziestych stanowić poważny odsetek ludności. Po II wojnie światowej nastąpił podział tego terytorium na Izrael z większością żydowską i Jordanię arabską. W konsekwencji tego wytyczenia granic wybuchły wojny arabsko - izraelskie. Nie chcę oczywiście niczego imputować, ale nawet na przykładzie Izraela widać, że problem współżycia narodów jest złożony i rodzi prawie zawsze nieporozumienia oraz konflikty.
Przed kampanią włoską miało miejsce pewne wydarzenie, które bardzo poruszyło wszystkich Polaków. Otóż wicekról egipski obchodził którąś z kolei rocznicę objęcia tronu. Zaproszono wielu gości. Gdy w polskim obozie pojawiła się delegacja królewska, wszyscy byli przekonani, że zaproszoną osobą będzie Generał Anders - głównodowodzący polską armią. Jakież było zdziwienie żołnierzy, gdy okazało się, że zaproszenie otrzymał jedynie porucznik hrabia Potocki, którego wicekról znał ze swego pobytu w Łańcucie.
Rozdział VII
KAMPANIA WŁOSKA
Kampania włoska dziadka to miasta: Tarent, Rimini, Monte Casino, Faenza, Pescaro, Bolonia, gdzie dla żołnierzy polskich praktycznie zakończyła się II wojna światowa. O Monte Casino
dziadek opowiadał dość dużo. Góra ta broniła dostępu do Rzymu. Próby jej zdobycia były wcześniej podejmowane przez Amerykanów, Brytyjczyków, Hindusów, Nowozelandczyków, Polacy mogli teoretycznie odmówić zdobycia szczytu, ale generał Anders odmówić nie chciał, wszyscy to rozumieli. Bitwa ta miała jakby dwie fazy. Pierwszą było przygotowanie do walki, a następną zdobywanie góry. Dziadek mówił, że góra została straszliwie zbita przez angielskie i amerykańskie lotnictwo oraz artylerię, jednak Niemcy siedzieli w bunkrach, którym ani lotnictwo ani artyleria nie mogły nic zrobić. Trzeba było wysadzać bunkier po bunkrze. Dziadek brał udział w przygotowaniach do bitwy. Polegały one na okopaniu się jak najbliżej wzgórza, podciągnięciu sprzętu i punktów sanitarnych, dział, magazynów z amunicją itp.
Przeżył tam pewne zdarzenie. Gdy wracał dżipem spod góry, kierowca dostał w ramię, krew tak trysnęła na twarz i piersi dziadka, że był calutki czerwony. Dziadek w pierwszym momencie zastanawiał się, czy i on też nie otrzymał postrzału, ale nie czuł w żadnym miejscu na ciele ciepła, które jest nieraz oznaką, że się zostało trafionym. Zraniony kierowca trzymał kierownicę i jechał dalej. Dziadek zapytał, czy może prowadzić, a ten odrzekł, że tak - jeszcze kilkaset metrów i będziemy bezpieczni. Dojechali. Gdy wyskoczyli z dżipa, sanitariusze widząc, że dziadek jest cały okrwawiony, rzucili mu się na ratunek Dziadek krzyknął!. - Nie ja! To kierowca jest ranny! - Na szczęście, pomimo że bardzo mocno krwawił, rana okazała się niegroźna i już po kilku dniach był całkowicie sprawny. Pod Monte Casino zginął dziadka kolega rozerwany na polu minowym. Drugą osobą, która zginęła i to zaraz po bitwie pod Monte Casino, był Władysław Kopała, przyjaciel dziadka i łukowianin. Trafiony z niemieckiego działka, został pochowany na cmentarzu w Faenzie.
Wracając jeszcze do Monte Casino. Dziadek opowiadał, że pomimo tego, że Polacy wiedzieli, iż straty będą duże, podjęli się zdobycia szczytu. Po prostu przyszedł ten czas. Musieli iść i chociaż pełno było tablic z napisem „Rodzina czeka na ciebie", „Nie bądź głupi, nie daj się zabić" a nawet „Tylko frajerzy giną" - wiadomo było, że pójdą i będą walczyć do ostatka. Czy dziadek miał szczęście, że cofnięto go do innego zadania. Chyba tak... Powiedział właśnie tak: „Zamiast na górę cofnięto mnie w ostatniej chwili do innego zadania" - czy mieli podciągać działa, czy zbierać rannych, czy przenosić amunicję i sprzęt, nie wiem. Kiedy patrzyłem i pożerałem oczyma jego Krzyż Pamiątkowy za Monte Casino, myślałem, że on szedł tam, przedzierał się, chował się za skały i wspinał coraz wyżej. A dziadek powiedział skromnie. - Krzyż dostałem za udział i wkład pracy, a to, że mnie cofnęli, to zasługa moich żołnierzy. Oni tak chcieli i dowództwo w ostatniej momencie wycofało mnie z pierwszej linii.
Jeszcze przed walkami o Monte Casino miało miejsce pewne zdarzenie w plutonie, które potwierdziła mi i zrelacjonowała moja siostra Danuta. Dziadek rozdzielił jakieś prace żo-łnierzom. Później wezwano go gdzieś i musiał wyjechać, nakazał jednak, aby do rozminowywania nie wysyłać najmniej doświadczonych żołnierzy, w żadnym wypadku nie może tego robić nowo pozyskany do plutonu 18-letni chłopak. Jednak podczas jego nieobecności przyjechał porucznik P... i pomimo że żołnierze przekazali porucznikowi sugestie dziadka, że nie kazał tam posyłać nowego, porucznik zrobił na odwrót. - „Właśnie niech się uczy" - powiedział i posłał chłopaka z dwoma bardziej doświadczonymi żołnierzami. Gdy dziadek wrócił, chłopak już nie żył - został rozerwany na minie. Dziadek był bliski szału, wpadł do namiotu, uderzył kilka razy w łeb siedzącego na krzesełku porucznika, a gdy ten upadł i leżąc próbował wyciągnąć pistolet, dostał kopa, na dodatek jeszcze dziadek wyciągnął swój pistolet szybciej i machając nim, ryczał, że go ukatrupi za zabójstwo dzieciaka. Zrobił się harmider, w końcu żołnierze jakoś go uspokoili. Ale sytuacja była okropna. Za podniesienie ręki na dowódcę groził dziadkowi sąd wojenny, tym bardziej za groźbę użycia broni. W konsekwencji tego wydarzenia żołnierze postawili porucznikowi ultimatum, że sprawa ma być wyciszona i nie ma prawa wyjść poza pluton. I tak to się dziadkowi upiekło, a żołnierze jeszcze bardziej go polubili. Oczywiście dziadek przeprosił w szerszym gronie porucznika. Szkoda tylko, że zginął młody chłopak. Wypada jeszcze tu powiedzieć, że dziadek nie lubił porucznika. Wyrażał się o nim kiedyś tak - „Jego interesowały tylko te kurwy i nic więcej, praktycznie wszystko było na mojej głowie".
Dziadek wyjaśnił mi kiedyś, że w armii polskiej był specjalny batalion z ludźmi wykszta-łconymi - artystami, pisarzami piosenkarzami, aktorami, byłymi dygnitarzami itp. Batalion ten był oszczędzany, choć też wykonywał jakieś zadania, ale oni tam głównie pisali... malowali... tworzyli i to była taka rezerwa naszej inteligencji. Już dla potrzeb III Dywizji Strzelców Karpackich w 1941 roku wydana była „Biblia Jerozolimska", także „Przewodnik po Ziemi Świętej" oraz „Vade Mecum żołnierza kierowcy", a później także czasopismo „Goniec Karpacki" itp.
Anglicy czy Amerykanie, o czym już wspominałem, gdy mieli zdobyć jakiś teren, najpierw bombardowali go z samolotów, potem ostrzeliwała go artyleria, a na końcu ruszały czołgi samochody i ludzie. Gdy napotkano poważniejszy opór, cofano się i następowały znowu naloty i bombardowania - taką mieli technikę walki. Na „Wschodzie" zdobywano więcej terenu na hura. Większość żołnierzy zdawała sobie sprawę, że warunki, w jakich prowadzą walkę Kościuszkowcy, są o wiele cięższe od tego, co oni tu mają, tym bardziej, że znaczna część żołnierzy w obu armiach to byli ludzie z Polski Wschodniej, tz. Kresowiacy. Mówił dziadek, że mieli pełną świadomość, iż Kościuszkowcy walczą w gorszych warunkach.
Po Monte Casino w plutonie nastąpił duży zgrzyt. Jeden z chłopaków posprzeczał się z kolegą żydowskiego pochodzenia i powiedział mu, no niby nic, tylko: „ Ty Żydku". Kontekst był jednak pogardliwy i dwóch żołnierzy w plutonie pochodzenia żydowskiego poczuło się dotkniętymi jego słowami i nie przyjęli odznaczeń. W konsekwencji rozmów dziadka z tymi żołnierzami Polak przeprosił kolegę Żyda i obaj żołnierze żydowskiego pochodzenia przyjęli krzyże za Monte Casino.
Kilka miesięcy później obaj ci chłopcy zgłosili się do dziadka na rozmowę. Przekazali mu wiadomość, że po zakończeniu wojny chcą iść do Palestyny do wojska. Dziadek odradzał im, ale - jak mówił - użyli ciężkiego argumentu. Jeden z nich powiedział: - Pan przecież był w Legionach, w wojsku polskim, jak Polski jeszcze nie było, my chcemy praktycznie zrobić to samo. Dziadek powiedział, że tym stwierdzeniem wybili mu ostatnie atuty z ręki, takie jak to, że w Palestynie bieda i nie ma tam po co jechać. Jeden z tych żołnierzy nazywał się Beniamin Fale (Fahle) i podobno awansował w izraelskiej armii na generała. Dziadek efekt tej rozmowy określił słowem „puściłem ich"... Myślę, że takich kompetencji dziadek nie miał, ale po prostu, żołnierze ci zamiast do Anglii pojechali do Palestyny.
Chcę jeszcze wspomnieć o staruszku zakonniku Polaku, który, gdy usłyszał, że rodacy są w okolicach Monte Casino, postanowił zobaczyć swoich. Od wczesnego ranka szedł wiele godzin, aby dotrzeć do polskiego obozu. Akuratnie żołnierze całą kompanią mówili pacierz, specjalnie nie zwracali uwagi na mnicha stojącego nieopodal. Po modlitwie ktoś zaintonował pieśń maryjną Jana Kasprowicza, „Kiedy ranne wstają zorze Tobie ziemia Tobie morze..." dopiero wtedy na szlochającego do głębi wzruszonego staruszka żołnierze zwrócili uwagę. Po odśpiewaniu pieśni podeszli do niego i zaczęli rozmowę. Mówił im, że jest z klasztoru Monte Casino, przeniesiony gdzieś tam ze względu na działania wojenne i że nie myślał, że na koniec życia będzie mu jeszcze dane ujrzeć polskich żołnierzy modlących się, wspaniałych, niezwyciężonych. Któryś z chłopaków poprosił o błogosławieństwo i ukląkł przed zakonnikiem. Zaczął, więc błogosławi... reszta żołnierzy ustawiła się w kolejce... i błogosławił każdemu podchodzącemu do niego, czyli wszystkim.
Dziadek dzielił żołnierzy na dobrych i złych. Do dobrych zaliczał Polaków i to na 1-szym miejscu, dalej Anglików i Niemców, do złych Francuzów i Włochów. Gdy zapytałem, jakie to są kryteria podziału, wyjaśnił, że chodzi o to, że dobrze się bili i radzili sobie w warunkach wojennych. Np. Francuzi czy Włosi nie potrafili sami nawet przyszyć urwanego guzika przy płaszczu... Włosi poddawali się całymi masami i choć dziadek dobrze wiedział, dlaczego oni to robią i tak uważał, że są z nich kiepscy żołnierze.
Bogate rodziny włoskie bardzo serdecznie przejmowały oficerów angielskich i polskich. Dziadek z racji umiejętności gry w szachy często też był zapraszany na takie imprezy, nawet w towarzystwie oficerów, gdzie miał zakazane pić podczas pierwszych partii, dopiero jak wygra 2-3 partie - mógł przegrywać. Chodziło też na ogół o to, aby Włochów nie de-prymować. Pili na tych spotkaniach często wino grantfatero, co znaczyło, że było ono
zrobione jeszcze przez dziadka osoby zapraszającej.. Jak mówił dziadek, były to galaretki jedzone łyżeczką. Dziadek zresztą specjalnego pociągu do alkoholu nie miał, więc i picie nie stanowiło u niego żadnego problemu. Oprócz obowiązków żołnierza miał dziadek zarówno w kampanii libijskiej jak i włoskiej jeszcze jeden obowiązek: obsługę nafii, czyli sklepu wojskowego. Wiązało się to z jego znajomością zasad zakupu i handlu wynikającą z pro-wadzenia sklepu na Łukowcu. Rozliczanie, wyjazdy po towar na targowiska, zakupy odpowiednich ilości towaru zajmowały mu wiele czasu. W każdym bądź razie praca kierownika sklepu batalionowego stanowiła dla niego dodatkowy kłopot. Kiedyś - było to po kampanii libijskiej - wybrał się dziadek na targowisko samochodem z kierowcą i tłumaczem na duże zakupy. Gdy wysiedli i zaczęli chodzić po bazarze, urwała się dziadkowi rączka od walizki, w której było bardzo dużo pieniędzy. Dziadek, specjalnie nie zastanawiając się nad sytuacją, podszedł do stoiska z przyborami przypominającymi szewski stragan i poprosił naprawienie rączki. Arab potwierdził chęć wykonania zlecenia i zaczął pracę. W pewnym momencie teczka otworzyła się i wypadły z niej pieniądze i to duża ilość, Arab chwycił się za głowę, powstał ruch, dziadek i stojący przy nim tłumacz a także kierowca zaczęli zbierać pieniądze przy asyście gapiów... Po naprawieniu teczki i zakupie towarów, gdy wracali do obozu, tłumacz powiedział: „Radzę wam więcej na tym bazarze się nie pokazywać, bo jak ja się orientuję, w tutejszej sytuacji to życie wasze może być zagrożone".
Po Monte Casino Polacy poszli dalej na północ, kampania praktycznie została zakończona na Bolonii. Z tego okresu opowiadał dziadek jeszcze jedno zdarzenie. Któregoś dnia, a było to już na północy, Włoch wysłał go i jeszcze jednego plutonowego na zwiad, aby sprawdzić teren. Wiadomo było, że za szosą są Niemcy i Włosi, ale nikt za bardzo nie wiedział, co jest przed szosą. Mieli podejść jak najbliżej i zorientować się, czy przed szosą nie ma wrogów. Przedzierali się przez ogródki, jakieś łąki, laski, szuwary. W pewnym momencie usłyszeli śpiew, więc kierowali się w jego stronę. Zza krzaków ujrzeli chodzącego po szosie włoskiego żołnierza pogwizdującego sobie i podśpiewującego jakieś włoskie piosenki. Kolega szepnął, że to ta szosa. Tak - odparł dziadek - możemy powoli wracać. Nagle ni stąd ni zowąd kolega zdjął karabin z ramienia i powiedział - zdejmę go. Dziadek chwycił za karabin. Nie - powiedział - szkoda tego chłopaka, z Włochami nie walczymy. - To wróg - powiedział kolega. - Ja tu jestem dowódcą - dodał dziadek... Zabraniam - to rozkaz i...wyszarpnął na chwilę koledze karabin.... Zresztą musimy jeszcze pójść na bok i zobaczyć, czy i tam jest pusto. Uszli jakieś 200-300 m. Dziadek zaproponował wejście na drzewo... Kolega wszedł..i zobaczył wozy pancerne, samochody i czołgi za szosą. Liczymy - powiedział dziadek - najpierw czołgi, później wozy pancerne, na końcu samochody. Wracali w milczeniu. Zgłoszę - powiedział w pewnym momencie kolega... że nie pozwoliłeś mi zdjąć tego Włocha - ale dziadek nie odezwał się słowem. Gdy wrócili do jednostki, wyjaśnili w dowództwie, że do szosy nie ma nieprzyjacielskiego wojska, dopiero na szosie zauważyli wartownika, a za szosą stały włoskie samochody, czołgi i wozy pancerne, podając także widziane ich ilości. Kolega nie wytrzymał i palnął: - Plutonowy Faszynkieder nie pozwolił mi zdjąć wartownika z drogi. Nastąpiła drobna konsternacja, a po chwili usłyszeliśmy słowa jednego z oficerów: „No i bardzo dobrze - nie mogą wiedzieć, że my tu już wleźliśmy. Ty się od niego ucz i myśl trochę". Byłem całkowicie usatysfakcjonowany - mówił dziadek. Kolega, który był z nim na zwiadzie, był także plutonowym, tylko z innego plutonu, a ponieważ dziadek był od niego znacznie starszy, jego zrobiono dowódcą.
Z Włochami były różne perypetie, kraj po zakończonej wojnie biedny, ludzie walczyli przeżycie. Żołnierze otrzymywali żołd w funtach. Było to w Rzymie. Któryś z kolegów zaproponował dziadkowi wymianę funtów na liry... Dawali dobrą cenę, więc dziadek poszedł na to. Wymiana miała się odbyć na ulicy o umówionej godzinie, było trzech Włochów dwóch Polaków. Jeden Włoch stał nieco dalej, aby kontrolować teren przed karabinierami. Gdy dziadek po potwierdzeniu ceny podał Włochowi pieniądze, a ten zaczął liczyć, stojący na czatach krzyknął: - Karabinieri...Karabinieri! - Włoch trzymający dziadka pieniądze rzucił się do ucieczki. Dziadek złapał go za rękę. Nastąpiła krótka szamotanina, w efekcie Włoch się wyrwał, a dziadkowi w ręce został rękaw marynarki Włocha urwany aż po ramię. - Oj! Stracili
wtedy makaroniarze w oczach dziadka bardzo dużo, ale i miesięczny żołd przepadł i to w funtach angielskich.
O Włochach opowiadał dziadek, że gdy się modlą np. do Świętego Antoniego i proszą go o coś, to potrafią też figurce grozić: - „Jak mi Święty Antoni nie pomożesz, to ja przyjdę i figurce odłamię rękę" - czy w ogóle ją rozwalę. W Polsce takie zachowanie byłoby po prostu świętokradztwem.
Włochy nie wywarły na dziadku zbyt dobrego wrażenia i chociaż armia stała tam jeszcze do 1946 roku, czyli dziesięć miesięcy po zakończeniu działań wojennych i praktycznie nie robiła nic, to i tak Włosi w dziadka oczach nie poprawili sobie opinii. Na dodatek pozbawienie życia Mussoliniego i jego kochanki oraz znęcanie się nad ich zwłokami Anglicy a także Polacy odebrali jako zwykłe zdziczenie - dziadek wprost powiedział: „Niby chcieli się włoscy komuniści Anglikom przypodobać. Gdy jednak Anglicy zobaczyli te pokaleczone nagie ciała, natychmiast kazali je przykryć. Zrobili też Musoliniemu normalny pogrzeb z salutem. Toż to przecież był człowiek, a nie jakieś bydlę". Wracając jeszcze do dziadka. Miał jakąś nie najgorszą opinię o Mussolinim. Twierdził np., że to Mussolini wyciągnął Włochów ze straszliwej biedy. Gdy raz zacząłem mu tłumaczyć, że Włosi w Abisynii w walkach o ten kraj praktycznie zagazowali armię etiopską, On zaczął mówić, że pobudowali w Libii bardzo dobre drogi i nieźle się gospodarzyli. Przemilczałem, jedno z drugim nie ma przecież nic wspólnego. Przez okres pobytu we Włoszech, od 1944 r. do 1946 r., żołnierze sporo zobaczyli. Zwiedzili między innymi Rzym, Bolonię, San Marino, Loretto, Neapol, Pescaro, wybrzeże Adriatyku i góry włoskie, mieli rożne szkolenia, kursy. Atmosfera stworzona przez Włochów była bardzo serdeczna. Pomimo tego żołnierze nasłuchiwali głównie wieści z Polski i o Polsce.
Jadąc wiele razy we Włoszech tą samą drogą widzieli zawsze w tym samym miejscu dróżnika ścierającego na szosie pomalowane sierpy i młoty, które ktoś na tej drodze stale malował. Pewnego razu zatrzymali się i zaczęli wypytywać Włocha o to, kto to mógłby tak uparcie malować te ruskie gwiazdy, i te sierpy i młoty. Zapytany spokojnie wyjaśnił: - W nocy ja je maluję, a w dzień też ja je wymazuję. Byliśmy zaszokowani jego postępowaniem i szczerością. Włoch dalej wyjaśniał, że za jedną namalowaną gwiazdę dostaje od komunistów 30 lirów, a od tych drugich (chyba chadeków) za zmazanie 10 lirów". I tak tam ta demokracja, mówił dziadek, wygląda.
Rozdział VIII
ŁUKOWIEC I SAMOOBRONA
Łukowiec tymczasem zorganizował Samoobronę. W całym powiecie rohatyńskim zostały tylko dwie wioski (oba Łukowce) z polską ludnością, reszta albo została wyrżnięta przez Ukraińców albo uciekała do miast, gdzie stacjonowali Niemcy i można było jakoś przetrwać. W końcu na Łukowcu nie było domu, w którym nie mieszkaliby uciekinierzy z innych wsi. Ile tych ludzi było, dokładnie nie wiadomo. Padawane są różne liczby, np., jedni mówią, że 4 tysięce, inni twierdzili, że najwyżej półtora tysiąca, a jeszcze inni, jak np. Pan Kureń z Lubina, że mogło być razem z łukowianami nawet 10 tysięcy ludzi. Przywozili swój dobytek, zwierzęta - co mogli uratować, to ściągali. Lokowano ich, gdzie się dało, a potem bardzo często dogadywali się z gospodarzami i kolejny raz przenosili się wewnątrz Łukowca tak, że na wsiach wrzało jak w przysłowiowym ulu. Przybysze byli w gorszej sytuacji od miejscowych, bo nie mieli po prostu na czym gospodarować, byli więc trochę na łasce łukowian, ale ci dzielili się, czym mogli. U Szczepana Furtaka mieszkała kobieta z dzieckiem, wpadli raz Niemcy i Azarbajdżanie ruszyli do stajni i dalej wyciągać krowę. Dwóch stało z bronią gotową do strzału, a dwóch ciągnęło na samochód krowinę i to tę, którą przyprowadziła z sobą uciekinierka. Kobieta w ryk, chciała biec ratować dobytek. W drzwiach stanął Furtak... Chwycił ją szlochającą i trzymał, dopóki Niemcy i Azarbajdżanie nie odjechali. Potem rzekł spokojnie - Nie płacz. Czy twoja krowa czy moja, to jest jakby wszystko jedno - póki tu będziesz, na Łukowcu mleka ci nie zabraknie.
Każda rodzina przeszła swoją gehennę. Łukowiec musiał wystawiać kontygenty ludzi do pracy dla okupanta w Baudinście i na wyjazd do Niemiec. Zdawał produkty rolne i mięso w ilościach ustalonych przez Niemców, lokował uciekinierów, zaopatrywał się^broń, Najgorszym okresem był tak zwany „głodny rok z 1942 na 1943". Po prostu na skutek wylewu Dniestru i obfitych opadów niewiele się urodziło. Na dodatek Niemcy nie pozwalali na sprowadzenie żywności z okolic, gdzie sytuacja była lepsza. Kontrybucje, podatki musiano bezwzględnie pooddawać. Nagle okazało się, że ludzie nie mają co jeść. W sąsiednich wioskach ukraińskich było jeszcze gorzej. Zdarzały się opuchnięcia z głodu a nawet trupy w rowach, jedzono obierki po ziemniakach, karpiele, buraki, mlecz, pokrzywę - zwożono zboże, skąd się dało. Bardzo często zabierali je Niemcy, którzy grasowali na stacjach i wyłapywali ludzi próbujących przywieźć coś do domu. Każda z rodzin doświadczyła w jakiś sposób niedostatku, a wiele po prostu głodu. Bardzo dobre świadectwo za ten okres wydała moja mama wujkowi Wierzbickiemu, który wtedy pracował w młynie. Nie było czego mleć, ale robił co mógł, starał się każdemu pomóc, każdego żebrzącego wspomagał choćby paroma kilogramami mąki czy jakiegoś śrutu. Wujek, człowiek zaglądający ostro do kieliszka, dał się w tym czasie poznać ze swojej najlepszej strony. Melasy, bimber, grys, lebioda na zupę były na porządku dziennym. Następne lata były już, jeżeli chodzi o wyżywienie, lepsze, ale za to zwiększało się zagrożenie ze strony Ukraińców, a napływ ludności polskiej z okolicznych miejscowości powiększał trwogę. Przyjeżdżali ludzie, by ratować życie swoje i najbliższych. Nieraz po straszliwych przejściach. Łukowiec bał się ludzi niepewnych. Były pomyłki, kilka osób niepotrzebnie (tak i dziś mówi się wśród Łukowian) poniosło śmierć na skutek szybkich decyzji. Wydarzeniem na wsi był pobyt Niemców i Azarbajdżan w służbie niemieckiej na wypoczynku. Wsi to niby odpowiadało, bo miała ochronę przed banderowcami, ale żołnierze zaczepiali dziewczyny z różnym zresztą skutkiem, były też pobicia mężczyzn za obronę kobiet. Pijackie zabawy Azerów w kilku przypadkach skończyły się postrzałami mieszkańców wsi. Praktycznie cały czas Łukowiec był kontrolowany przez policję ukraińską i Niemców. Wystarczył donos czy podejrzenie, a zjawiali się i robili przeszukania, kontrole, niszcząc przy tym dobytek. Jedno takie przeszukanie zrobiono u Wincentego Marka. Ukrainiec przekazał, że tam jest magazyn broni. Zjechali Niemcy, przetrząsnęli cały dom, stajnię, stodołę, nawet szpikulcami szukali na podwórzy i przy płocie. Upokarzali przy tym domowników, każąc im przenosić rękami gnój w stajni z jednego miejsca na drugie. Gdy przekonali się, że broni nie ma, zaczęli mieć pretensje do Ukraińca, który ich przyprowadził. Ten z kolei tłumaczył się, że taką informacje otrzymał od innych Ukraińców, podając ich nazwiska. W końcu odjechali, zostawiając za sobą porozrzucany dobytek i sprzęty gospodarcze. Za godzinę ponownie przyjechał samochód z Niemcem i Ukraińcem. Trzy córki Marka sprzątały obejście. Młody Niemiec wyjaśnił, że zgubił złoty nóż, wszyscy zaczęli go szukać. W trakcie tego szukania doszło do wymiany zdań pomiędzy Niemcem a Kasią, najstarsza córką Marka, która znała jeżyk niemiecki. Niemiec zdjął karabin, palcem pokazał na dziewczyny i zaczął je odliczać; eins...zwei... drei... następnie wystrzelił do Kasi. Pozostałe dwie dziewczyny uciekły. Wróciły po odjeździe Niemców, ale zastały już siostrę martwą. Opowiadająca mi to zdarzenie pani Agnieszka Wojcieszak mówi: „To prawda, że siostra powiedziała Niemcowi coś w rodzaju: - Wy świnie, coście nam tu narobili" nawiązując do tej chamskiej rewizji oraz poniszczonych i porozrzucanych po całym obejściu narzędzi i różnych rzeczy, ale on ją zabił za wypowiedzianą prawdę... Za nic. Wincenty Marek, który po rewizji Niemców wyszedł z domu, nawet nie mógł się spodziewać, że po powrocie zastanie taką tragedię. Franek Burdzy, mój stryj, zginął tylko dlatego, że przygadał coś sąsiadce żyjącej z Niemcem. Podjudzony przez sąsiadkę Szwab zastrzelił go na podwórku strzałem w brzuch. Osierocił gromadkę małych dzieci. Wspominająca to wydarzenie pani Bronisława Dobosz mówi: „Ojciec sąsiadom nawet nieraz pomagał... Bo im było jeszcze ciężej niż nam i tak mu się wywdzięczyli". Jedna z rodzin przyjezdnych na Łukowiec przywiozła zgwałconą przez banderowców dziewczynę. Co ta biedaczka przeżyła, nikt nie wie. Po urodzeniu dziecka wsadziła je główką do wiadra z wodą... Siekierskiego, niepełnosprawnego chłopca mie-szkającego po sąsiedzku z dziadkiem, przerżnęli Ukraińcy piłą. Trzech chłopców, którzy pojechali na swoją wieś po resztę rzeczy, powieszono na lejcach. Byli to bracia Stanisław i
Władysław Bednarze, Jan Groszek i Kazimierz Burdzy, ten ostatni nadszedł na to miejsce i został zarąbany siekierą. Gdy Armia Krajowa zatrzymała ukraińskie wozy z solą, które następnie po sprawdzeniu wypuszczono, a po wyjeździe z Łukowca ktoś ich obrabował (najprawdopodobniej Polacy), Ukraińcy poskarżyli się Rosjanom, a ci zaatakowali, Łukowiec. Idąc tyralierą przez wieś, zabili 14 ludzi. Nie opiszę tu wszystkiego, co na Łukowcu się działo. Chcę tylko pokazać jakiś fragment tego, co ludzie tam przeszli.
Po wsi kręciły się masy ludzi, bliżej nieokreślonych, również i dezerterzy z armii niemieckiej. Po incydencie, gdy jeden z nich podpiwszy sobie, zaczął wyzywać Polaków i chwalić Hitlera, wszystkich Niemców rozstrzelano. Była to decyzja okrutna, wzbudziła wiele kontrowersji. Samoobrona nie ograniczała się tylko do siedzenia na Łukowcu, zadawała też ciosy, czyściła szeregi, likwidując ludzi niepewnych, podejrzanych i nierozważnych, Nie obyło się bez wzajemnych oskarżeń - niektóre fakty zostały ujawnione w książce Edwarda Polaka „Los Polaka" opisującej samoobronę na Łukowcu i swoją syberyjską tułaczkę. Na Łukowcu partyzantka rekrutowała się głównie z młodzieży swojej wsi i okolicznych miejscowości.. Wzmocnienie stanowili żołnierze i oficerowie przysłani ze Lwowa i Stryja. Były to często grupy partyzantów przeznaczone do zadań specjalnych. Przebywała tu także część żołnierzy AK „spalonych" we Lwowie czy Stryju. Młodzi ludzie, którzy przybyli wraz z uciekinierami, chętnie zasiliła szeregi samoobrony i Armii Krajowej. Głównym zadaniem partyzantki rakowieckiej była przede wszystkim ochrona polskiej ludności.
Wypada tu wspomnieć kilkunastu ludzi, którzy zorganizowały Samoobronę i odgrywały w niej poważną rolę. Komendantem był pochodzący z Łukowca urodzony w Stanach Zjednoczonych Edward Polak. Jego zastępcą Piotr Król, Ślązak, dezerter z armii niemieckiej. Oficerami i dowódcami batalionów byli: Drozd Franciszek, Sikora Kazimierz, Skowron Mieczysław, Kryciński Władysław, inni oficerowie to cichociemny Michał Wilczewski, Marian Burdzy, Ludwik Kędzierski, Ludwik Martka. Bardzo duże zasługi posiadali też księża Józef Wanatowicz i ks. Józef Galik, sołtysi Józef Cacaj i Jan Bal oraz sekretarz Józef Dziuba a także aktywni podoficerowie: Stępień Stanisław, Kosior Andrzej, Stadnik Jan, Górak Wincenty, Wojciech Ślepokura i wielu innych. Ewenementem na Łukowcach było czterdzieści placówek rozmieszczonych dookoła wsi, na których przez 3 lata noc w noc pilnowało wiosek po 8-12 ludzi. Czyli, że co noc czuwało tam około 400 ludzi.
Gdy wypytywałem o wydarzenia z tamtych lat, tylko raz ktoś umniejszył znaczenie partyzantki łukowieckiej. Wszyscy pytani, nawet staruszki babuleńki mówiły, że: „To te nasze partyzanty nas uratowały, a pewnie, że to tylko oni". Zbierając materiały na temat wydarzeń w czasie wojny w Łukowcu i w okolicach Łukowca, spotkałem się z tak różnymi interpretacjami tego, co tam się działo, że w końcu zawęziłem swoje pole działania i skoncentrowałem się w większym stopniu na losach dziadka i jego najbliższych. - Szkoda, bo historia Łukowca i wydarzenia, jakie tam się rozgrywały, zarówno pod okupacją sowiecką jak i niemiecką, warte są utrwalenia.
Rozdział X
ANGLIA
We wrześniu 1946 roku armia polska z Włoch została przewieziona do Wielkiej Brytanii, a ściślej do Anglii. O podroży statkiem za wiele dziadek nie opowiadał, jedynie trochę o Gibraltarze, że mają tam straszliwe kłopoty z wodą i że Gibraltarczycy łapią ją spływająca ze skał. Miał dziadek wrażenie, że jedna ze ścian góry jest specjalnie przygotowana tak, aby wodę można było zbierać.
W Anglii żołnierzy zakwaterowano niedaleko miasteczka Chippenham. Dla lepszych kontaktów z ludnością żołnierze mieli naszywki oznaczające ich stopień znajomości języka angielskiego, np. Dziadek miał naszywkę; że jest się w stanie porozumieć - inni... że mówią dobrze... Jeszcze inni, że nie mówią wcale po angielsku. Dziadek przywiązywał dużą wagę do znajomości tego języka. O Brytyjczykach mówił, że żadnym prawem nie można Szkota
pomylić np. z Anglikiem czy Irlandczyka z Walijczykiem, wtedy są wściekli. Na każdego jednak ze spokojem można powiedzieć Brytyjczyk.
Zaraz po przyjeździe do Anglii miało miejsce zdarzenie, które ukazuje mentalność Brytyjczyków. Jeden z żołnierzy polskich otrzymał areszt domowy za awanturę z Anglikami w pubie. Chodziło o jakąś dziewczynę, w każdym bądź razie w prasie lokalnej ukazała się notatka na ten temat i wzięto Polaka w obronę. Zresztą Polacy w czasie wojny i nie tylko mieli i mają stosunkowo dobrą opinię u Brytyjczyków. Gdy Polakowi zachciało się opuścić areszt i po prostu gdzieś pójść, znowu w prasie ukazała się notatka, że skrzywdzony żołnierz uciekł z aresztu. W konsekwencji tej notatki, przed wszystkimi domami w miasteczku gospodynie powystawiały na noc flaszki z napojami i pozawijane w papier kanapki - na wypadek, gdyby ten nieszczęśnik przechodził koło ich domu, aby miał się czym posilić. - Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to - mówił dziadek, że nasze dowództwo żadnej krzywdy chłopakowi nie zrobiło, chcieli by przez tydzień nie wychodził z obozu i trochę ochłonął, taki to był areszt. Anglicy tymczasem uznali, że żołnierz został straszliwie skrzywdzony. Po rozformowaniu się armii żołnierze szukali zatrudnienia, gdzie kto mógł. Dziadkowi trafiła się praca na poczcie polowej i stąd pokaźny zbiór znaczków, jaki przywiózł z Anglii.
Wkrótce żołnierze zaczęli się rozjeżdżać - jedni wracali do Polski, inni wyjeżdżali do Australii, jeszcze inni do USA, niektórzy pozostawali w Wielkiej Brytanii. Agitacja kwitła - byli tacy, którzy optowali za krajem, inni mówili, że nie ma tam naprawdę po co jechać. Dziadek utrzymywał kontakty zarówno ze swoim bratem z Filadelfii, jak też i z rodziną w Po-lsce. Niestety, od brata dostał list, który wybił mu wyjazd do USA raz na zawsze z głowy. Dziadek napisał bratu, ile ma pieniędzy i że gdyby zdecydował się na wyjazd do USA, to by chciał założyć tam jakiś sklep. Brat odpisał mu, że z tym co ma, to nawet nie wie, czy mu na kiosk wystarczy. To dziadkowi dało wiele do myślenia i jednocześnie przekreśliło amerykańskie plany. Od córki dostał list, że zamierza wyjść za mąż za Mariana Burdzego - chłopaka z Łukowca. Nie sprzeciwiał się małżeństwu, lecz chciał wiedzieć, co kandydat na zięcia robi i jakie ma plany. Myślał nawet o ulokowaniu młodych w Australii. Jednak w następnym liście otrzymał informację, że przyszły zięć z kraju nie wyjedzie, między innymi dlatego, że ma rodziców w podeszłym wieku i jest dla swojego ojca jedynym dzieckiem. W tej sytuacji dziadek wysłał córce Jadwidze błogosławieństwo. Pisał jej też, że zastanawia się co robić, gdyż chciałby rodzinie pomóc i dlatego ma zamiar jeszcze w Anglii jakiś czas pozostać.
Żołnierze polscy tymczasem powoli rozjeżdżali się po świecie. Niby mieli do dyspozycji wszystkie kolonie i kondominia angielskie, a także USA i Amerykę Południową. Tak naprawdę mieli jednak bardzo duże trudności ze znalezieniem sobie miejsca gdziekolwiek. Anglików uważano za zdrajców sprawy polskiej i można śmiało powiedzieć, że wśród żołnierzy panowało rozgoryczenie. Dla dziadka brak jakichkolwiek informacji o tym, co się dzieje z synem Ryszardem, był najbardziej przygnębiający. Wujek Rysiek został wysłany z Łukowca do Krakowa, do swojego stryja, zaraz jak tylko zaczęły się mordy ukraińskie. Miał wtedy 9 lat. W 1945 roku opuścił Kraków z kolegą, a praktycznie uciekł z domu od stryjka. Gdzie przebywał - tego nikt nie wiedział.
Dziadek był w stosunkowo dobrej sytuacji, gdyż pracował na wojskowej poczcie. Praca ta nie była pewna, ale na razie poczty nie likwidowano. Któregoś dnia odwiedził go w obozie Generał Duch, prosząc o drobną przysługę. Chodziło o przygotowanie paczki do Polski, do Warszawy, gdzie przebywała jego rodzina. Generał pragnął wysłać bliskim kilka złotych pierścionków. Prosił dziadka, aby mu te pierścionki umieścił w obcasach. Umówili się i gdy dziadek przyszedł do niego wieczorem z drobnymi przyborami, szybko w obecności Generała przeciął obcas, następnie wyciął niewielką dziurę w pozostałej części obcasa i po włożeniu do niej pierścionków ponownie zabił obcas kołkami i gwoździkami. Miał okazję chwilę porozmawiać z Generałem, który pragnął wspomóc rodzinę. Chociaż robota była zrobiona dobrze i Generał był z niej zadowolony, to jednak po jakimś czasie przekazał, że niestety, pierścionki znaleziono i nie dotarły do żony.
Dziadek spotkał się też z pułkownikiem lub podpułkownikiem Baranem, który pochodził najprawdopodobniej z Góry Ropczyckiej i którego brat był podoficerem zaprzyjaźnionym z dziadkiem. Rozmawiali na temat powrotu do kraju. Baran był pesymistą - wy może tak, mówił do dziadka i swojego brata - tam jechać, ale ja życia w Polsce mieć nie będę i na powrót raczej się nie zdecyduję. Rozmowy te zajmowały żołnierzom dużo czasu, poza tym stale ktoś wyjeżdżał, to do Australii, to do Polski, to do USA, to znowu komuś udało się znaleźć pracę w Anglii. Niby było jakoś, ale ludzi zżerała tęsknota za swoimi rodzinami, za Ojczyzną. Jak już wcześniej pisałem, znaczna część armii na Zachodzie to byli ludzie z Kresów, ci praktycznie nie mieli do czego wracać. Mówił dziadek, że gdy kiedyś dowiedział się w pracy z radia, że Rosja zabiera nam ziemie po Bug, rozpłakał się. Przybiegli pracujący na poczcie Anglicy. Pytali, co się stało. Dziadek wyjaśnił im całą sytuację i że praktycznie stał się w jednej chwili żebrakiem. Angielscy cywile nie mogli wprost w to uwierzyć. A dziadek po latach tak to skomentował: „Anglicy człowiekowi nie zabiorą nawet koszuli a jak wezmą coś, to odszkodowanie zapłacą i to rzetelnie, ale całe narody potrafią sprzedać i nawet nie zadrży im powieka. Pomimo że dziadek darzył Anglików sporym szacunkiem, to jednak twierdził, że w swoich koloniach tubylców traktowali z góry, narzucali im swoje porządki w przeciwieństwie do Francuzów, którzy na ogół z ludnością swoich kolonii bratali się.
Rozdział XI
POWRÓT DO POLSKI
Tymczasem w rodzinnej miejscowości dziadka, na Łukowcu, ludzie nie mieli ochoty nigdzie wyjeżdżać. - Tu jest nasze miejsce, tu jest nasza Ojczyzna - mówili. - Uważali, że sytuacja polityczna jest taka, że prędzej czy później dojdzie do wojny pomiędzy Rosją Radziecką a USA, a po wojnie będzie tu znowu Polska. Część młodzieży poszła do Istriebitielnych Batalionów, jeszcze inni do Ludowego Wojska Polskiego. Między innymi aż do Berlina doszli Majdański Józef, Ludwik Babula, Ziemiański Marian. Turbak Stanisław zginął będąc członkiem Istriebitielnych Batalionów. W potyczce z Ukraińcami, gdy się wycofywali, zatrzymał się, aby ratować rosyjskiego oficera. Gdy ten się wycofał, Turbak został trafiony w nogę i unieruchomiony. Bronił się do końca. Ostatnim granatem sam się rozerwał.
Amerykanie daleko a Rosjanie na miejscu i ci ostatni zaczęli działać po swojemu. . Pierwszymi aresztowanymi byli: Edward Polak - Komendant Bazy na Łukowcu, dowódca Samoobrony, dalsi to: Józef Cacaj - sołtys wsi, Józef Dziuba- sekretarz, Genowefa Kontor, Władysław Burdzy. Czekała ich wieloletnia zsyłka za przynależność do Armii Krajowej, czyli za wrogi stosunek do radzieckiej władzy. Po pierwszych aresztowaniach szykowały się nowe. Aresztowano Ludwika Kędzierskiego. Zawzięcie szukali Pioruna - zastępcę komendanta Bazy. Widomo było, że to tylko początek... Pod Ruskimi ...życia nie będzie, powtarzali to wszyscy - jak Amerykanie tu przyjdą to i my wrócimy... a teraz trzeba nam zmienić zdanie i się wynosić. Ruszyli więc na Zachód.
I tak ze stacji w Chodorowie zaczęły odchodzić jeden po drugim transporty na Śląsk. Wyjechali wszyscy. Większość ludzi osiedliła się w powiecie Środa Śląska we wsiach Osiek, Jankowice, Mieczków, Zabłoto, Wichrów, Kostomłoty, koło Malczyc we wsiach Rzeczyca, Chomiąża, Lipnica, także koło Brzegu Dolnego we wsiach Stary Dwór i Wały Śląskie oraz koło Lubina we wsiach Brunów i Szklary Dolne - Kolonia, koło Chocianowa we wsi Pogorzeliska, po kilka lub kilkanaście rodzin osiedliło się w Malczycach, Żmigrodzie, Lubiążu oraz w wielu innych miejscowościach - od Świdnicy i Strzegomia po Wrocław, Szczecin, Bydgoszcz, Gdańsk, Lubin, Chocianów itd.
Rodzina mojego ojca - Mariana Burdzego - opuściła Łukowiec jako jedna z pierwszych. Ojciec musiał się ukrywać, gdyż jego kuzyn, też Marian Burdzy, był na liście najbardziej poszukiwanych i najbardziej niebezpiecznych wrogów władzy radzieckiej. Ruskim było wsio ryba, którego Mariana złapią, ten pojedzie na Sybir. Na Łukowcu było aż czterech Marianów Burdzych - wszyscy mieli się więc na baczności. W końcu Rosjanie nie złapali ani jednego,
ale na Sybir wzięli ojca poszukiwanego Mariana - Władysława. Sztuka jest i tak poszedł ojciec za syna. W tej sytuacji Tato i Dziadek Burdzy wyjechali stosunkowo szybko. Na Dolnym Śląsku upatrzyli sobie dwa domy, jeden na Starym Dworze a drugi na Wałach Śląskich. Do domu na Wałach Sl. wprowadził się Dziadek.
Babcia Faszynkiederowa opuściła Łukowiec także stosunkowo wcześnie. Nie pojechała jednak na Śląsk, lecz na starą ojcowiznę męża w rzeszowskie, do Góry Ropczyckiej. Tam sytuacja była beznadziejna. Rodzina ulokowała ją wraz z rodziną Wierzbickich w małym domku, który należał do pradziadka Józefa Faszynkiedra. Krów, które przywiozła ze Wscho-du, nie było gdzie paść - tylko po miedzach i rowach. Ludzie wyzywali ją od Ukrainki, słowem bieda i jeszcze zła atmosfera. Gdy przyszedł następny list z Anglii od dziadka z bło-gosławieństwem i zgodą na ślub mamy z Marianem Burdzym, mama nie zastanawiała się, pojechała na Śląsk i za dwa tygodnie, bez aprobaty babci, wyszła za mąż. Wesele odbyło się na Wałach Śląskich. Młodzi znaleźli jeszcze mieszkanie w Wołowie ze sklepem na ulicy Zwycięstwa 8 i natychmiast je zajęli. Niemka, która tam mieszkała, przyjęła ich serdecznie. Do jej wyjazdu do Niemiec mieszkali razem. Ta pani o nazwisku Bros (Bross) pisała później do mamy przez wiele lat listy. Zadomowienie się mamy na Ziemiach Zachodnich było jednak niekompletne. Prowadzenie sklepu, przyjazd siostry Janki, która przez pewien czas mieszkała z moimi rodzicami w Wołowie nie dawały mamie poczucia stabilizacji. Wyprosiła w końcu męża - jedź do Góry Ropczyckiej, porozmawiaj z teściową, może by tu jeszcze przyjechała. Tato zdecydował się pojechać porozmawiać z babcią. Przyjęła go w miarę życzliwie. Była już pogodzona z zamążpójściem córki. Na propozycję wyjazdu na Ziemie Zachodnie wyraziła zgodę, choć było już stosunkowo późno i okolice te były zasiedlone. Stał jeszcze jeden dom w Starym Dworze w środku wsi, pusty, kiepski jak mówił ojciec, ale to dom, nie szopa. - Mamo, będziesz miała swój kąt - tłumaczył - Gdy wrócił do Wołowa, miał do zakomunikowania żonie dobre wieści. - Ciesz się - udało się... Twoja mama przyjedzie równo za 10 dni. Umieścimy ją w Starym Dworze - jeden kilometr od wsi moich rodziców, będzie wśród swoich. Za 10 dni dwa wozy Łukowian nowych sąsiadów przywiozły babcię do Starego Dworu. Babcia przywiozła ze sobą krowę i maszyny szewskie dziadka (JeQ,ną[?] krowę babcia sprzedała w Górze Ropczyckiej). Była u siebie, wśród swoich po kilkumiesięcznej tułaczce. Nie przeszkadzało jej to, że dom jest lichy, że jedna ściana z gliny. Znowu była gospodynią a obok sąsiedzi Łukowianie, Martkowie, Starkiewicze, Watrasy, Łukawscy, Przewiędy, Kubale, jak to się mówi - swoi.
Po trzech latach pobytu w Wołowie rodzice przenieśli się na Wały Śląskie do moich dziadków ze strony Ojca i tam mieszkali już przez kilkanaście lat.
Powrót dziadka z Anglii nastąpił w 1948 roku. Przyjechał z jedną walizką, reszta rzeczy dojechała za kilkanaście dni. Były to kolejne cztery walizki z odzieżą, ubraniami, kocami, płaszczami i rzeczami osobistymi. Miał oczywiście też jakieś pieniądze i biżuterię, ale przede wszystkim miał nadzieję, że będzie dobrze i że ujrzy po ośmiu latach rozstania rodzinę - żonę, dzieci, braci, znajomych, po prostu Polskę.
Mając już kilkanaście lat, zapytałem dziadka, czy nie miał .żdnych kłopotów z UB. Odpowiedź dziadka była taka: - „Nawet mnie ciągali, ale nie było tak źle - wszystko powiedziałem, całą prawdę - może trafiłem na jakichś rozumnych ludzi... Trudno powiedzieć, dali mi jednak spokój - w końcu generałem nie byłem. Ludzie pretensji do mnie nie mieli, więc jakoś przeszło".
Inaczej o tej sprawie wypowiadała się ciocia Janiny Szulc. Córka dziadka twierdziła, że dziadek musiał pisać co tydzień sprawozdania z tego, co robi. Na szczęście wyznaczonym kuratorem okazał się Marcin Skórny - kapitan armii austriackiej, mieszkaniec Brzegu Dolnego, człowiek rozważny i kulturalny, który traktował dziadka po przyjacielsku, a nie jak podejrzanego i dzięki niemu dziadek nie miał większych kłopotów z nową władzą. Dziadek oczywiście spotkał się ze swoimi braćmi, Staszkiem i Ludwikiem oraz siostrą Henryką. Bracia byli urządzeni w Krakowie, a siostra Henryka ze swoim mężem mieszkała jakiś czas w Urazie, we młynie, gdzie Wierzbicki był kierownikiem. Był to podobno bardzo dobry fachowiec, pamiętam go, zawsze grzeczny wprost serdeczny, umiał się zachować. Nigdy nie
podnosił głosu, sprawiał wrażenie człowieka z klasą z jedną tylko wadą - dużo pił. Pierwszym zadaniem dziadka było odszukanie syna. Sobie tylko znanymi drogami ustalił, że jest on w lubelskim. Jak do tego doszedł, ciężko dzisiaj dociec. Od braci dowiedział się, że uciekł z Krakowa w towarzystwie kolegi z podrobionym dowodem na nazwisko Ochał - może dziadek skontaktował się z tą rodziną? Trudno jednoznacznie stwierdzić - w końcu jednak dziadek był policjantem i swoje sposoby miał. Gdy z Krakowa przyjechał do Starego Dworu, był zadowolony. - Wiem gdzie jest Rysiek - powiedział - za 2-3 dni jadę w lubelskie do Lubyczy Królewskiej, on tam jest. Babcia, dla której wujek Rysiek był ukochanym dzieckiem, cieszyła się bardzo. Nie minął tydzień jak dziadek wrócił z synem. Radość była wielka, rodzina w komplecie. Kiedyś, gdy spytałem dziadka, jak wyglądało jego spotkanie z synem, odparł, że gdy trafił do sierocińca w Dębach koło Lubyczy Królewskiej, wyszedł dyżurny i zaczął z nim rozmawiać - był wieczór - dziadek poprosił o widzenie z kierownikiem. Chłopak krzyknął: - Rysiek, zaprowadź pana do naszego kierownika!
-Wyszedł drugi chłopak - był to syn.... Dziadek od razu go poznał... W gardle mu zaschło z wrażenia. Wujek Rysiek miał wtedy 15 lat. Szli w milczeniu. Gdy wujek zameldował kierownikowi przybycie jakiegoś człowieka - odszedł. Dziadek tymczasem przedstawił się i wyjaśnił, po co przyjechał. Trafiłem znowu mówił na życzliwego człowieka. Zawołano wujka Ryśka i wtedy dziadek mu się przedstawił. Wujek był raczej zaskoczony, dziadek bardzo wzruszony. Propozycja powrotu do domu była dla wujka obojętna. Dziadek przekonywał syna, kierownik również. W końcu wielokrotnie wypowiedziane słowa; synku... Rysiu... coś zdziałały... Wujek zgodził się na wyjazd z ojcem.
Plan dziadka był prosty. Nauka i jeszcze raz nauka. Jednak grunt był gorzej niż twardy. Wujek ani myślał się uczyć... Zaczęło się koleżeństwo, dziewczyny, zabawy, późne wracanie - jakby coś nadrabiał... Jakiś stracony czas... Komentując ten okres życia wujka, dziadek powiedział: „Siły na niego nie było... Wlałem mu ze trzy razy, ale sensu to nie miało, był wyższy, silniejszy.. Jakby mu przyszło do głowy odwinąć mi, byłoby jeszcze gorzej".
Moja mama, komentując powrót brata, była jeszcze bardziej krytyczna. Pił, łaził po zabawach, dziadka nie słuchał. Więc i posądzano go o wszystko co najgorsze. Gdy zginął złoty pierścionek ż platynowym oczkiem, jemu przypisywano jego upłynnienie. Na dodatek babcia broniła go jak mogła, był przecież jej ukochanym synkiem.
W tej sytuacji dziadek zatrudnił go na budowie elektrowni wodnej na Wałach Śląskich, gdzie był księgowym. Któregoś dnia wszedł do jego gabinetu majster Bolesław Dołęgowski i po-wiedział: - Panie Antoni, proszę ze mną na chwileczkę. A o co chodzi? - zapytał dziadek - Proszę, proszę nad Odrę!
- Widzi Pan tam tego chłopca na barce?- pokazał ręką Dołęgowski - to pana syn?... Dziadek zobaczył, że jego Rysiek siedział na workach z cementem, podsuwał sobie co chwila jeden, rozrzynał go nożem a zawartość wywalał do Odry... Dziadek poczerwieniał jak burak... Rysiek! Rysiek!, Co ty u diabła robisz!!! - krzyknął. Chłopak na barce zesztywniał... Popatrzył w stronę stojących na brzegu, a potem wstał i spokojnym krokiem poszedł na drugą stronę barki.
Cóż było robić, musiał dziadek pogodzić się z losem, na dodatek jeszcze urodził się dziadkowi wnuk. Rysiek ani myślał o żeniaczce. Był więc i nowy problem. Po latach, kiedy wujek ustabilizował się i ożenił oraz podjął pracę jako lakiernik w Nysie, mówił o tym okresie swego życia tak: - „Mógł mi Ojciec jeszcze parę razy przylać, może wtedy bym coś zrozumiał... a tak musiałem całe życie ciężko pracować!" Wujek Rysiek zawsze sprawiał na mnie wrażenie dobrego, rozważnego człowieka... Pomimo wielu grzechów młodości ma życzliwy stosunek do ludzi... słucha... wypowiada się mądrze i rozsądnie, z sądami tak jak i dziadek nigdy się nie spieszy. Zastanawiałem się nieraz, czy między nim a dziadkiem jest coś, co ich dzieli, ale na to nie wyglądało.
Gdy zapytałem wujka o tamten okres życia, wyjaśnił, że w 1942 roku pojechał do Krakowa do swoich stryjów aby tam przeczekać wojnę. Zatrzymał się w Górze Ropczyckiej u swojego dziadka. Tu został zatrzymany przez Niemców i wywieziony do obozu w Płaszewie z pode-jrzeniem, że jest błąkającym się żydowskim dzieckiem. W Płaszewie, mówił, Żydów palili... Miał sprawę do wyjaśnienia - a tu nagle w obozie znalazł się i stryj Ludwik z Krakowa.
Poznał go, powiedział, że w jakiejś łapance go zwinęli i siedzi aż Niemcy zadecydują co z nim zrobić. Doradził wujkowi, żeby mówił, że złapali go w Krakowie w tej samej łapance i w tym samym dniu co jego i że mieszka u stryja i ma się tego adresu nauczyć na pamięć, a ponieważ naprawdę był już zameldowany w Krakowie - wszystko pasowało. Ma też mówić, że nazwisko ma takie, bo jest austriackiego pochodzenia. Ze stryjem spotykał się przez jakąś ubikację przechodząc podkopem z jednej części obozu do drugiej. Raz Niemiec zauważył, że wszedł do klopa i zniknął, puścił psa do tunelu a pies ugryzł go w tym tunelu w pupę. W końcu po jakimś czasie wypuszczono ich obydwu z obozu i wylądowali w Krakowie. Wujek zamieszkiwał u stryja Staszka. Stamtąd zdecydował się wracać do domu, a tak naprawdę uciekł i wędrował na Łukowiec, do domu. Szedł dwa miesiące. Kiedy Ruscy postawili granicę na Bugu, nie mógł iść dalej. Zmienił nazwisko na Ochał, gdyż bał się, że jak wyjdzie na jaw, że jest dzieckiem policjanta, to będzie jeszcze gorzej. W końcu trafił do sierocińca w Dębach i tam znalazł go ojciec.
Rozdział IX
W POLSCE LUDOWEJ
Dziadek po zakończeniu budowy elektrowni wodnej na Wałach Śląskich otrzymał za swoją pracę Srebrny Krzyż Zasługi i był w grupie najbardziej wyróżnionych pracowników tej budowy.
Później został wybrany na Przewodniczącego Gromadzkiej Rady Narodowej w Jodłowicach, a po rezygnacji z tej funkcji po 2 latach został Wiceprezesem GS-u w Brzegu Dolnym, gdzie pracował aż do emerytury. Ludzie w GS-sie bardzo go szanowali, pomimo że wiedzieli, iż raz na pół roku wpada w szał. Wtedy nie przebierał w słowach, krzyczał a raczej ryczał, na twarzy robił się sino - czerwony i z ust jego padały straszne słowa: ty szubrawcu, bydlaku... itp. Dziadek wpadał w taki szał, gdy ktoś go chciał np. oszukać lub kłamał w żywe oczy - nie wytrzymywał wtedy... Większość ludzi o tym wiedziała i wiedziała też, że jutro będzie... cisza, spokój i dobra atmosfera.
W tym okresie ludzi wykształconych było niewielu. UB czepiało się wielu ludzi zajmujących przed wojną jakieś stanowiska. Dziadek, mając przedwojenną szkołę zawodowa handlową lub coś w tym rodzaju, bardzo dobrze radził sobie w każdym środowisku. Przechodząc na emeryturę z GS-u w Brzegu Dolnym, został praktycznie dożywotnio związany z tą instytucją. Pełnił różne funkcje od członka do Prezesa Rady Nadzorczej ku obopólnemu - rzec by można - zadowoleniu stron, jeszcze przez kilkanaście lat. Dziadkowi sprawiało radość, że raz na miesiąc przyjeżdża po niego auto i że widzi się z ludźmi, z którymi przepracował tak wiele lat. Praca w Radach Nadzorczych w okresie władzy komunistycznej w Polsce była za jednodniową dietę. Dziadkowi jednak to nie przeszkadzało. Czuł się potrzebny i to było właśnie to. Dzisiaj praca w Radach Nadzorczych jest zwykłym złodziejstwem i przypomina raczej historyczną synekurę niż jakikolwiek uczciwy sposób dorabiania. Na zakończenie chciałbym jeszcze przedstawić dziadka rodzinę. Najstarsza córka Jadwiga, która wyszła za Mariana Burdzego, miała pięcioro dzieci. Córka Janka miała czwórkę dzieci - wyszła za Władysława Szulca, pochodzącego z Kozar, wsi polsko - ukraińskiej niedaleko Łukowca ( podczas wojny Władysław Szulc uciekł z Kozar na Łukowiec i razem z łukowianami rodzina ta przyjechała na Ziemie Zachodnie).
Wujek Rysiek, syn dziadka, ma dwóch synów - Henryka i Marka.
Bracia dziadka: Ludwik miał dwóch synów - Andrzeja i Jerzego, drugi brat Stanisław - syna Józefa i dwie córki Hanię i Elżbietę. Obydwaj bracia dziadka mieszkali w Krakowie. Siostra dziadka, Henryka Wierzbicka miała niepełnosprawną córkę Alę. Brat Władysław, zamieszkały w USA w Filadelfi, miał syna i córkę (Henryka i Wandę).
Dziadek zmarł w 1989 roku w Brzegu Dolnym, pochowany jest na pięknym wiejskim cmentarzyku w Jodłowicach obok żony Marii. Śmierci się nie bał, przyjął ją spokojnie, jak żołnierz.
W ostatnich latach życia, kiedy dziadek bardzo narzekał na wzrok i kiedy po operacji w Legnicy wzrok ten nieco mu się poprawił, miałem przyjemność gościć go kilkakrotnie w
moim domu. Przyjeżdżał chętnie, przebywał po kilka dni, spał z moimi najstarszymi synami. Opowiadał im o wojnie, Saharze, o armii polskiej. Bardzo pragnąłem aby dzieci dziadka zapamiętały... Któregoś wieczoru, kiedy jak zwykle obaj poszli spać do dziadka, ni stąd ni zowąd przylecieli... Tato, boimy się! - Czego? - zapytałem... Tarantuli... Co? - Dziadziuś opowiada wam o tarantuli - tak - odpowiedzieli chłopcy - Nie bójcie się - tarantul w Polsce nie ma - są w Afryce! - Uspakajałem maluchów. - No chodźcie, chodźcie - krzyknął dziadek, coś wam jeszcze opowiem. Jeden zdecydował się wrócić do dziadka, drugi chciał już spać z mamą. Nagadałem się wtedy z dziadkiem, nie grał już w szachy... Ciągle coś opowiadał, o polityce mówił z nadzieją: „Powinno być lepiej" - wierzył w to mocno, twierdził nawet filozoficznie: „Ponieważ nie może być gorzej, może być tylko lepiej".
- Jakoś czułem, że każda chwila spędzona z dziadkiem jest ważna. Gdy moja żona miała obawy, czy dziadkowi będzie u nas dobrze, czy wydoła z kuchnią, ze spokojem odpowiedziałem... Dziadek będzie jadł to co i my, nic się nie martw... Wie, że jest kryzys a cudów on przecież nie je! Gdy przyjechał drugi raz, żona już się tej wizyty nie bała. Po śmierci babci dziadek przebywał też około roku w Krzeczynie u swojej ukochanej wnuczki Danuty Czerwińskiej - mojej siostry. Później powrócił do Starego Dworu do córki Janki, gdzie już przebywał do końca życia.
Filozofia życia dziadka była dość prosta... W każdym ustroju idzie się dorobić... Złodziei nazywał „szubrawcami" i było to jego ulubione słowo na określenie złych ludzi. Do PSL-u należał, a gdy go zapytałem, dlaczego? - odrzekł. „Chciałem coś dla tej naszej wsi zrobić a taka była sytuacja, że będąc w PSL-u mogłem, stojąc na boku - nie". Komunistów nie lubił, ale ich tolerował... Dziwił się, że często są to złodzieje pierwszego gatunku. Gdy w kościele katolickim wprowadzono język polski, dziadek powiedział - „Wiesz, czy to w Palestynie, czy we Włoszech, czy na Węgrzech, zawsze w niedzielę były msze po łacinie - czuliśmy się, słysząc tę łacinę, jak w kraju i chociaż jej się nie rozumie, jednak jestem za łaciną". Miał takie swoje, inne niż wszyscy zdanie.
Dziadek korespondował z bratem Władysławem, ale także ze Stachowskim z Anglii, spotykał się też z kolegami z wojska i z policji, między innymi z Burakiewiczem służącym w plutonie Pionierów, mieszkającym we Wrocławiu, który przed wojną był mieszkańcem Lwowa i Tłumacza. Władysław Burakiewicz był przed wojną urzędnikiem skarbowym, na Zachód dostał się przez Rumunię. W plutonie Pionierów był tak jak dziadek plutonowym. Wojnę skończył tak samo jak dziadek w stopniu sierżanta. Ten urodzony lwowianin miał w swoim życiorysie epizody z okresu obrony Lwowa przed Ukraińcami. Wystawiony do czujki zwiadowczej na przedpolach Lwowa został schwytany do niewoli. Dowódca ukraiński kazał go rozstrzelać jakiemuś młodemu chłopakowi. Jednak Władysław nie pozwolił zawlec się do pobliskich krzaków - doszło do szamotaniny. Widząc to dowódca ukraiński zadecydował, że rozsieką chłopaka szablami z koni. Ukraińcy powsiadali na konie i wepchnęli Władysława do kółka z zamiarem posiekania go - ale stało się inaczej - chłopak tak wywijał się szablom, że żaden z Ukraińców nie mógł mu zadać śmiertelnego cięcia. Zabawa trwała kilka minut i skończyłaby się wiadomo jak, gdyby w pewnym momencie nie rozległy się strzały od polskich stanowisk - kule zaczęły świstać, konie się popłoszyły, niektórzy Ukraińcy pospadali na ziemię, inni uspakajali konie a jeszcze inni zaczęli za nimi biegać. Widząc to Burakiewicz zwietrzył szansę i zaczął uciekać w kierunku domków modrzewiowych, których było pełno na tej wychodzącej ze Lwowa ulicy. Ukraińcy dalej łapali konie i za bardzo nie przejmowali się tym, że Polak ucieka. Wiedzieli, że znajduje się on pomiędzy dwoma liniami ukraińskich strzelców i szansy nie ma. Burakiewicz tymczasem wbiegł do najbliższego modrzewiowego pustego domu i po schodach pobiegł na piętro. Tam zobaczył drabinę przystawioną do dachowego okna. Wszedł po niej na dach i jak Zagłoba wciągnął ją za sobą a później zamknął okno. Usadowił się przy kominie i tam siedział skulony, modląc się tylko o jedno; żeby Ukraińcy nie wpadli na pomysł spalenia domu. Gdy po chwili strilcy zaczęli szukać zbiega, nie przyszło im do głowy, że jest on na dachu. Doszli do wniosku, że poleciał do innego modrzewiowego domu, pobiegli więc penetrować dalsze wille. Na drugi dzień Ukraińcy wycofali się a teren zajęli Polacy. Kazimierz był uratowany. Wylądował w szpitalu, gdyż miał
kilka draśnięć, nie były one jednak groźne. W domu radość z odzyskanego chłopaka była wielka. Tę historię opowiedział mi syn Pana Władysława, Kazimierz, mieszkaniec Wrocławia.
Innym kolegą dziadka był Stefan Ściobłowski, policjant z Cho-dorowa, mieszkający w Lubinie na ul. 1-go Maja. Kilka domów dalej od dziadka mieszkał w Starym Dworze Stanisław Starkiewicz, który był także w armii polskiej na Zachodzie i był także w Egipcie - jednak w innym miejscu niż dziadek. Starkiewicz dotarł do Egiptu i przeszedł szlak armii polskiej podobnie jak Dziadek, jednak na Zachodzie nigdy się nie spotkali. Byłem kiedyś światkiem rozmowy Dziadka ze Stanisławem Starkiewiczem. - Wie pan, Panie Antoni - mówił Starkiewicz - dowódcą mojego plutonu był pański kolega ze Stanisławowa i gdy dogadaliśmy się, że jestem pana znajomym z Łukowca, miałem u niego chody". - Rozmowa ta miała miejsce jakieś czterdzieści lat temu. Starkiewicz bił u dziadka świnie a ja asystowałem przy tym obrządku i słuchałem, jak rozmawiają dwaj żołnierze. Gdy na końcu zapytałem dziadka o rzeczy, których nie usłyszałem, Ten wyjaśnił mi wszystko w taki sposób, że na zawsze zapamiętałem, o czym gawędzili. Chciałbym jeszcze opisać pewne drobne wydarzenie. Otóż, gdy byłem studentem, przyjechałem kiedyś z moim przyjacielem, Markiem Borowikiem, do dziadka, aby pochwalić się, że umiem już grać w brydża. Marek był dobrym brydżystą i liczyłem na sukces. Dziadek przyjął wyzwanie, poszedł po najbliższego sąsiada, Ludwika Martkę i zaczęliśmy grę. Rozwalili nas dwa razy, raz bez partii, a raz z partią. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że zapis brydżowy dziadka był jakiś niezrozumiały. Oni mieli robra, a my wyjaśniamy, że jeszcze go nie ma. W końcu Marek mówi: - Ty, to jest zapis austriacki a nie międzynarodowy. - Nie było siły, musieliśmy grać austriackim.
Łukowianie dobrze zaadaptowali się na Ziemi Śląskiej.
„Piorun", Z-ca komendanta bazy Topór czyli Łukowca, miał zakład fotograficzny w Opolu, Kryciński Józef był ordynatorem szpitala w Środzie Śląskiej i sprawował w tym mieście w radzie miejskiej różne funkcje. Stach Watras założył Liceum Ogólnokształcące w Brzegu Dolnym. Pełnymi pułkownikami byli Kryciński Edward i Iwanicki. Franek Drozd był dyrektorem banku w Wołowie, a później w Legnicy, Izabela Skrybant - Dziewiątkowska założyła zespół muzyczny o nazwie „Tercet egzotyczny". Mieszkający przez okres wojny na Łukowcu Kazimierz Dziedzic był prorektorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Franciszek Hawrysz ukrywający się u Bzikotów był dyrektorem Liceum Technicznego w Lubinie. Można by tych przykładów jeszcze wiele mnożyć - słowem, Łukowianie dobrze zaaklimatyzowali się na Śląsku i trwają.
Ojciec mój przez wiele lat był pracownikiem Rokity Brzeg Dolny oraz nauczycielem tz. dochodzącym w Technikum Chemicznym w Brzegu Dolnym, po przeniesieniu do Lubina pracował w Kombinacie Budownictwa Ogólnego jako główny księgowy a później już na niższych stanowiskach w Kombinacie Górniczo-Hutniczym Miedzi oraz w Zakładzie Transportu.
Konkluzja:
Oczywiście w pewnych miejscach musiałem coś niecoś dodać od siebie, aby tekst stanowił jedną w miarę możliwości zamkniętą całość - jednak nie próbowałem zmieniać żadnych faktów czy nawet modyfikować opowiadań dziadka. Jeżeli on sam coś w swoich opowieściach dodał, to już tak musi zostać. Zapewniam jednak, że dziadek był człowiekiem prawdomównym i z igły nigdy nie zrobiłby przysłowiowych wideł.
W trakcie pisania i gromadzenia materiałów dużą pomoc otrzymałem od mojej siostry Marii Muszyńskiej, która chętnie przekazała mi album ze zdjęciami dziadka. Poszukiwania moje wspierała także ciocia Janina Szulc, która wypożyczyła mi sporą część dokumentów. Pewne zapisy i dokumenty utwierdziły mnie w przekonaniu o niektórych faktach, niektóre musiałem zweryfikowały. Zaczynając pisać „Życiorys" nie byłem pewien, czy dziadek był w Palestynie tylko raz. Po przeglądnięciu albumu i zapoznaniu się z datami pod zdjęciami wiem, że na pewno był tam przynajmniej dwa razy. Pierwszy raz przed formowaniem III Dywizji Strzelców Karpackich a drugi raz na urlopie, po kampanii libijskiej.
Nie znalazł się, niestety, kalendarz dziadka z 1944 roku, o którym już pisałem. Nie znalazły się też dyktowane przez dziadka zapisy mojej siostrze Danucie Czerwińskiej, które mogłyby znacznie poszerzyć jeszcze życiorys dziadka. Medale dziadka, które mam, są także niekompletne, ale dwa najważniejsze, tj. odznaka za Tobruk i krzyż za Monte Casino są.
Niektóre fakty z życia dziadka trudno mi było umiejscowić. Na przykład takie zdarzenie, że któregoś dnia stał na warcie i zasnął. Mówił, że zrobiło mu się słodko i tyle... Tymczasem nad ranem przyszedł żołnierz, aby go zmienić i zobaczył, że dziadek po prostu zamarzł. Narobił krzyku... Przyszło jeszcze kilku żołnierzy, ciało wrzucono do szopy na liście, rano trzeba je pochować. Wszyscy już wiedzieli, że Faszynkieder zamarzł na warcie. A tu dziadek nad ranem wstał, otrzepał się z liści i poszedł do żołnierzy, osłupiałych z przerażenia. - „Ty żyjesz!"... Dziadek nie bardzo wiedział, co się stało. Nam mówił: - Jeszcze mi się widać to serce kołatało, w tej szopie było ciepło, a w tych liściach odtajałem i żyję. Gdzie to zdarzenie miało miejsce, nie mam pojęcia. Jedna z moich sióstr powiedziała, że na Węgrzech, choć ja raczej umieściłbym je w górach w Iraku. Kiedy indziej znów mówił, że we Włoszech spał w ziemnym bunkrze z kolegami i nagle coś kazało mu wstać i wyleźć z tej dziury, jakby jakiś głos natrętny. Więc wpółprzytomny z kocem w rękach wyszedł i odszedł z dwadzieścia metrów od tego bunkra. Był tak zaspany, że nie bardzo kojarzył, co się wokół niego dzieje - dopiero straszliwy wybuch obudził go i uświadomił mu, że tych, z którymi, spał już nie ma. Boże - mówił - choć cię nie pojmuję, dzięki Ci.
Opowiadał też dziadek, że w Afryce żołnierze mieli siatki do spania chroniące ich przed ro-bactwem i groźnymi pająkami. W Palestynie nad morzem rzucali kawałki chleba ptakom, a te łapały go w locie. Widział raz, jak żołnierze znaleźli na pustyni skorpiona, rozlali dookoła niego benzynę i podpalili. Gad się zwinął i wstrzyknął sobie śmiertelny jad, popełniając samobójstwo.
Pozostaje nierozwiązany problem autora drugiego pamiętnika. Ani razu w jego treści autor nie wymienił swojego nazwiska. Jest więc prawdopodobne, że mógł zginąć, a dziadek pamiętnik wziął albo mu go dano jako pamiętnik po koledze. Mniej prawdopodobne jest, aby dziadek ten pamiętnik dostał od żywego żołnierza, bo i po co. Żyjący autor może zawsze ze swoim dziełem zrobić więcej niż ktoś, komu takie dzieło wpada w ręce. W pamiętniku jest zapis, że w kompanii nie ma ani jednego oficera. Z tego wynika, że autor nie był oficerem, bo napisałby, że: „z oficerów tylko ja zostałem" czy coś w tym stylu. Wynika z tych słów, że był żołnierzem lub podoficerem. Dziadek najprawdopodobniej go znał. Myślę, że był on tak jak i dziadek podoficerem. Na to wskazuje jego pewne rozeznanie w sytuacji, a także ostatnia strona zawierająca liczbowe ujęcie plutonu i wymienione niektóre nazwiska żołnierzy. Na uwagę zasługuje też fakt, że dziadek i autor pamiętnika mają dość podobne rozeznanie sytuacji, podobną mentalność, podobnie zapisują i podobnie widzą to co się wokół nich dzieje. Na zakończenie pragnę jeszcze raz podzielić się pewną refleksją; opisując dziadkowe dzieje trzymałem się w zasadzie opowiadań relacjonowanych kilkanaście i kilkadziesiąt lat po wojnie. Częściowo są one pozbawione już lęku o życie, znoju żołnierskiego, wiele w tych opowieści ma anegdotyczny charakter. W pamiętnikach jest ukazany trud i czyhająca na żołnierzy na każdym kroku śmierć. Czy to jedno z drugim się uzupełnia i tworzy całość? Mam taką nadzieję. I jeszcze jedno co rzuca mi się w oczy. W obu pamiętnikach odczuwa się stałe nękanie żołnierzy ostrzałami artyleryjskimi nieprzyjaciela. Ale tak naprawdę to przewaga ognia była po stronie aliantów. Te bombardowania niemiecko-włoskie a później niemieckie miały swój odpowiednik w bombardowaniu pozycji niemieckich przez aliantów i to najprawdopodobniej jeszcze bardziej intensywnych.
Same pamiętniki są wspaniałe. Pisane poprawnie w trudnych warunkach frontowych z użyciem zrozumiałych form i ocen. Autorzy posiadają pewną wiedzę wojskową i polityczną. Dzielą się swoimi refleksjom, Nie boję się też napisać, że mają one również jakąś wartość historyczną.
Pamiętnik pierwszy
Na obczyźnie i kampania libijska
[ZDJĘCIE]
Autor: Antoni Faszynkieder
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Pamiętnik od dnia 23.VIII.1939r.
Faszynkieder Antoni
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 23.VIII.1939r. Delegowany wraz z Nawareckim i Konieczką ze Stanisławowa do Dowódz. Baonu Korpusu Ochr. Pogranicza w Delatynie.
Dnia 29.VIII.1939r. Przydzielony do dyspoz. Dowódcy Placówki Oficerskiej Wydziału II. majora Świdy w Stryju, z Osóbką i Poteratą z pow. Nadwórniańskiego.
Dnia 30.VIII.1939r. przydzieleni zostaliśmy do okresowych posterunków granicznych wraz z żandarmami K.O.P. kpr.[?] Hoźniakiem i Dejnetą i post. Nowickim, pod dow. porucznika Grabowskiego.
Dnia 31.VIII.1939. przybyliśmy z Konieczką, Nowickim, Hoźniakiem a wkilka dni później przyjechał Dejneta do Tucholki do specjalnych zadań na tym terenie.
Dnia 14.IX.1939r. z rozkazu władz policyjnych opuściliśmy wraz z załogą miejscowego Postr. P.P. którego Komd. był st. post. Drab Tucholkę udając się do Kroziowej[?] skąd następnego dnia powróciliśmy.
Dnia 18.IX.1939r. z rozkazu porucznika Grabowskiego opuściliśmy Tucholkę udając się do Skolego, celem przekonwojowania
[ODRĘCZNIE — cała strona]
taborów wojskowych przez teren zagrożony przez dywersantów ukraińskich ze Skolego do Zaworznego.
Dnia 19.IX.1939r. powróciliśmy do Tucholki celem koncetracji policji, skąd wieczorem odmaszerowaliśmy do Klimca przygranicznej wioski.
Dnia 21.IX.1939r. o godz. 7:45 przekroczyliśmy z kompanią policyjną Stryjską na przełęczy Tucholskiej granicę Polsko-Węgierską, udając się do Wyżni Werecka[?] po stronie Węgier tam złożyliśmy broń.
Dnia 22.IX.1939. podzielono nas na kompanie i tu wypłacono mi 274 pengi jako sekretarzowi Stryjskiej pol. komp. dla nas na żołd przypadający po 2.p na szeregowego a po 40 pengő na oficera na 10 dni.
Dnia 23.IX.1939r. wyjechaliśmy koleją ze stacji Wołowiec wgłąb Węgier przeważnie polskim taborem kolejowym.
Dnia 25.IX.1939r. wyładowaliśmy się na stacji kolejowej Tökël[?] w pobliżu Budapesztu, skąd nas rozkwaterowano w opustoszałych stajniach folwarku Herminamajor.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Po kilku dniowym pobycie 465 ludzi w tych stajniach, przewieziono nas samochodami ciężarowemi do innego folwarku Felsö-Sziniogpuszta[?] również do stajen lepiej urządzonych ale dla koni i bydła.
W kilka dni później w wymienionych stajniach odprawiono mszę św. podczas której kilka set policjantów przystąpiło do stołu Pańskiego a zaintonowana na zakończenie mszy pieśń „Boże coś Polskę" była raczej wyszlochana.
Warunki w jakich znaleźliśmy się były różne. Władze i ludność Węgierska ustosunkowały się do nas bardzo przychylnie, a jedynie stajnie te nie nadawały się na mieszkanie dla ludzi, betonowe żłoby pod łoga[?] i ściany pryszpanaty chorób reumatycznych, tak że kilku już poruszać się nie mogło.
Po kilku tygodniowym pobycie na skutek chorób reumatycznych u ludzi z tych stajen przeniesiono nas do Kiskunlácházy do opuszczonego zameczku zwanego po węgiersku „Szentkiraly-Kasztell” o dwa kilometry od miasteczka Kiskunlacháza, gdzie część ludzi umieszczono po kwaterach prywatnych a część ulokowano w tym właśnie zameczku, gdzie jednym i drugim było już dobrze.
W pokoju którym mieszkaliśmy między nami byli przeważnie policjanci z powiatu Rudeckiego a to Bazanowski Michał, Wit Ludwik, Bajorek Władysław ten z Krakowa, Andrzejewski Jan, Pankiewicz Bronisław, Antonkiewicz Ludwik, Cudrito[?] Wojciech, Adamuszek Józef
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Hopszta Jan ze Skolego, Bryła Jan, Czech Emil, Muszyński Stanisław, Ruszkowski Kazimierz ze Sławska, Napora Stanisław z Choziowej[?], Bartosz Józef ze Stryja, Poterato Bronisław z Nadwórny, Osóbka Stefan z Worochty i Helsk[?] Michał z Rudeckiego.
Dowódcą polskim na zamek był komisarz Powroźniak, węgierskim Hamajer podp. całego obozu rotmistrz Rosner Kalman[?] a polskim komisarz Oktawiec Jan.
Przydzielono również dwóch lekarzy dotychczasowych obozów a to polska[?] kapitana Klepacką[?] Marcelego i węgra podpor. Pintera oraz księdza kapelana prałata Michalskiego.
Dnia 6.XII.1939r. obozy nasze pierwszy raz wzięły udział w uroczystości św. Węgierskiego Imienin Regenta Węgier Mikołaja Hortyego[?]
Dnia 10.XII.1939r. otrzymałem pierwszą wiadomość z Krakowa od brata Stanisława
Dnia 18.XII.1939r. otrzymałem list od ojca brak w nim wiadomości o żonie i dzieciach
Dnia 19.XII.1939. Konieczko wyjechał
Dnia 23.XII.1939r. zachorowałem na grypę, święta Bożego Narodzenia były dla nas ciężkie i smutne z różnych względów które są prawie że znane wszystkim.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Polskie kolędy śpiewane w madziarskim kościele w dniu św. Bożego Narodzenia przez polaków, w takiej chwili i sytuacji jakiej my się znaleźli były bardzo bolesne dla wszystkich. nawet ludności węgierskiej która była na tym nabożeństwie, płakało dosłownie wszyscy.
Dnia 10.I.1940r. otrzymałem telegram z domu od żony a podpisany przez Jankę
Dnia 11.II.1940. otrzymałem od brata Władka z Ameryki 55 pengő i 60 filerów
Dnia 24.II.1940. otrzymałem od niego list.
Dnia 4.III.1940. przyjechali do Kiskunlacháza z Kismaros. Kłopko Józef, Sobala[?] Jan Chrząszcz Władysław z Krakowa, po zlikwidowaniu obozu tam.
Dnia 2.IV.1940r. otrzymałem pierwszy list od żony z dnia 8.II. b.r. pisany przez córkę Jadwigę, w którym donoszą mi, że są zdrowi trzy listy odemnie otrzymali również otrzymali od ojca i brata z Krakowa by się o nich nie martwili.
Dnia 4.IV.1940r. otrzymałem list od szwagra z kraju z Oskrzysieniec.
Dnia 22.V.1940r. otrzymałem drugi list od żony i córki z dnia 3.IV.1940r.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 23.V.1940. wyjechał Kłopko.
Dnia 2.VI.1940. ucieczka nie udana z obozu w Kiskunlácházy na Węgrzech.
Dnia 3.VI.1940. powtórna ucieczka z obozu do Budapesztu i przyjazd do niego o godz. 22:30.
Dnia 5.VI.1940r. o godz. 5:55 wyjazd z Budapesztu do obozu cywilnego nad granicę jugosłowiańską miejscowości "Somogy-Berezenca" przyjazd tam o 15:00
Dnia 6.VI.1940. o godz. 24:00 przekroczyłem granicę Węgiersko-Jugosłowiańska między Berezenca a Zdalą postronie Jugosłowiańskiej
Dnia 7.VI.1940. o godz 4tej meldowałem się na posterunku Żandarmerji Jugosłowiańskiej w Zdalu, a godz.6tej przeprawiliśmy się łodzią przez rzekę Drawę udając się do najbliższej stacji kolejowej "Virje", skąd o godz. 11:15 odjechaliśmy do Klostor a następnie do Krizevu[?] z kąd o godz. 20:45 odjechaliśmy do Zagrzebia gdzie przybyliśmy o godz. 21:45
Dnia 8.VI.1940r. o godz 19:00 odjechałem do Splitu odnalazłszy tu kolegów Nawareckiego i Gębalę
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 9.VI.1940. o godz. 7:00 przyjechaliśmy do Splitu, po przyjęciu nas przez Dowódcę tej placówki S. Gębela zakwaterowano mnie w pensjonacie „Split” tuż nad morzem Adryjatyckiem.
W czasie mego pobytu w Splicie zwiedziłem zabytki tego miasta jak i jego okolic; atoż[?] Muzea archeologiczne z przed chrześciańskich, pierwszych i późniejszych wieków chrześciańskich.
Wykopaliska amfiteatru miasta Salone dawnej stolicy cezarów Rzymskich w których dawano na pożarcie dzikim zwierzętom pierwszych chrześcian na publicznym widowisku cezarów ich dworze i zebranej publiczności, oraz zwiedziłem odkopane przez ks. Bulicza, świątynie tego miasta pałac władców, ich przeróżne łaźnie i cmentarz z grobowcami.
Zwiedziłem Muzea Narodowe Jugosławji, przedstawiające prastarą kulturę Słowiańską, jak i banatów Jugosławji jak Dalmacji, Chorwacji Bośni Serbji i Czarnogóry, prześliczne stroje tych ludów, poczawszy od pasterzy a skończywszy na arystokracji.
Następnie zwiedziłem w Splicie katedrę budowaną za Dyoklecjana Rzymskiego cesarza[?], Górę a nawet półwysep Marjan park lesisty przemierzony dawniej na łowy dla cesarów.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Zwiedziłem stare jakby zaczarowane w postępie miasto Trogir zabytki jego jak baszty, domy, kanały obronne tego miasta katedrę w której to królowa nasza św. Jadwiga modliła się po śmierci swego ojca, króla Ludwika Węgierskiego będąc jeszcze panną, domy i kościółki z trzynastego wieku.
Dnia 18.VII.1940. Zwiedziłem klasztor OO. Franciszkanów w Splicie budowany w trzynastym wieku, obrazy i ołtarze a wszczególności tabernakulom oraz księgi z roku 1659. ozdobna mozaika pisane na pergaminie z koziej skóry, są to psalmy Dawida, ręcznie drukowane [SKREŚLONE: nieczytelne] współczesnego zakonnika specjalnie ucieranemi[?] farbami niejakiego Ojca Bonawanture[?] na tle przeróżnych wzorów mozaik i obrazów, a wykonanie tych ksiąg trwało 16 lat.
Dnia 31.VII.1940r Przyjąłem Sakrament bierzmowania z rąk J.E. ks. Biskupa Radońskiego, który przybył z Węgier do Splitu jako uciekinier.
Dnia 3.VIII.1940r wyjechaliśmy ze Splitu, przypuszczalnie do Karlowaczu[?] a w rzeczywistości do Dugo-Sela za Zagrzeb.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 13.VIII.1940. Wyjechaliśmy z Dugo Sela do Zagrzebia.
Dnia 19.VIII.1940. Wyjazd z Zagrzebia przez Beograd do Vranie gdzie przybyliśmy 20.VIII.1940. o godz. 15:00.
Na wstępie do tego miasteczka napotkaliśmy na trudności, ponieważ miejscowy starosta niechciał nas przyjąć, dopiero interwencja Polskiego Konzulatu w Beogradzie spowodowała że nas przyjęto.
Vranie jest to serbskie górskie miasteczko o 8 tysiącach mieszkańców, ludność bardzo biedna przeważnie rolnicza.
Przy zwiedzaniu tamtejszych cerkwi napotkałem na taki obrzęd religijny „ślub" para nowożeńców, przybyła do cerkwi rozmawia głośno ze sobą z gośćmi śmieje się a pop, „ksiądz" odprawia przeróżne modły i ceremonje religijne a inni goście z taką samą uciechą rozmawiają a nawet mają niektóry nakryciama głowie, po skończonym ślubie młody pan podchodzi do siedzącego koło drzwi Driaka[?] i pyta po serbsku ile ma płacić =400 dinarów, powstaje kłótnia wkońcu płaci połowę.
Wiara, Bóg, kościół czy cerkiew, są wyśmiewane i na ostatnim miejscu.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 1. IX. 1940r. wyjazd z Jugosławji
z Vrani.
Dnia 2. IX. 1940r. przejazd o g. 9°° przez
granice Bułgarji
O g. 20³⁰ przejazd granice Grecka
-„- 22³⁰ -„- -„- Turecka,
dnia 3. IX. 1940r. o 8¹⁵ przyjazd do
Istanbułu „Konstantynopola"
w Turcji
Dnia 4. IX. 1940r. zwiedziłem okrę-
tem przez morze Bosfor wyspy
Książęce, w Turcji
Dnia 5. IX. 1940r. zwiedziłem okrę-
tem przez zatokę „złoty róg"
Instanbuł, Meczety, kościół
św. Zofji złote mozaiki i częścio-
wo poodkrywane[?] malowidła które
turcy przy zamienianiu na meczet
zamalowali, kościół ten jest jeden
znajwiększych na świecie.
Park sułtana, Muzea wojskowe
urządzone w kościele przez władze
wojskowe Tureckie.
Dnia 8. IX. 1940r. wyjazd z Istanbu-tu,
koleją przez Turcję do portu
Mersin
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 9. IX. 40r. g. 23°° przyjazdo do
portu Mersin. w Turcji
Dnia 12. IX. 40r. załadowanie na
polski statek „Warszawa" w porcie
Mersin. z Turcji
Dnia 15. IX. 40r. godr. 22°° wyjazd
okrętem „Warszawa" do wysp. Cypr
a następnie do portu Haify w Pa-
lestynie.
Dnia 17. IX. 40r. o g. 12°° przyjazd do
portu Haifa w Palestynie
Dnia 20. IX. 40r. wyjazd z Haify i
przyjazd do 1. P.S.K. „Latrun"
przydzielony do Komp. Dowodzenia
plut. pionierów.
Dnia 23. IX. 1940r. otrzymałem list od
brata z Krakowa wysłany do Splitu
do Jugosławji, w miejscowości „Latrun"
obok Emaus Palestyna.
Dnia 27. IX. 40r. wyjazd na strzelnice
między Jafą a Serafą w Palestynie
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 29. IX. 1940r. Wyjazd do Jero-
zolimy z Latrum PALESTYNA
zwiedzanie Betlejem gdzie
Pan Jezus się narodził, żłóbka
gdzie się narodził, Groty gdzie
Matka Boska karmiła Jezusa
Zwiedzanie Jerusalem Góry
Oliwnej ogrodu kościoła i miejsca
na którym się Pan Jezus modlił
przed pojmaniem go.
Drogi Krzyżowej miejsca zktóre-
go Piłat pokazywał Jezusa tłu-
mom mówiąc oto człowiek aby
się opowiedzieli czy ma go uwolnić
czy ukrzyżować, Dom Piłata
miejsce wktórym Jezus czekał na
wyrok, miejsce biczowania.
Golgotę, na której stoi bazylika
posługiwana przez księży prawosław-
nych a zaledwie coś przez księży
rzymsko katol, miejsce na którym
ukrzyżowano Pana Jezusa otwór
pękniętej skały miejsce gdzie stała
Matka Boska jak Pana Jezusa ukrzy-
żowano wreszcie Grób Pana Jezusa.
Grób Matki Boskiej i wiele wiele
i innych religijnych pamiątek.
Żydowska ściana płaczu i grób
Racheli matki żydostwa.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dnia 2. X. 1940r. Wyjazd z Latrun
do Egiptu, wraz z całą Brygadą
Dnia 3. X. 1940r. o g. 7°° przekroczenie
granicy Palestyny a Egiptu przez
kanał Sueski koło ELKANTARA.
Wieczorem przybycie na miejsce nad
Jezioro koło Dikhela za Aleksandrią
Dnia 6. X. 1940r. wyjazd do Komp.
Saperów, plut. pionierów 1. p. s. k.
do miejscowości koło morza zwanej
El Dikheila koło Aleksandrii.
w Egipcie. 29. X. 40r. wysłanie listu do brata do Ame-
ryki.
Dnia 1. XII. 1940r. po raz drugi byłem w Aleksan
=drji, portowym mieście Egiptu.
Dnia 18. XII. 1940r. zwiedziłem obóz jeńców włos-
kich, koło Aleksandrii w Egipcie. „Dikhela"
zabranych w Sidi Barani przez Australczyków
Dzień 24. XII 1940r. „Wieczór Wigilijny"
Wspólna kolacja plutonów pionierów
w kompanji Saperów z Saperami oficerami
komp. Sap. oraz Dowcy Brygady Generała
Stanisława Kopańskiego, w namiotach
również odbyły się mszy wobydwa dni
świąt i tak spędziliśmy Święta w Egiskiej pustyni.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Rok 1941r.
Rozpocząłem z wolą Bożą w Afryce,
nad morzem w Śródziemnym w m.
Dikheili obok miasta portowego
Aleksandrii w Egipcie, w pustynno-
Kamienistych pagórkach, które są
zaczątkiem piaskowej pustyni.
Dnia 24. I. 41. przesłuchanie w Sądzie Pol.
wcharakterze świadka w sprawie
oskarżonego sap. Mandziarza.
Dnia 31. I. 41r. przybycie plut. Sap. do Komp.
Dow. 1. B. S. B. S. 18.
Dnia 10. II. 41r. wyjazd z Plut. wraz
z Komp. Saperów na kurs do
Ismaili nad Kanał Sueski
w Egipcie.
w dniach świątecznych wolnych od zajęć
zwiedziłem miasto Ismaille
Port. partli[?], Kanały łączące się
z portem i Kanałem Sueskim
oraz pomnik zwycięstwa roku
1914-1918. wojsk angielskich
nad tureckimi nad tym
Kanałem dzielącym Afrykę
w niektórych miejscach od
[nieczytelne, ok. 1 słowo]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
-Śródziemne z Czerwonym.
Dnia 3. IV. 41r. wyjechałem z Ismaillii do
Brygady koło Aleksandrii.
Święta Wielkanocne spędziłem z kolegami
w Komp. Dowodzenia 1. B. S. 13. S. K. z nadzieją
że przyszłe Wszechmogący Bóg. pozwoli
spędzić w Posce.
Dnia 16. IV. 41r. przeniesienie w pozycje.
2. V. naloty większe za Wolą Boga bez żad-
nych strat dla nas, bomby spuszczane
na spadochronach nie eksplodują
zostają przed wybuchem rozbrojone.
Dnia 24. V. 41. wyjazd na inne miejsce
Mersa Matruch, nad brzegiem
morza Śródziemnego. przyjazd 25. V. g 13.
Od 9. VI. do 18. VI. 41r. naloty samolotom
niem. na zajmowaną przez nas
miejscowość i pozycje, mimo tak
silnego bombardowania po kilka-
dziesiąt bomb, (co dzień i noc.) jednego człowieka
z naszych raniono. Opatrzność Boża
nas chroni, widać nie zaprzeczalnie.
Dnia 29. VI. 41r. wysłałem list do Ameryki
do brata już który's rzędu, niestety bez żad-
nej odpowiedzi.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
5. Lipca 41r. Wyjazd z Marsa Matruch
do Sidi Hanisz,
17. Lipca, 41r. Odjechał D-ca plut. pion.
podpor. Wysocki Wacław do L.O.
18. Lipca 41r. Przyjechał nowy D-ca. pl. pion.
por. Krieger Bernard.
Na tym m.p. nowy D-ca pl. żadnych
zmian nie zrobił, prace w pl. szły jak
poprzednio.
18. Sierpnia 41r. Wyjazd z Sidi Hanisz, do
Amriji pod Aleksandrię w Egipcie,
tu zdałem sprzęt saperski I. Baonu S.B.Sk.
części sort mundurowych [SKREŚLONE: nieczytelne] osobiste i
plutonu.
22. Sierpnia 41r. Wyjazd z Amriji do portu
w Aleksandrii, skąd po załadowaniu
na Kontrtorpedowce Angielskie odje
chaliśmy do Tobruku.
W czasie podróży morzem, samoloty
npl. próbowały nalotu na nasze
okręty, lecz silna eskadra "myśliwców"
czy innych pościgowych samolotów prze
pędziła je tak, że spokojnie przybyliśmy
do Tobruku og. 23³⁰.
23. Sierpnia 41r. Odszukałem pluton, który
poprzedniego dnia przybył do Tobruku
meldując D-cy, o zdaniu wszystkiego
sprzętu w porządku.
Pierwsze wrażenia z Tobruku.
Miasto i port zniszczone, z miasta kupy
gruzu, a w porcie sterczą tylko maszty
[ODRĘCZNIE — cała strona]
zatopionych Włoskich okrętów, tak, że
z trudem okręt holuje do portu, a resz-
te pustynia i morze, tylko drogi asfaltowe
znaczą że istniało tu życie ludzkie.
W Tobruku zmieniał nasz Baon
dość często miejsce postoju, w zależności
od potrzeb, plut. pion. miał specjalne
zadania prac minerskich, bardzo niebezpie
cznych.
7. Września 41r. Ginie pion. Lech Jan od wybuchu
miny pułapkowej na włoskim odcinku
pochowany w Tobruku War Cemetery Nr. grobu 735.
W miejsce poległego przychodzi do plut.
7. Września 41r. St. pion. Bartoszałek Władysław
i ginie w podobny sposób bo od miny
tylko z dodatkiem artlerji npl.
26. Września 41r. D-ca plut. por. Krieger.
ciężko ranny w nogi. zast. pierw.[?] podch
Czułek potłuczony a St. pion Koliński
i St. pion Borek, z naszego plut. lekko
ranni, zaś szofer z pl. mord. Szewczyk
ciężko ranny w nogi,
Pluton bez D-cy i zastępcy pozostaje
kilka dni - Po kilkodniowym pobycie
w szpitalu wraca zast. d-cy pl. i pluton
zmieniając m.p. zmienia prace
na fortyfikacyjną już mniej niebezpie
czną bo jedynie artleria npl. tylko
przeszkadza ale dzięki Opatrzności
Boga i Matki Boskiej jakoś nam
do dnia dzisiejszego t.j. 25. X. 41r. uchodzi.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Z 30 na 31.X.41. w nocy Patrol z Kapr. Kąkolem
pod D-twem p.por. Musiata z 4.Komp. Str.
oraz ośmiu ludzi z tej Kompanii,
Zadanie patrolu, rozpoznanie i wysadze
nie min npl. na ich pozycjach.
Patrol zapuszcza się na 1800mtr poza
własne pozycje w kierunku npl. min
nie napotyka, a napotkałem jedynie
dwa mordzierze włoskie a Kąkol
oderwana ludzka ręke podchodzące
na 200mtr. pod stanowiska C.K.M. npl.
z których zostaliśmy ostrzelani, dzięki
Bogu wróciliśmy wszyscy cali.
Z 8 na 9.XI.41. w nocy podobny patrol.
pod. D-twem. p.p. Kubita z 3.Komp. Str
po spełnieniu swego zadania patrol wraca
szczęśliwie.
14.XI.41r. Przybył do Tobruku, Naczelny Wódz
i Premier Rządu R.P. w Londynie,
Generał. Władysław Sikorski,
po odjeździe przesłał rozkaz do D-cy Brygady
Gen. Kopańskiego z Kairo stolicy Egiptu,
wyrażając zadowolenie z męstwa i ducha
Brygady w słowach, że dumnym jest
z naszej Brygady, dziękuje jej w imie
niu Polski a[?] Ona nam Tego nigdy
nie zapomni, Wszysto co mogło się
zmieścić w tych słowach Tego Wodza.
Z 20 na 21.XI.41r. Cały pluton bierze udział
w wypadzie z I.Baonem, wypadł się
udał, zrobił Włochom i niemcom
taką niespodzianą łaźnię, że zapiszą
[ODRĘCZNIE — cała strona]
sobie w pamięci Polaków z Tobruku na
zachodnim odcinku.
Straty po naszej stronie por. Drelicharz ranny
i dwóch zaginionych, reszta wraca dzięki
Opiece Boskiej cało w całym Batalionie.
Z 23 na 24.XI.41r.
Patrol z Matyjasikiem i Kąkolem, pod D-twem
p.p. Kowalskiego z 3.Komp. Strzel. I.Baonu.
Zadanie: wybranie-rozbrojenie min włoskich
przeciw czołgowych na odcinku 800mtr npl.
połud. zach. Patrol podchodzi na odległość
kilku dziesięciu metrów od npl. powstaje u
nich ruch niemcy krzyczą „for uns," dają
do nas ognia z C.K.M. oświetlają rakietami,
jednak dzięki Bogu ogień od 5-do 8 mtr
za krótko przed nami, sytuacja dość
nieprzyjemna, bo pole równe jak stół,
strzelać nie wolno by nie ściągnąć ognia
na siebie mordzierzy i dział i nie zamknąć
sobie odwrotu, wycofujemy się nie wykonu
jąc swojego zadania.
Z 27. na 28.XI.41r. Patrol na zachodnim odcinku
npl. z naszego plutonu jedynie, bez szczegól
niejszych. przygód.
(Wypad na White Knoll.
Z 9. na 10.XII.41r. Natarcie i zajęcie, Medauar[?]
koło Tobruku przez I Baon. najważniej
szego punktu wzgórza z którego npl.
obserwował wszystkie pozycje Tobruku.
Zabrano kilkudziesięciu Włochów w tym
kilku niemców, materiału wojennego jak[nieczytelne — tekst urwany na krawędzi strony]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
karabinów ręcznych i maszynowych
żywności soków, wina, wódki.
Z naszej strony, jeden zaginiony.
12.XII.41r. Wyjazd z Tobruku do El. Aden.
14.XII.41. Wyjazd pod Gazale.
15. po poł. natarcie I. Baonu na npl.
zajęcie jego pozycji, straty dość duże
10 zabitych i około 70 rannych,
Następne 16 i 17 utrzymanie zabranych
pozycji.
Brygada rozlokowała się do
końca roku 1941r. w koło Gazali
korzystając z zabranych typów
npl. urządziliśmy Święta Bożego
Narodzenia jakie[?] takie, zalewając
śliwowicą, węgrówką[?] i winem,
I znów kończymy rok 1941. w pustyni
koło Gazali, Czy[?] danem mam będzie
przyszły rok zakończyć już w Polsce?
Pod tym znakiem zapytania
kończę dzień 31 grudnia 1941r.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Z Woli Boga rok 1942. wyczekując
wyjazdu w niewiadome rozpoczątem
pod Gazalą w Afryce.
Dnia 8.I.42r. wyjazd z pod Gazali a przyja
zd do Luigi Raza, Kolonii Włoskiej z Cyrenajce.
Dnia 25.I.42r. wyjazd z Luigi Rara, a
przyjazd 26.I.42r. w pustynie na
południe od Derny do Mekili, celem
zatrzymania npl.. który w kontr ofensy
wie posunął się pustynią na południe za
wiele.
Po kilku dniowym zatrzymaniu
się i czasowym umocnieniu w dniu 3.II.42.
wycofujemy się z Mekili znowu pod
Gazale.
Na nowym miejscu postoju od nowa
fortyfikujemy wyznaczone nam
pozycje, by stworzyć taką obronę
na której musi się wstrzymać npl.
Dnia 9.II.42r. przed południem, nalot niemie
ckich samolotów „Stuka" na nasze m.p.
pod Gazalą.
Bombardowali bardzo silnie wielkiego
kalibru bombami i z niskiego pułapu.
Ginie na miejscu kilku ludzi a kilku[nieczytelne — tekst urwany na krawędzi strony]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
dziesięciu rannych odwożą do szpitala
w Tobruku.
Dnia 10.II.42r. taki sam nalot i nie mniejsze
straty, jedynie odległości od poprzedniego
naszego m.p. jest o kilka dziesiąt kroków
większa. Uprosił ktoś Stwórcy za nami
że żadnemu z naszego najbliższego sąsiedzt
we nic się nie stało.
Prawie, że codziennie jedynie ze z mniej
szonymi furjami nalatywali kilka
a nawet kilkanaście razy nadzień.
Obrona p.lot. nie widziała by spadł
samolot. npl. zaraz na miejscu,
Dnia 26.II.42. wieczorem zbyt pewnie i nisko
npl. samoloty uganiały nad naszemi
pozycjami, tak, że trzy z nich spadło na
miejscu, w jednym tylko uratował się
pilot niemiecki..........?
I tak powoli biegł pod Gazalą
ten czas urozmaicony npl.
nalotami do dnia 17.III.1942r.
W dniu tym zdaliśmy swoje stanowiska
schrony mieszkalne „piekarnie" kuchnie
i materjał saperski angielskim
Pionierom, Południowo Afrykańcom.
O godz. 17³⁰ wyjechaliśmy samochodami
do Tobruku a stamtąd do Kapuzo
stacji Kolejowej wybudowanej przez
wojska angielskie w pustyni.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Pod nową zaczął się okres reorganizacji
przesuwania z jednego oddziału do drugiego.
W trakcie tego zostaje przeniesiony do żandarm
rii w Gederze gdzie pełniłem kilka tygodni
służbę, skąd po powrocie przydzielono mie
do Kancelarii Komp. Dowódz. a następnie
rozkazem D-cy Baonu na kierownika sklep.
żołnierskiego I. B.S.K.
Pracą na tym stanowisku jest bardzo my[nieczytelne — tekst urwany na krawędzi strony]
i niewdzięczna z różnych względów. Trudno jest
pogodzić wszystkie strony, jak wojsko jako
kupujących a D-dztwo jako gospodarza
a Komisje kontrolne jako ciało kontrolne
Dnia 4.X.1942r. wyjeżdżamy do Iraku z Palesty[nieczytelne — tekst urwany na krawędzi strony]
gdzie dla mnie jako kierownika pogarszają
się warunki prowadzenia sklepu z braku
towarów a 5cio krotnie powiększonej sile
nabywców a na dobitek zachorowania
wyborowej siły sklepowej „Niemirskiego"
W poszukiwaniu towarów wyjeżdżam po
400 kłm. do Persji by można sklep jak
tako zaopatrzyć, a przejażdżka do Bagdadu
kilka set kłm. to na porządku dziennym
przy hamsinach pustyni braku dróg i nie
znajomości języka i drogi.
Tak przesuwają się nasze wojska z jednego
końca Iraku na drugi. w okolice pół naftowe
Z Iraku wyjeżdżamy do Tripoli w Syrii
skąd wyjeżdżałem do Beirutu w sprawa[nieczytelne — tekst urwany na krawędzi strony]
handlowych
Pamiętnik drugi podoficera
kampania włoska
[RYSUNEK: widok włoskiego miasteczka Rionero, rysunek podpisany]
Autor: żołnierz nieznany
01 .Xll.1943r. Kampania druga I baonu zwiedziła w miejscowości Qrassasiu w Egipcie ( nowe m.p. Brygady) muzeum broni zdobycznej niemieckiej i włoskiej z ostatniej kampanii afrykańskiej. Obfity był sprzęt artyleryjski działa p.lot i p. panc. zarazem art. dalekonośna oraz czołgi z niem. Mk IV., nośniki dział art. i p.panc.
02.XII.1943r. Korzystając z tego że m.p. położone jest niedaleko stolicy Egiptu kompania (30l) odbyła jednodniową wycieczkę do Kaira - zwiedziła piramidy i sfinksa, była w ogrodzie zoologicznym, zwiedziła szczególniejsze zabytki miasta. Wieczorem tegoż dnia powróciła do obozu.
03.XI.1943r. W dniu dzisiejszym odbyło się strzelanie bojowe drużyn w obronie - oraz strzelanie szkolne, celem którego było sprawdzenie i przestrzelenie kb.
09.XII.1943r. W dniu dzisiejszym większa część komp. była przy spowiedzi Św., która odbywała się w kaplicy 3 baonu wgodz. popołudniowych. Także rozpoczęła się powolna likwidacja obozu.
10.XI 1.1943r. Po wczorajszej spowiedzi komp. w dniu dzisiejszym przyjęła komunię św.
11.XII.1943r. Uzupełniona była bielizna zimowa jakoż i rękawice i szaliki.
12.XII.1943r. Godz. 22.15 wyjazd z m. Quassasiutwórzaw m. Redde, gdzieśmy się załadowali
na pociąg.
13.XII.1943r. o godz. 01.55 pociąg ruszył w kierunku Post Saidu, gdzieśmy przybyli o godz. 06.30 rano. Na statek nas załadowano o godz. 10.30,
14.XII.1943r. Dzień spędziliśmy na statku zatrudniając się porządkowaniem pomieszczenia nam przydzielonego, spacerami po statku i graniem w karty itd. Imię statku naszego Valendam -Rotludam
15.XII.1943r. Dzień przeszedł bez zmian.
16.XII.1943r. Do godz. 16.00 bez zmian, od tej godz. statek ruszył wraz z konwojem za pochmurnej pogody.
17.XII.1943r. Zaraz z rana było widać niezwykły ruch na pokładach. Większość żołnierzy pojechała do „Rygi". Wieczorem kazano nam spać w ubraniach z przyczyn zrozumiałych.
18.XII.1943r. Sytuacja ta sama co w dniu poprzednim. W godz. przedpołudniowych dostrzec można było wzrokiem brzegi afrykańskie.
19.XII.1943r. Żadnych zmian nie ma. O godz. między 8.30 a 9.30. odbywały się nabożeństwa rzymsko-katolickie i prawosławne.
20.XII.1943r. W tym dniu pokazały się na widnokręgu morza brzegi Włoch. Wieczorem kazano nam się przygotować na jutrzejsze wyładowanie.
21 .XII 1.1943r. Rano nastał niezwykły ruch w związku z wyładowaniem się. O godz. 10.00 konwój nasz wpłynął w port miasta Tarento. O godz. 11.30 dobiło się do samego mola i rozpoczęło się wyładowanie statku. Kolej na naszą kompanię wypadła o godz. 2.00. Po złożeniu worków na samochód angielski kompania wyruszyła o godz. 15.00 pieszo około 4 mil na nowe miejsce postoju za m. Tarento. Po godz. 18.00 dotarliśmy na miejsce gdzie nam przydzielono namioty i kładliśmy się spać.
22.XII. 1943r. Rano był rozbierany sprzęt kompani, który jako bagaż przybył w godzinach nocnych i pozostaliśmy na miejscu aż do następnego dnia.
23.XII.1943r. W przededniu Świąt Bożego Narodzenia wydany został rozkaz do zlikwidowania naszego przejściowego miejsca postoju i być w pogotowiu do wymarszu. O godz. 11.30 kompania nasza powoli kolejno (rusza) na nowe miejsce postoju około 2 km oddalone od starego. Tam rozładował batalion swoje namioty (2 na jeden) by spędzić Święta B.N. w spokoju. Towarzyszyła nam w pracy paskudna pogoda.
24.XII.1943r. Po obiedzie zrobiono zbiórkę batalionu, przy czym nam składane były życzenia przez dowódcę baonu.
25.XII.1943r. W pierwszy dzień świąt odbyło się nabożeństwo, w którym uczestniczył cały baon 31.XII.1943r. Ostatni dzień w nowym roku zakończył się zajęciami przedpołudniowymi. Wieczorem zaś ksiądz kapelan Świętoń - pogadanką i wspólna modlitwą.
Rok 1994
01.I. 1944r. Nowy rok rozpoczął się nabożeństwem. Dla żołnierzy zaś przepustkami do miasta Tarento.
04.I.1944r. Przesunięty został z komp. do kompani 4-tej Zastępca dowódcy Misiewicz Józef. A na jego miejsce zaś z komp. 4-tej p.por. Musiał Tomasz.
10.I.1944r. Przesunięty został z kompanii nasz dowódca por. Ziemski Ludwik na stanowisko oficera łącznikowego, a na jego miejsce przybył por. Kromkay Józef.
11.I.1944r. W godz. przedpołudniowych wydany został rozkaz do przygotowania się do wyjazdu. O godz. 14.45 kompanie zebrały się na zbiórce i o godz. 15.00 kolumna ruszyła na dworzec w mieście Tarento z któregośmy o godz. 17.00 ruszyli w kierunku miasta Bari.
12.I.1944r. Po całodobowej podróży przybyliśmy do m. Barletta, gdzie zjedliśmy śniadanie i po dalszej godzinie skończyliśmy podróż koleją w m. Canosa Di Pagilio. Ze stacji i na nowe m. p. dojechaliśmy samochodami ang. M.p. nasze oddalone jest 3 km. Na wschód od m. Miurino.
13.I.1944r. Cały dzień zajęty był przez budowanie namiotów, kuchni itd.
24.I.1944r. W dniu tym został wybudowany w komp. stół plastyczny przez z -cę d-cy komp. ppr Musiała Tomasza na podstawie szkicu zrobionego przez kpr. Czesaka Emila dla dowódcy kompanii. Po południu omawiane były na nim ćwiczenia przez Zastępcę dowódcy brygady S.K. podpułkownika Małeckiego oficerom całej brygady.
25.I.1944r. Przed południem kompania przeprowadzała ćwiczenia bojowe, temat: przejście przez pole minowe i uderzenie na umocnione pozycje nieprzyjaciela, któremu się przyglądali oficerowie brygady na czele z p. p.pułk. Małeckim. Kierownikiem tych ćwiczeń był d-ca batalionu I mjr. Raczkowski. Ćwiczenia będą powtarzane ale nie za dnia, lecz jako ćwiczenia nocne.
30.I.1944r. Ćwiczenia nocne, które miały się odbyć, w dniach po 25.l.44r. nie odbyły się z powodu braku czasu.
31.I.1944r. W dniu tym zarządzona została powolna likwidacja obozu. Przed południem zdane były duże namioty i kazano nam się przygotować do jutrzejszego wyjazdu.
01.II. 1944r. Godz. 6.00 wyruszyliśmy w podróż do następnego miejsca postoju.
02.II.1944r. Podróż trwała do dnia 2.ll.44r. godz. 19.00. Komp. 2-ga jako odwodowa batalionu została zakwaterowana w miejscowości Riomero. Dzień ten był dniem wstępnym w komp. II do akcji i rozpoczął ją pluton I patrolami ubezpieczającymi m.p. batalionu. Funkcję tą pełniła komp. 10 dni, niezależnie od ubezpieczenia komp., kompania wysyłała codziennie kolejno plutony na placówkę w sile 1+30 zadaniem ubezpieczenia mostu, toru kolejowego oraz skrzyżowania dróg Castel di Sangro-Alfama-Riomero Samnitica.
12.II 1944r. W godzinach wieczornych otrzymała kompania rozkaz zluzowania kompanii 4-ej i od godz. 19.00 rozpoczęła służbę jak następuje. Każdy pluton ubezpiecza się przez całą noc 2 R.K.M. na stanowisku, a przy każdym R.K.M.-emie po 2-óch strzelców obsługi, wewnątrz plutonu I posterunek alarmowy- wszyscy pełnią służbę na zmianę.
Codziennie od godz. 5.30. do 7.00 i od godz. 18.00 do 20.00. Cała kompania w pogotowiu na stanowiskach. W dzień ubezpieczana przez dwa C.K.M. po 1-nym strzelcu na jeden C.K.M. i reszta w miarę możliwości spoczywa. W dzień dozwolone jest rozbieranie się do spoczynku, w nocy spanie odbywa się w ubraniu bez obuwia. Niezależnie od ubezpieczenia wewnątrz kompanii. Kompania wysyła codziennie na zmianę z plutonu pierwszego i drugiego patrol w sile 1+3 na Wzgórze "Mantagnoca". Pluton III wysyła zaś codziennie patrol w sile 1+3 na patrol do rzeczki płynącej na zachód od stanowisk kompanii. Patrol ten wychodzi rano i wieczorem. Zakwaterowanie kompanii: plutony zakwaterowane są w małych namiotach obłożonych workami lub blachami. W rejonie kompanii znajduje się 2 baraki, jeden przeznaczony jest dla kuchni, magazynu żywnościowego, mundurowego i broni, drugi dla wojska. W obydwu barakach była wilgoć i błoto. Dnia 13.ll.44r. dowódca kompanii wydał zarządzenie doprowadzenia
baraków do porządku, a jednocześnie wyłożenia ich kamieniami. Tym sposobem zrestaurowane oddane były do użytku. W namiotach zaś żołnierze urządzili sobie piecyki tak, że przebywanie w nich jest w warunkach dzisiejszych luksusowe. Żywność pobiera pluton I i III w termosach i kotłach przynosząc ją na stanowiska. Pluton II pobiera strawę indywidualnie, gdyż stanowiska plutonu znajdują się koło baraku kuchennego.
16.II.1944r. około godz. 16.00 zwiedził odcinek kompanii dowódca brygady pułkownik Peszek Walenty - obserwował rejon nieprzyjaciela z punktu obserwacyjnego a w drodze powrotnej wstąpił do namiotu dowódcy kompanii.
12. III. 1944 r. Kapr. Steliński, st. strz. Mazur, strz. Kapyś wyznaczeni byli na obserwację dzienną. Ponieważ w dzień dojście do p-ktu obserwacyjnego jest niemożliwe z powodu doskonałej obserwacji ze strony nieprzyjaciela - wyjechali z miejscowości Rionero o godz. 04 15. Po przybyciu na miejsce udali się do domu w którym odbyć miała się obserwacja całodzienna. St strzel. Mazur wyznaczony do ubezpieczania domu, gdy reszta organizowała obserwację, zauważył dwóch osobników w krzakach oddalonych zaledwie o 200 m. Myśląc, że są to Niemcy, zaalarmował wyżej wymienionych towarzyszy, którzy otworzyli ogień w tym kierunku. Po ostrzelaniu ich udali się na miejsce i znaleźli jednego rannego i dwóch cywilów z podniesionymi rękoma w górę. Byli to dezerterzy włoscy. Mieli przy sobie dużo pieniędzy wydrukowanych seryjnie po stronie niemieckiej.
13.III.1944r. O godzinie 17.00 kompania zaczęła grupami maszerować (grupy złożone przeważnie z celowniczych) na pozycje, celem zluzowania kompani 4 -tej. Wozy z kocami wyjechały o godz. 18.45. Droga była błotnista z powodu tego jeden z wozów ugrzązł w błocie nie dojeżdżając do miejsca przeznaczenia . Całkowita zmiana nastąpiła o godzinie 20.15.
14.III.1944r. Dowódca kompani oglądał stanowiska i odrutowanie kompaniiLPo sprawdzeniu udał się wraz z szefem kompani na przedpole w celu zlustrowania stanowisk od strony nieprzyjaciela,
21.III.1944r. O godzinie 19.00 kompania została zluzowana przez kompanię I III Baonu i odjechała do miasta Forla Del Sannio. W miejscowości została zakwaterowana w domach prywatnych (kwatery możliwe).
25.III.1944 r. Dwa plutony z dowódcą kompani wyznaczone były na rozpoznanie do Montenero-Kalwaria. Wyjazd nastąpiło godz. 01.15 - powrót zaś o godz. 21.00. Nie zauważono nic-warunki atmosferyczne nie sprzyjały obserwacji (burza śnieżna).
28.III.1944 r. Pluton ll-gi wraz z dowódcą kompani wyjechał do Rianero i po otrzymaniu zadania miał udać się do Manienero - Kalwaria.Z powodu burzy śnieżnej i dużego wiatru był wyjazd ten anulowany i pluton wrócił do domu.
30.III.1944r. O godzinie 01,00 wyjechał pluton II- gi do Montenero na ponowne rozpoznanie. Dowódcą oddziału był p.por. Musiał Tomasz, wraz z pocztem dowódcy kompanii. Przed południem oddział wykonał rozpoznanie w rejonie nieprzyjaciela - nie zauważono wszak niczego: oddział wrócił do Montenero na odpoczynek.
0 godz. 16.00 oddział wyruszył ponownie na rozpoznanie w rejon nieprzyjaciela.(+) Podchorąży Jasiński z drużyną wyznaczony był do ubezpieczenia patrolu, który miał się udać na drogę na obserwację w składzie: p.por. Musiał, sierż. Tyszkiewicz, kpr. Czesak i przydzielonego z plutonu pionierów kaprala - napotkał na człowieka śpiącego pod krzakami. Był to Jugosłowianin pracujący w wojsku niemieckim jako mułowodny wymieniony zabrany był i po przyjeździe przesłany do I-go B.S.K. O godz. 18.20 oddział zszedł ze stanowisk z powodu złej obserwacji i nadchodzącego zmroku. Podczas maszerowania oddział ostrzelany był artylerią niemiecką, która wyjątkowo nie żałowała amunicji. Strat nie było żadnych.
11.IV.1944 r. O godz. 16.00 kompania zmieniła swoje miejsce postoju. Wozów do przewiezienia kompanii było 10. Podróż trwała od godz. 16.00 do 19.00. Po przybyciu na miejsce przystąpiono do budowy namiotów indywidualnych. Praca szła szybko i o godz. 20.00 prawie cała kompania miała namioty wybudowane.
12.IV.1944 r. Wybudowano kuchnie, wybudowano latrynę oraz wszelkie urządzenia kompanii. Ubezpieczenie kompanii: Każdy pluton wystawił posterunek z zadaniem nie
wpuszczania osób nieznanych w rejon plutonów. W dzień była zorganizowana służba w kompanii jak w garnizonie i miała jeszcze za zadanie obserwację nieba.
17.IV.1944r. Kompania przerabiała ćwiczenia bojowe. Temat: zdobywanie schronu betonowego. Celem tych ćwiczeń było nauczenie żołnierzy walki w górach oraz zdobywania stanowisk przez stworzenie grup szturmujących.
23.IV.1944r. O godzinie 12.00 kompania przygotowana na samochodach czekała na godzinę wyjazdu. O godz. 15.00 wydany był rozkaz do wyruszenia i kompania w składzie Baonu wyruszyła w kierunku nowych wydarzeń. Miejscem tym było „Cassino" Przejeżdżano przez miejscowość Izernia. Przed miejscowością Mechelli kolumna została ostrzelana. Strat nie było. Do miejsca Mechelli kompania przybyła o godz. 22.30.
24.IV.1944r. Cały dzień kompania przygotowywała się do dalszego etapu przestrzegając wszystkich środków ostrożności by nie zdradzić swojego miejsca postoju przed nieprzyjacielem. O godzinie 21.30 kompania wyruszyła kierowana przez przewodników angielskich do następnego miejsca postoju. W czasie marszu kompania była ostrzelana przez artylerię nieprzyjaciela - w ludziach strat nie było. Natomiast były ostrzelane muły przydzielone do kompanii, które niosły plecaki celowniczych i koce: dwa z nich zostały zabite. Około godz. 2-giej dnia 25.IV.44r. kompania dotarła do miejsca przeznaczenia. W dniu tym kompania przygotowała się do odejścia celem zluzowania kompanii angielskiej na pierwszej linii w rejonie klasztoru Monte Cassino. O godz. 21.40 II pluton wraz z pocztem dowódcy kompanii wyruszył jaki pierwszy. Następnie plutony w kolejności II i I w odstępach co 20 minut Całkowite zluzowanie skończyło się o godzinie 01.00 dnia następnego.
26.IV.1944 r. Tego dnia o godz. 02.45 kompania ostrzelana była huraganowym ogniem ciężkim moździerzy niemieckich. Strat nie było. Cały dzień kompania była nękana ogniem nieprzyjaciela.
27.IV.1944 r. Dzień upłynął dość spokojnie
28.IV.1944r. Dzień upłynął spokojnie. Od godziny 22.00 do 22.45 moździerze i artyleria oraz karabiny maszynowe nieprzyjaciela skoncentrowanym ogniem ostrzeliwały kompanię. W tym czasie posuwali się do naszych stanowisk. Na skutek zbliżającego się nieprzyjaciela pluton II otworzył ogień z karabinów maszynowych i tomiganów oraz rzucano granatami ręcznymi. W tym czasie został ranny dowódca plutonu p.por. Psiuk Aleksander starszy strzelec Mazur Józef oraz ciężko ranny Podchorąży Bąk Jan, który na skutek zranienia wkrótce zmarł. Odwagę w akcji tej przypisać należy; podchorążemu Jasiński Eug. podchorąży Kałaska Mieczysław starszy strzelec Mazur Józef i Kapral Bończuk Marian i szczególnie strzelec Bokser Melchior, który w silnym ogniu nieprzyjaciela przeniósł rannego podchorążego Bąka Jana do B.P.O.
29.IV.1944 r. i 30.IV. Było spokojnie o godz. 22.00 III pluton pierwszy został zluzowany III pluton 1 kompanii III B. Następnie pluton II i I kolejno w odstępach co 20 min. Zluzowanie odbyło się sprawnie marsz z linii do obwodów był szczęśliwy- bez wypadków,
1.V.1944 r. Cały dzień kompania poprawiała sobie schrony ani razu nie naruszana ogniem nieprzyjaciela. Dopiero wieczorem i nocą upadło kilka pocisków nie wyrządzając żadnych szkód.
08.V.1944 r. O godzinie 18.00 nieprzyjaciel ostrzelał rejon kompanii. Szczególnie rejon pocztu dowódcy kompanii. Skutek 2 rannych, rotmistrz Sawczuk Konstanty i st. strz. podch.Wemer Jerzy.
09.V.1944 r. Porucznik Musiał Tomasz przesunięty do 4 kompanii, W miejsce jego przyszedł do kompanii porucznik Misiewicz Józefa
10.V.1944r. Dzień spokojny pod wieczór spadło kilka pocisków artyleryjskich nie raniąc nikogo.
11.V.1944r. O godzinie 22,00 kompania poczęła posuwać się. Ruch rozpoczął pluton I, III, II poczet dowódcy kompanii. Na miejsce rozproszenia kompania doszła spokojnie bez żadnych strat. Około godziny 01.00 nieprzyjaciel położył tak silny ogień, że kompania zmieniła swoje miejsce a w tym czasie były straty około 18 rannych. W przesunięciu
kompani powstało zamieszanie, coraz więcej rannych - tak że posuwanie się kompani było niemożliwe. Kompania zatrzymała się na wzgórzu 465. Łączności do tej pory nie było z dowódcą Baonu. Dowódca kompanii nawiązuje łączność osobiście z dowódcą Baonu. Radiotelegrafista strzelec Migdalski zostaje zabity. Dowódca Baonu przydziela drugiego radiotelegrafistę - łączność jest nawiązana z dowódcą Baonu a ogień nieprzyjaciela tak silny, że posuwanie się dalej jest niemożliwe. Straty 2 + 16. Kompania została tak osłabiona, że prawie nie zdolna do wykonywania jakiegokolwiek zadania. Bo liczyła w tym czasie zaledwie 26 ludzi! Reszta kompani 42 rannych, część zaginionych.
Dnia 12.V.1944r. o godzinie 14.10 zabity został Dowódca kompanii kapitan Kromkay Józef a po jego śmierci dowództwo objął p.por. Bereś Wacław,
Około godziny 15.00 p.por. Bereś przyniósł pisemny rozkaz wycofania się do dużej miski. Wycofanie odbyło się małymi grupkami tak że około godz. 16.30 reszta kompani była już w dużej misce w liczbie 50 ludzi. Do akcji wyruszyło 87 ludzi.
Dnia 13.V.1944r. W dużej misce kompania przetrwała cały dzień pod bardzo silnym ogniem artylerii, moździerzy. O godzinie 24,00 p.por. Bereś Wacław i sierżant Jewiarz Stanisław siedzieli w schronie gdzie mieszkał poprzedni dowódca w pomieszczeniu kapitana Kromkaya i tam uderzył pocisk zapalający raniąc ciężko p.por. Beresia i lekko sierżanta Jewiarza Stanisława. W tym dniu zostali ranni: st. Strz. Burdaś Jan,strz. Szunejko Józef, p.por. Bereś odesłany do szpitala i kompania zostaje bez żadnego oficera.
W dniu 14 przydzielony na dowódcę kompanii por. Gmernicki Adam . Dzień 14 i 15 w dużej misce pod ogniem moździerzy.
Dnia 17.V. Pluton zorganizowany z całej kompanii wraz z dowódcą kompanii wyrusza pod klasztor Cassino celem obsadzenia. Powrót nastąpił dnia 18.V bez żadnych strat.
Dnia 19.V.1944r. o godzinie 15.00 wymaszerowała z dużej miski i udała się w rejon do jaru zajmowanego przez 5 kompanię saperów. Tam rozrzuceni pod skałami przebywaliśmy całą noc, a dnia 20.V.1944r. o godz. 5.30 przybyły samochody i przewiozły kompanię do E Bi gdzie rozbito namioty w oliwkach i zaczął się mały odpoczynek.
21.V.1944r. Około godziny 03.00 nieprzyjaciel przeprowadził nalot w pobliżu zakwaterowania, szkód nie wyrządzono. Tegoż dnia wypłacono żołd za dnia dla kadry przystąpiono do uporządkowania broni, umundurowania oraz pranie bielizny i kąpieli szeregowych. 22.V.44r. Przystąpiono do spisywania depozytów po zabitych kolegach, które odesłano do oficera gospodarczego. Tegoż dnia sierżant Jewiarz i sierżant Tyszkiewicz napisali oświadczenie w sprawie życzeń. Ś.p. kapitan Kromkay Józef, który przed wyruszeniem do natarcia powiedział, gdy by go zabili - nie urządzać po mim żadnej licytacji a oddać to wszystko strz. Kurpios Stanisławowi, jedynie pistolet włoski, sztylet, oraz majtki kobiece oddać jego koledze kpt. Drzewinieckiemu. Papierosy po zabitych sprzedano a pieniądze przekazano do depozytu.
23.V.1944r. Wszystkie koce oraz bieliznę nadliczbową odwieziono do magazynu batalionowego St. Strz. Mróz Franciszek wyjechał do szpitala w celu odwiedzin rannych.
Dnia 24.V.1944r. St st. Mróz Franciszek powrócił z delegacji i zameldował, że w szpitalu nr 1. znalazł tylko jednego z naszej kompanii tj. strz. Izieniawski Józef, był po operacji i ciężko chory.
Dnia 28.V.1944r. o godz. 7.00 komp. wyruszyła z m.p i została przewieziona na inne miejsce odpoczynku w rejon. Wozów była wystarczająca ilość, przewóz odbył się bez żadnych przygód. Na miejscu przeznaczenia przybyliśmy o godz. 11.00. Miejscowość górzysta porośnięta krzakami dębowymi, żołnierze zaraz po wyznaczeniu im rejonu przystąpili do rozbijania namiotów praca szła tak zręcznie, że o godzinie 17.00 wszystko było gotowe kuchnia ustęp a nawet kolacja. Następne dni były wypoczynkiem i swobodą. Rozpoczęły się wyjazdy na przepustki do okolicznych miejscowości, żołnierze odwiedzali ludność cywilną u których poprzednio przebywano na kwaterach. Ludność miejscowa spotykając żołnierzy witała szczerością i życzliwie. Były organizowane
wycieczki zbiorowe do Neapolu f[?] letniska kilkudniowe dla słabszych fizycznie, w miejscowości uruchomiono nawet kantynę, którą obsługiwały ochotniczki.
Dnia 1.VI.1944r. Brygada zorganizowała wyjazd do szpitali gdzie leża ranni. Z kompanii została wysłana delegacja 3 ludzi do każdego szpitala po jednym. W czasie odwiedzin chorzy byli bardzo zadowoleni, że o nich nie zapominają. Wypytywali kto żyje, kto jest zabity no i o tych którzy byli w innych szpitalach, bo jedni o drugich nic nie wiedzieli.
Dnia 5.VI.1944r. Zaczęło się uzupełnianie komp.przez żołnierzy z różnych oddziałów.
12.VI.1944 r. Komp. zmieniła miejsce postoju i przebyła podróż w ciągu dnia około 180 km przed Peskarę tam przenocowała i na drugi dzień ruszyła dalej w podróż za Peskarę do miejscowości Kapli. Tam trwał pobyt do 16.V1.1944 Gdzie wyruszyła pieszo do miejscowości Cellino pieszo, a tylko poczet kompanii wyjechał samochodem . Przy wjeździe do miejscowości ludność cywilna witała kwiatami, ulica była przystrojona w różne chorągiewki o barwach brytyjskich, polskich, włoskich. Ludność opowiadała o Niemcach jak poniszczyli urządzenia w domach pozabierali kury, świnie i w ogóle co tylko mogli formalnie prowadzili rabunek. W czasie drogi napotykaliśmy na przeszkody gdyż były pozrywane mosty, musiano objeżdżać jarami rozkopywać i równać aby można przejechać.
17.VI.1944 r. Cały dzień maszerowaliśmy pieszo nie napotykając na nieprzyjaciela,
18.VI.1944r. Cała kompania przewieziona na wozach do miejscowości Omero. Przy wjeździe do miejscowości Omero. Ludność cywilna przygotowała nadzwyczajną dekorację. Miasto przystrojone w różne kolory narodowe prócz tego zorganizowano przyjęcia, Kobiety i mężczyźni przynosili kanapki z kiełbasą każdy żołnierz musiał jeść i pić. Kwiaty sypały się z różnych stron na żołnierzy. W Omero nie bawiliśmy długo, a udaliśmy się do Ancarano, w drodze zastała nas burza i straszny deszcz z gradem, wojsko zupełnie przemoczone z pełnym obciążeniem doszło do Ancarano i pluton I i II od razu poszedł na ubezpieczenie, pluton III pozostał w obwodzie.
19.VI.1944r. Kompania maszerowała jako straż przednia batalionu po osi Cofida - Kosyniano. Po drodze nie napotkaliśmy na nieprzyjaciela ale marsz był ciężki z powodu uciążliwego terenu i dalekiej przestrzeni.
20.VI.1944r. Wymaszerowaliśmy o godz. 8.00 w kierunku Monte Urano. Kompania w czasie marszu nie otrzymała żadnego zadania ponieważ dnia poprzedniego była strażą przednią. Marsz odbywał się pieszo ale powoli, wojsko było zmęczone już poprzednimi marszami Dowódca Baonu dowiedział się o nieprzyjacielu i zależało mu na szybszym przerzuceniu komp. Wydał rozkaz kompanii załadować na ciągniki przeciw pancerne i szybko dołączyć do kompanii, która była w przedzie. Gdy dojechaliśmy do straży przedniej zauważyliśmy jeńców niemieckich. Tam kompania otrzymała zadania posuwać się na Elpidu, tam dojechaliśmy bez żadnych styczności z nieprzyjacielem, ale już mieliśmy informacje gdzie znajdują się Niemcy. Pluton I i III zaciągnął placówkę pluton II pozostał w odwrocie. Styczności z nieprzyjacielem jednak nie nawiązano.
24.VI.1944r. W nocy dowódca kompanii otrzymał rozkaz posuwać się po drodze Casa Romano wraz z oddziałem rozpoznawczy porucznika Popielarz. Po drodze zaczęły się potyczki. Porucznik Ratajczak +10 z plutonu III-go otrzymali małe zadanie posuwać się dalej po drodze Casa Romano aż do rzeki. Tam doszedł i napotkał na opór niemiecki z drugiej strony rzeki, gdzie zatrzymał się ubezpieczając brzeg. Zameldował o spotkaniu nieprzyjaciela. A reszta kompanii doszła do Casa Romani i tam zorganizowała się obrona o godz. 9.00 został ranny strzelec Rutkowski Tadeusz z karabinu strzelca wyborowego. W szpitalu zmarł. Tegoż dnia o godz. 12.00 starszy strzelec Mróz Franciszek trafiony pociskiem z k.b został zabity w godzinach popołudniowych rejon kompanii ostrzeliwany moździerzami nieprzyjaciela kapral Gładowski Bronisław ranny odłamkiem.
22.VI.1944r. Zarządzono prowokację nieprzyjaciela - czy jest obsadzony po drugiej stronie rzeki. Wysłano patrol w składzie 4 ludzi z R.K.M. Patrol stwierdził że nieprzyjaciel jest po drugiej stronie i zaczął się wycofywać otrzymał ogień spanda. Strzelec Gołąbek Władysław został ranny w twarz w szpitalu zmarł. Skład patrolu jeden plutonowy Nowicki Paweł. Dwóch strzelców Gołąbek i Komandowski.
23.VI.1944r. Dowódca kompanii porucznik Gmernicki Adam około godziny 11.30 zarządził przekroczenie rzeki całą kompanią. Ugrupowanie pluton drugi miał być jako pierwszy. Pluton zebrał się w krzakach nad rzeką. Wysłano patrol w sile 2 ludzi jeden strzelec Dyczko Józef, (drugi) Grzybek Józef patrol wszedł do połowy rzeki i zauważył nieprzyjaciela zaczął się wycofywać, otrzymał ogień ze sponda. Pluton powrócił na swoje stanowiska. Niedługo po powrocie z nad rzeki nieprzyjaciel zaczął ostrzeliwać rejon kompanii z moździerzy. Kapral Nazimiec Wincenty został ranny w głowę odłamkiem. Zmarł w szpitalu.
24.VI.1944r. Około godziny 2.00 patrol składający się z 10 ludzi przekroczył rzekę i usiłował zaatakować naszą placówkę.Strzelec Kozioł Jan, strzelec Mariowski Michał, którzy byli na czujce przed placówką przepuszczają patrol niemiecki za siebie. Kapral Kluziak Bolesław plus strzelec Marczak Wiktor na widok zbliżających się Niemców oddali serię Thompsona i r.k.m. po strzałach patrol wycofał się w popłochu zostawiając jednego rannego; starszy strzelec Kurc. Rannego zabrano, opatrzono i odesłano do Baonu.
25.VI.1944r. - Około godz. 22.20 patrol niemiecki ponownie zaatakował tą samą placówkę wywiązała się walka, patrol odparto a strzelec Bojko Jan został zabity, 7tegoż wieczora kompania wycofała się 350 m do tyłu na zapasowe stanowiska pluton pierwszy z dowódcą kompanii pozostał w rejonie Casa Romanii jako placówka. O godz. 4.00 plutony z zapasowych stanowisk powróciły w rejon Casa Romanii na stanowiska. Około godz. 14.00 patrol niemiecki w sile około godz. 20 ludzi przekroczyło rzekę i usiłowało zaatakować stanowiska kompanii. Wywiązała się walka Niemcy wycofali się z powrotem natrafiając na zastawione pułapki, dwie wybuchły, skutków z powodu zakrzaczenia nie zauważono.
26.VI.1944r. - Strzelec Czerniawski Władysław leżąc na stanowisku został ranny odłamkiem z moździerza. Straszy sierżant Bartoszewski Adolf ranny odłamkiem,,
27.VI.1944r. Dowódca kompanii otrzymał rozkaz ponownej prowokacji. Wysłano patrol w składzie: 1 strzelec Chwal 2 Bednarek, patrol został ostrzelany przez broń maszynową i wycofał się. W tym czasie, nieprzyjaciel ostrzelał rejon kompanii z moździerzy. Strzelec Bednarek ładując magazynki pod dachem został ranny odłamkiem w nogę. Około godz. 16.00 przybył w rejon kompanii czołgi w celu wybadania stanowisk nieprzyjaciela czołgi otwarły ogień ze wszystkich broni jaka tylko dysponują. Artyleria i moździerze otwarły ogień na całym rejonie kompanii. Strzelec Kapryś Aleksander biegnąc do dowódcy kompanii został ranny odłamkiem artyleryjskim. Około godz. 21.30 kompania została zluzowana przez jedną z kompanii z 6 baonu. Kompania nie odeszła całkowicie do tyłu lecz tylko na zapasowe stanowiska 350 m do tyłu tam wytrwała do godz. 4.00 i dopiero o świcie odpłynęła do tyłu. 28.VI.1944r. Cały dzień na doprowadzaniu broni i oporządzenia.
29.VI.1944r. Dokończenie prania mycia i.t.d. o godz. 21.00 kompania odjechała do Recanati celem dokładnego odpoczynku.
36.VI.1944r. O godz. 13.00 zarządzono pogotowie marszowe a o godzi 7.00 wyruszyła kompania w dalszym pościgu za nieprzyjacielem jechaliśmy całą noc do Monte Kosoro.
01.VII.1944r. O godz. 16.30 Kompania ruszyła dalej w pościg do miejscowości Potencja tam zatrzymaliśmy się do dnia 2 godz. 15.00.
02.VII.1944r. Kompania otrzymała rozkaz ruszyć i ugrupować się za rzeką w okolicy Reconati. 03.VIII.1944r. Kompania otrzymała rozkaz wycofania się z młyna około 13 00 m do tyłu i tam odpocząć godz. 17.00 ruszyliśmy z powrotem za rzekę w rejonie Kastel Fidordo celem ubezpieczenia czołgów tam przetrwaliśmy całą noc bez żadnych potyczek.
4.VII.1944r. W godzinach rannych ruszyliśmy do Castel Fidordo a następnie za miasto - zajęliśmy stanowiska obronne o godz. 16.00 kompania otrzymała rozkaz dojścia do S.Sabino zluzować pluton jednej kompanii II baonu. Po drodze byliśmy ostrzeliwani ogniem artylerii nieprzyjaciela, po przybyciu na wyznaczone miejsce został ranny kapral Rozmarniewicz Arłam. Odszedł do szpitala. Strzelec Borys Łowrzyn ranny pozostał w oddziale. I tam byliśmy ostrzeliwani ogniem artyleryjskim nieprzyjaciela.
5.VII.1944r. O godz. 11.30 kompania ruszyła do natarcia ugrupowanie pluton I i II w pierwszym rzucie pluton III za plutonami czołowymi. Czołgi przesuwały się z tyłu za nacierającymi siejąc ogień z broni maszynowej i dział likwidując gniazda oporu nieprzyjaciela. Żołnierze niemieccy prawie że nie stawiali oporu a podnosili ręce do góry. Dotarliśmy do pierwszych budynków miasta Osimo. Dowódca kompanii postanowił wejść dalej do miasta kompania ruszyła - pierwsze domy zostały opanowane posunęliśmy się dalej ulicą i patrol został ostrzelany z broni maszynowej (spandy) strzelec Dróbka Józef, Cieślak Zygmunt zabici na skutek niewyjaśnionych sytuacji. Dowódca nakazuje wycofanie się do pierwszego domu na skraju miasta i tam ugrupować się. Po wycofaniu się z budynku miasta ostrzeliwał nas spand wyśledziliśmy z którego okna ostrzeliwali nas ustawiliśmy piata, oddaliśmy dwa strzały i gniazdo zostało zlikwidowane. Do tego domu zgrupowała się kompania III, II, I na skutek dalszego ostrzeliwania kompania odeszła w bok do innego domu. Tam zorganizowaliśmy się obronnie i przetrwaliśmy całą noc pod ogniem artylerii i ogniem nieprzyjaciela.
06.VII.1944r. Około godz. 5.30 kompania ruszyła do miasta Osimo marszem ubezpieczonym. Po drodze zabraliśmy 6 jeńców. Doszliśmy do Willi Duiti tu zorganizowaliśmy się obronnie.
07.VII;08.VII, 09.VII, 10.VII, 11.VII. Ostrzeliwany rejon artylerią moździerzami.
12.VII.1944r. Ewakuowano 9 osób zamieszkałych w willi jako pracownicy kancelaryjni.
13.VII.1944r. Zorganizowano patrol ,który miał za zadanie schwytać jeńca; w skład patrolu:1 plutonowy Nowicki 2. starszy strzelec Tur 3. strzelec Cryszan 4. Komandorski, strzelec Byków. Patrol ten zauważył nieprzyjaciela w sile 10 ludzi z odległości 40 m oddali serię z Thomsonów patrol nieprzyjaciela znikł. Patrol własny czekał na tym miejscu 20 min i w między czasie patrol nieprzyjaciela ostrzelał patrol własny. Jest ranny strzelec Komandorski. Patrol własny wycofał się.
14.VII.1944r. Wysłany patrol w celu złapania jeńca, skład patrolu 1. podporucznik Miszczyszyn 2.kapr. Kluziak 3. kapr. Ptak 4. strzelec Klimek 5. strzelec Marczak 6. strzelec Lasota 7. strzelec Dudarenko 8. strzelec Klimiuk. Zadanie: wymaszerować o godz. 22.30 w jar i urządzić zasadzkę o godz. 2.00 skoczyć do domku i znaleźć jeńca. Zadanie, wykonano jeńców nie ujęto nie było w domu nikogo.
15.VII.1944r. Zorganizowano zasadzkę za rzeką celem schwytania jeńca skład patrolu: 1. kapr. Bończuk 2. strz. Dyczko 3. strz Iraszczuk 4. strz Grzybek 5. Gielg. Na zasadzce słyszano z dalekiej odległości rozmowy niemieckie ponadto nikt nie natknął się na zasadzkę.
16.VII.1944r. Wysłany patrol nad rzekę w celu zbadania czy nieprzyjaciel znajduje się na przedpolu, patrol stwierdził, że nieprzyjaciel nie opuścił stanowiska i ostrzeliwuje przedpole. Skład patrolu: 1. kapr. Bania Michał, 2. St. strzelec Rozmarniewicz Mikołaj 3. Strzelec Tarasiewicz Teodor 4. Chwal 5. Byków.
17.VII.1944r. O godz. 6.30 artyleria własna rozpoczęła huraganowy ogień a potem rozpoczęło się natarcie przez trzeci baon o godz. 18.00 kompania otrzymała rozkaz zlikwidowania stanowisk i przygotować się do odmarszu. Kompania wraz z całym baonem ruszyła do Rikka Acewa jako odwrót korpusu. Noc była spokojna.
18.VIII.1944r. O godz. 9.00 dotarł rozkaz być gotowym do odjazdu. O godz. 10.00 kompania ruszyła do Osimo, tam cały baon zatrzymał się przepuszczając artylerię i saperów o godz. 18 00 ruszyliśmy dalej do miejscowości obok Ankony po przybyciu rozłożyliśmy się pod stertami siana i noc upłynęła spokojnie.
19.VII.1944r. O godz. 11.00 zarządzono przygotowanie marszowe po pewnym czasie przygotowanie odwołano i kompania nie wyjechała noc spędziliśmy spokojnie. Dowódca kompanii zarządził przygotowanie obiadu na śniadanie ponieważ cały dzień kompania miała poruszać się bez zatrzymywania.
20.VII.1944r. Batalion zarządził gotowanie obiadu na godzinę 11.00 i od tej chwili przygotowanie marszowe. Na obiad zgotowano herbatę bo obiad zjedzono na śniadanie. Wymarsz nastąpił o godz. 12.10. Ujechaliśmy około 8 km zatrzymaliśmy się o godz. 19.00 po chwili ruszyliśmy dalej jechaliśmy do godz. 22.00. W czasie drogi wóz kaprala
Strzegockiego obsunął się do rowu tak że deferencjał usiadł na ziemi. Niedaleko stały wozy p.lot. poprosiliśmy i wyciągnęli nas za pomocą liny zabrało to nam dużo czasu i cała kolumna musiała czekać na drodze bo nie było objazdu. O godz. 22.30 kompania otrzymała rozkaz zatrzymania się tam gdzie stoi noc spędziliśmy spokojnie.
21.Vll.1944r. O godz. 20.30 ruszyliśmy dalej do miejscowości Coloma Marbi Doni o godz. 10.45 pluton I odjechał do przodu z zadaniem współdziałania z czołgami celem zlikwidowania gniazda oporu za Monte Marciano o godz. 12.00 reszta kompanii ruszyła do plutonu I o godz. 12.00. O godz. 18.00 dojechaliśmy do miejsca gdzie stały wozy plutonu I. Pluton natomiast był daleko w przodzie w celu ubezpieczenia czołgów. Wozy zatrzymały się przy wozach pierwszego plutonu a kompania posuwała się pieszo i skrycie. Po przybyciu na miejsce plutony zajęły stanowiska, a o godz. 20.45 nieprzyjaciel ostrzeliwał jeden z domów obsadzonych przez II pluton z broni przeciwpancernej miejscowość ta nazywała się S.Sylwestra tego dnia kolacji nie dowieziono z powodu zbyt bliskiej odległości nieprzyjaciela i nie rozpoznania drogi.
22.VI.11944 r. O godz. 1.20, na przedpolu odezwały się spandy z trzech kierunków i w tym samym czasie artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon kompanii. O godz. 3.40 ogień spanda z tych samych kierunków co poprzednio, oraz artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała dokładnie miejsca czołgów własnych. Na stanowiskach nieprzyjaciela znaleziono 1 spanda i 12 karabinów, 1 garłacz, bez granatów. O godz. 9.45 kompania zmieniła swoje miejsce pobytu przesuwając się w prawo około 800 metrów. O godz. 1 7.30 dom w którym umieszczona była jedna drużyna, pluton I i obserwator obcy kompani, plus obserwatorzy z artylerii, został rozbity przez działko przeciwpancerne nieprzyjaciela. Ranny kapral Sowiński Franciszek, dwóch cywili zabitych na miejscu. Drużyna zeskakiwała z pierwszego piętra oknem i przesunęła się do innego domu, tam okopała się i zajęła stanowiska. Cała noc duża aktywność nieprzyjaciela, ognia art., moździerzy spandu.
23.Vll.1944r. W godzinach popołudniowych doszła wiadomość, że kompania zostanie zluzowana. O godz. 12.30 przybyła kompania z baonu V-ego i po zdaniu odcinka kompania nasza odpłynęła do tyłu.
24.VII.1944r. O godz. 9.40, cały baon tym samym i kompania ruszyła dalej do tyłu na chwilowy odpoczynek. Miejsce odpoczynkowe nieodpowiednio zorganizowane, daleko od wody, domów i wielu innych rzeczy.
25.VII. 1944r. Czyszczenie broni, pranie bielizny, itd., popołudniami kąpiel w morzu.
26.VII. 1944r. 6 ludzi + 1 samochód odjechał do kompanii. Golbie razem wyjechali na obstawę.
27.VII.1944r. Od godz.9.00 do 10.00 kompania korzystała z łaźni brygadowej. O godz. 14.00 cały baon wraz z kompania wyjechały nad morze. W celu rozrywki zorganizowanej przez czołówkę teatralną.
28.VII.1944r. Zorganizowana wycieczka do Loretto. Jest to miejsce święte. Z tego to miejsca powstała litania loretańska. Z wycieczki korzystało 35 ludzi. Wyjazd o godz. 13.00., powrót
0godz. 19.00.
29. VII.1944r. Dzień upłynął na porządkowaniu.
30.VII.1944r. --------------
31VII.1944r. Kąpiel w morzu.
01.VIII.1944 r. Wolne wypoczynek.
02.VIII.1944 r. Kąpiel w morzu.
03.VIII.1944 r. Przepustek 19, reszta wolne.
04-05. VIII.1944 r. Zajęcia własne.
06.VIII.1944 r. O godz. 8.45, kompania wyjechała na nowe miejsce pobytu.
Z dniem 06. VIII.1944 r. zostali awansowani do stopnia podporucznika: 1. Bartoszewski, 2. Harabasz.
07.VIII.1944 r. Dzień przeszedł bez zmian.
08.VIII.1944 r. O godz. 14.00 zawiadomiono kompanię, że ruch do przodu przewidziany na wieczór. Zarządzono pogotowie marszowe. Tegoż dnia został dekorowany Krzyżem Virtuti Military porucznik Gmernicki Adam, kapral Ptak Władysław, kapral Kluziak Bolesław, starszy strzelec Kałaska Mieczysław.
09.VIII.1944r.O godz. 02.45 kompania ruszyła na podstawę wyczekiwania. Czekaliśmy do godz.11.00, tam zjedliśmy obiad i o godz. 11.00 kompania zmieniła miejsce wyczekiwania na podstawę wyjściową. Do podstawy wyjściowej dojechaliśmy samochodami, a dalej ruszyliśmy pieszo, za kompanią trzecią, która była w przedzie oddalona około jednego kilometra. Do kompanii trzeciej dołączyliśmy w krótkim czasie i tam zatrzymaliśmy się, ponieważ kompania trzecia posuwała się skokami. Po dojściu do cmentarza, zatrzymaliśmy się na chwilę gdyż trzecia kompania nie zajęła nakazanego przedmiotu. W tym czasie został zabity: 1. p.pr. Miszczyszyn Romuald, ranni: 1. por. Ratajczak Stanisław, 2. kpr. Woźniak Henryk, 3. st.strzelec Gordzielewski, 4. st. Strzałowy Kipkowski, 5. st. Rottenberg Zyskind, 6. st. Turkiewicz Władysław. Po opanowaniu nakazanego przedmiotu przez trzecią kompanię, kompania ruszyła dalej, przeszła przez trzecią kompanię, z zadaniem opanowania rejonu Porancuty. Przy otrzymaniu tego zadania zapadał prawie wieczór. Rejonu tego nie opanowano, ponieważ n.pl. w tym rejonie był silnie umocniony. Kompania została ostrzelana ogniem ze spandura, a po pewnym czasie z moździerzy. W tym czasie ranni: 1. kpr. Szuba Roman, 2.kpr. Ptak Władysław, 3. strz. Rydzewski Michał. Reszta nocy pozostała bez strat, pomimo dość silnego ognia nieprzyjaciela.
10.VIII.1944r.O świcie wysłany patrol kpr. Jasiński + trzech z zadaniem sprawdzenia czy nieprzyjaciel w dalszym ciągu siedzi na stanowiskach czy w ciągu nocy opuścił zajmowane miejsce. Patrol stwierdził, że nieprzyjaciela nie ma i przyprowadzili 1 jeńca. Kompania ruszyła dalej plutonami. Osiągnęła pierwsze domki a następnie ruszyła dalej do drugich domków patrolami, nieprzyjaciela nie było. Kompania zajęła stanowiska. Patrol wysłany nad rzekę, zauważył, że po drugiej stronie rzeki nieprzyjaciel minuje brzegi i drogę. Kompania zajęła trzy domy, zorganizowała obserwację przedpola, ubezpieczenia na noc. W godzinach popołudniowych art. i moździerze nieprzyjaciela ostrzeliwały rejon kampanii.
11.VIII.1944 r. Na skutek możliwych warunków terenowych wóz kuchenny przyjechał w rejon kompanii i pozostawał przez cały czas, bo dowóz żywności gotowanej był trudniejszy od żywności suchej. Tegoż dnia wszystkie kompanie zachodziły do tyłu na odpoczynek a kompania 2 pozostawała nadal na stanowisku, wystawiając placówkę na wodzie w sile jednego plutonu, przez całe 24 godziny. Dowódca baonu zaszczycił swoją osobą skromną kolację wydaną przez dowódcę komp. por. Gmernickiego z powodu odznaczenia go Krzyżem Virtuti Militari.
12.VIII.1944r. Art. nieprzyjaciela przez cały dzień i noc ostrzeliwała rejon kompanii.
13.VIII.1944r. Jak dnia poprzedniego.
14.VIII.1944r.Jakwdniu 12. VIII44 r.
15. VII 1.1944r. Odbyła się dekoracja K. W. dekorowani:
1. kpr. Kwast Józef
2. kpr. Kluziok
3. kpr. Heliński Antoni
4. plut. Gurszczyk Franciszek
5. st. strz. Dudarenko Otto
6. st. Strz. Kroi Józef
7. strz. Marczok Wiktor
8. strz. Bryłowicz Ryszard
9. plut. Kocurek Alojzy
10. kapr. Bończuk Marian
11. kw. Bania Michał
12. por. Ratajczak Stanisław
13. strz Gul Marcin
14.kapr. Ptak Władysław
15. strz. Mazur Józef
16. p.por Piśnik Aleksander
17. kw. Rozmaryniewicz
17. ś.p. Mróz Franciszek
16.VIII. 1944r. Kapr. Strzegocki Zygmunt zameldował sierż. Jewiarz Stanisławowi, że skrzynka kancelaryjna z wszelkimi papierami zginęła z samochodu w czasie jazdy. Poczyniono poszukiwania i znaleziono w C.K.M.
Tegoż dnia w godzinach popołudniowych poczyniono przygotowania do natarcia.
18.VIII.1944r. O godzinie 21.30 kompania wymaszerowała za rzekę i wysunęła się w przód przed II baon w celu zajęcia podstawy wyjściowej do natarcia na miasto Mondolfo z kompanią współdziałała kompania 4 - ta. Przemarsz odbył się bez żadnych strat sprawnie i cicho. Na wyznaczone miejsce przybyliśmy o godzinie 24.00, Plutony zostały rozmieszczone i każdy przystąpił do kopania stanowisk, zdając sobie sprawę że dół jest koniecznie potrzebny gdyż nieprzyjaciel był bardzo blisko.
19.VIII. 1944r. Oczekiwaliśmy rozpoczęcia natarcia ale ponieważ w nocy padał deszcz natarcia z rana nie było. O godzinie 14.00 artyleria własna rozpoczęła strzelać i natarcie ruszyło. Kompania IV zajęła cmentarz. O tej godzinie zarządzono stały nasłuch z plutonami. O godzinie 15.45 dowódca kompani zarządził odprawę dowódców, plutonów, a o godzinie 16.00 kompania ruszyła do przodu. W celu zajęcia miasta Mondolfo. Miasto było wolne. Za miastem wzgórze 156, które kompania miała zająć. Było obsadzone przez nieprzyjaciela dość silnie. Po wyruszeniu z miasta i skierowaniu się na wzgórze 156 kompania otrzymała ogień ze spanda a kapral Sowiński ranny. Na skutek nierozpoznanej sytuacji i zbliżającego się wieczoru, kompania otrzymała rozkaz zatrzymać się do przyjścia czołgów. Czołgi przybyły, otworzyły ogień ze wszystkich broni jaką posiadały, ponieważ zapadał już wieczór ani czołgi ani kompania do przodu nie ruszyła. O zmroku kompania otrzymała rozkaz od majora Orłowskiego aby zająć budynek szkolny na skraju miasta. Część żołnierzy spała w szkole a część na zmianę ubezpieczała przedpole.
12.VIII.1944r. O godz. 02 00 artyleria nieprzyjaciela zaczęła ostrzeliwać miejsce postoju czołgów i budynek szkolny. Pociski padały bardzo blisko, w budynek szkolny nie trafiono, natomiast trafiono bezpośrednio w czołg, 2-ch czołgistów rannych. Ogień tam prowadzony był do godz. 6.00. W czasie ognia artyleryjskiego żaden z żołnierzy spać nie mógł a czekał kiedy i który pocisk padnie w budynek szkolny, wypoczynku prawie żadnego, a rano trzeba zdobywać wzgórze 156. Około godz. 9.00 kompania wyruszyła na wzgórze 156,nieprzyjaciela na wzgórzu nie było. Po zajęciu wspomnianego wzgórza nieprzyjaciel silnie ostrzeliwał zajęte wzgórze, ranny strzelec Horbaty Józef. Kompania utrzymała zajęte stanowiska przez cały dzień i noc organizując się obronnie. W godzinach 18.00 -20.00 wozy kompani zostały podciągnięte na wzgórze 156.
20.Vlll.1944r. Cały baon a w skład wchodziła i kompania wycofał się do m. J. Caperono niby na mały odpoczynek. Po przybyciu do j. Caperono kompania zajęła m. p. w pięknym pałacyku zadrzewionym, zaczęła urządzać przygotowania wypoczynku, przede wszystkim każdy miał noc i sen. O godz. 19.00 rozkaz pogotowia marszowego i dojazd z powrotem do Mondolfo. Po przybyciu zajęliśmy budynek szkolny. Po zjedzeniu śniadania zajęliśmy te same domki, które zdobywaliśmy dnia poprzedniego. Tam bowiem było wygodniej aniżeli w mieście.
21.VIII.1944r. Kompania pozostała na miejscu i żadnych ważniejszych wydarzeń niebyło.
22.VIII.1944r. O godz. 6.45 nastąpił wyjazd kwaterunkowych z całego baonu. O godz. 14.00 wozy kompanii ruszyły na nowe miejsce postoju., żołnierze zaś maszerowali piechotą z powodu złego dojazdu. Kompania przymaszerowała na miejsce o godz. 16.00, Każdy żołnierz był zmęczony pomimo że szedł bez żadnego obciążenia! Widać wyraźnie wyczerpanie fizyczne i nerwowe.
23.VIII.1944r. Zarządzono odprawę oficerów na godzinę 10.00 omawiano konieczność prowadzenia walki ze względu na rozwój polityczny.
24.VIII.1944r. O godz. 16.00 jeden samochód oraz 1 oficer + 10 szeregowych, zarządzono pogotowie marszowe do godz. 18.00. o tej godz. wyjechali na nowe miejsce postoju jako kwatermistrze. Kompania pozostała do następnego dnia.
25.VIII.1944r. O godz. 8.30 wyjazd reszty kompanii do m. Tarre Albani. Podróż odbyła się spokojnie i w porządku. 26,27,28 - mały odpoczynek.
29.VIII.1944r. O godz. 08.00 zarządzono odprawę dowódców kompanii Od tej pory żadnych przepustek ni wyjazdów nie było. Cały niemal dzień to nowe zarządzenie a stopień napięcia z każdą chwilą coraz większy. O godz. 18.00 dowódcy odjechali na ćwiczenia na stole plastycznym przed rozpoczęciem akcji.
30.VIII. 1944 r. Kąpiel w łaźni i o godzinie 16.00 odprawa dowódców kompanii
31.VIII.1944r. Wyjazd, jedziemy szosa nadmorską zniszczenia bardziej niż dotychczas Około godziny 22.00 przyjeżdżamy na miejsce postoju brygady po krótkim błądzeniu. Całą noc spaliśmy spokojnie.
01. IX 1944r. O godz. 6.00 pluton drugi wyjechał jako ochrona saperów, którzy mieli zbudować most przez rów p. panc. Na linii Gotha okazuje się jednak, że jest niemożliwością wybudowanie mostu z powodu ognia spand. Kompania z II baonu która przeszła na drugą stronę rowu musiała się wycofać z dużymi stratami. Około godz. 1 7.00 wylatuje na minie strzelec Hołownia Edward, który poszedł na ubezpieczenie saperów oderwało mu jedną nogę. O godz. 21.00 reszta kompanii podciąga się w miejsce gdzie był drugi pluton Strada Della Chura
02.IX.1944r. Od rana do południa kompania pomaga saperom przy budowie drogi przez rów p.panc. Niemcy wycofali się.
03.IX.1944r. O godz. 7.00 kompania otrzymała rozkaz dołączyć do baonu, który znajdował się na wzgórzu 131. O godz. 9.20 ruszyliśmy, po drodze widać zniszczenia wśród niemieckich stanowisk. Sprzętu i broni zdobycznej masa, nie brak było i trupów. Do baonu dołączyliśmy około godz. 11.00 zajęliśmy kwaterę i noc upłynęła spokojnie.
04.IX.1944r. O godz. 11.45 kompania wciągnięta w kolumnę i odjazd na nowe m.p. do tyłu.
05.IX.1944r. Obok Fano zatrzymaliśmy się na postój, żadnych ważniejszych wydarzeń nie było.
07.IX.1944r. O godz. 10.00 wyjechaliśmy do miasta Citanowa. Na miejsce przybyliśmy o godz. 15.00. Miejscowość położona nad morzem widok i położenie bardzo ładne. Odpoczynek rozpoczął się przygotowaniem kart urlopowych, przepustek itd. Pierwsze dwa tygodnie spędzone na urlopach. Urlopy podzielone na 2 tury po 7 dni. W 3 tygodniu zaczęły się normalne zajęcia a w między czasie organizowane były wycieczki do Rzymu.
Dnia 01 .X.1944 r. Zmiana umundurowania z letniego na zimowe.
Letnie szorty miały być zdane czyste. Wyprane zostały lecz wysuszyć było trudno. Deszcze padały prawie przez cały dzień. W czasie odpoczynku por. Ratajczak odszedł na dowódcęl kompanii. Podporucznik Harabasz został wyznaczony na zastępcę dowódcy kompanii. Podporucznik Bartoszewski objął pluton I, pl.pchr Pałacik objął pluton II. Plutony o nie pełnych stanach, z powodu braku uzupełnienia.
05.X.1944r. Kompania zmieniła miejsce postoju z miejscowości Citanowa do miejscowości Korydonia. Przewóz odbywał się własnymi środkami lokomocji. Kompania musiała podzielić przewóz na dwie raty. W pierwszej kolejce przewieziono sprzęt i po kilku ludzi z plutonu. Po przywiezieniu sprzętu samochody wróciły z powrotem po żołnierzy. Kompania zakwaterowała się w budynku szkolnym. Pomieszczenie dla kompanii niezbyt wygodne ale pod dachem. Wieczorem niektórzy porozchodzili się po mieście nadużyli alkoholu za co zostali ukarani. Przyszłe dni pobytu uległy polepszeniu w zakwaterowaniu ponieważ 3 kompania opróżniła kilka pokoi i wyprowadziła się do prywatnych domów. Brak urządzeń kanalizacyjnych, wodociągów, światła, tak, że wygody żadnej dla żołnierza nie ma.
16.X.1944r. O godzinie 5.00 kompania zmieniła miejsce postoju. Wyjazd 5.00 rano. Przejeżdżaliśmy z powrotem przez miejscowość Citanowa i dalej droga nadmorską przez Arazzo i dalej do miasta podróż trwała od dnia 16.X- 18.X. godz. 11.00. Po przybyciu na miejsce rejon zakwaterowania był bez żadnych domów i wojsko zakwaterowało się pod namiotami. Namioty 2 osobowe, pomieszczenie małe a co gorsze, że nie wytrzymują deszczu. Prawie codziennie padały deszcze jakby za karę. Namioty przeciekały z góry a woda podchodziła pod spód. Żołnierze naprawdę rozpoczęli życie w warunkach opłakanych. Każdy żołnierz zmoknięty, zmarznięty a nawet i jedzenia przydałoby się więcej. Rozpoczęło się szkolenie, programy ułożone jak w życiu garnizonowym ale niestety deszcz w żadnym wypadku nie pozwalał wykonać przewidzianego programu.
01.X.1944r. O godz. 23.15 rozpoczął się ruch baonu na nowe m.p. W czasie podróży zaczął padać deszcz z początku powolny ale z każdą chwilą zmagał się coraz lepiej. Grzmot huczał niesamowicie. Burza rozszalała się na całego, tak, że przyszły fale deszczu to nie można było nawet samochodem ruszyć. Lało jak z pompy. Jechaliśmy wśród tej szalejącej z piorunami burzy do godz. 2.00. Stało się coś dziwnego. Czoło kolumny zatrzymało się nagle. Dojeżdżające wozy czoła kolumny poczęły zawracać. Droga była zalana wodą przez wylew rzeki. Deszcz nie przestawał padać tak, że szosa i przyległe pola do rzeki stały się jedną rzeką. Dalsza podróż stała się w jednej chwili niemożliwa. Staliśmy na szosie, ale wyglądem podobnej do rzeki. Cały baon rozkwaterował się po domach, wozy zaś pozostały na szosie bo na bok nie można było zjechać. Noc z 2 na 3 XI spędziliśmy spokojnie a nawet lepiej niż na poprzednim miejscu.
03.XI.1944r. O godz. 9.00 wyruszyliśmy w dalszą drogę bo most, który woda zerwała został naprawiony. Podczas drogi mijaliśmy zalane pola a nawet w jednym miasteczku przejazd przez główną ulicę wyglądał jak rzeka. Kobiety chodziły pozginane, a woda sięgała do kolan. Nie jeden z żołnierzy miał możność zobaczyć obnażoną nóżkę u pięknych Włoszek. Krajobraz bardzo ładny, stopniowo zaczął słabnąć i wreszcie zmienił się w wysokie góry skaliste porośnięte małymi krzakami. W czasie drogi padał deszcz, droga poszarpana od nieprzyjaciela i wody. Do miasta Baleconi dotarliśmy na godz. 15.00. Pomieszczenia były przygotowane w budynkach.
04.XI.1944 r. Dowódca kompanii pojechał na przedpole celem rozpoznania terenu. Po powrocie zarządził odprawę z dowódcami plutonów na której zaznajomił z zadaniem całego baonu.
05.XI.1944r. O godz. 9.30 rozpoczął się ruch na nowo m.p. Kompanii była przewożona plutonami. Kuchnia, amunicja I pluton, II pluton, III pluton. Do godz. 13.00 kompania była cała przewieziona na podstawę rozproszenia. Tam przetrwała pod gołym niebem do dnia 06.XI.44 r. godz. 5.00.
06.XI.1944r. O godz. 5.00 kompania otrzymała rozkaz droga radiową aby maszerować dalej do natarcia .Rozkaz i zadanie do natarcia jak rozkaz bojowy. Kompania 1, 3, 4 zdobyły swoje stanowiska, kompania 2 przeszła przez wszystkie kompanie i pomaszerowała do miasta Pratello. W czasie posuwania się zabrała do niewoli trzech jeńców niemieckich, którzy byli wysunięci jako obserwatorzy artyleryjscy. Wraz z nimi zabrano radiostację. Po zdobyciu nakazanej miejscowości Prattello kompania zatrzymała się i zorganizowała się obronnie. Pluton I zajął stanowiska wokół jednego domu. Pluton II zajął stanowiska na wzgórzu. Pluton III zajął stanowiska na wzgórzu 611. O godz. 11.50 artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwuje rejon kompanii. W tym czasie zostaje zabity strz. Komandowski Antoni i ciężko ranny st. strzelec Wojrok Władysław oraz st. strzelec Dudarenko Otto. Cały dzień w pewnych odstępach czasu nieprzyjaciel ostrzeliwat rejon kompanii z moździerzy i artylerii.
07.XI.1944r. O godz. 10.o30 wysłany patrol na wzgórze zwane Piramidą. 538. Spośród patrolu wyróżnił się strz. Oluch Kazimierz, który został odznaczony Krzyżem Walecznych. Strat żadnych nie było.
08.XI.1944r. O godz. 11.45 pluton III pod dowództwem Zastępcy dowódcy kompanii por. Sorbińskiego Zygmunta wyruszył celem rozpoznania wzgórza 530 i wzgórza M. Akuto.
Po drodze stał jeden domek, który należało zbadać. Wysłano patrol w sile 5 ludzi. Domek ten został obstawiony wkoło. Strz. Lukasek Jerzy wszedł do wewnątrz budynku i napotkał nieprzyjaciela w sile około 10 Niemców. Widząc to strzelec Lukasek Jerzy wystrzelił do nieprzyjaciela z Thomsona raniąc 6 Niemców. Sam wycofał się ponieważ reszta chwytała za broń. Cały patrol wycofał się. Nieprzyjaciel rozpoznany. Na wycofujący się patrol nieprzyjaciel otworzył ogień ze spandu, moździerzy i artylerii. Patrol wycofał się bez strat. Reszta III plutonu, która pozostała w celu ubezpieczenia patrolu otworzyła ogień z bena i patrol pod osłoną ognia mógł się wycofać. Na skutek rozpoznania nieprzyjaciela pluton III wycofał się na poprzednie miejsce bez żadnych strat. Po wycofaniu się plutonu ogień z ciężkiej artylerii nieprzyjaciela wzmagał się z każdą chwilą przez całą godzinę.
09.XI.1944r. Od rana panował spokój. O godz. 9 00 został wysłany patrol z plutonu II w sile 3 ludzi celem stwierdzenia czy wzgórze 548 (Piramida) jest wolne od nieprzyjaciela Patrol stwierdził, że na wzgórzu nieprzyjaciela nie ma. W chwilę później zostały wysłane 3 patrole w sile po 4 ludzi z zadaniem rozpoznania wzgórza 530 i okolicznych domków.
Patrole dotarły do wyznaczonych przedmiotów nieprzyjaciela nie było. Patrole po osiągnięciu nakazanych przedmiotów zatrzymały się reszta plutonu dołączyła i zorganizowała się obronnie.. Przez cały dzień nieprzyjaciel nie ostrzeliwał zdobytego rejonu. O godz. 18 00 kompania została zluzowana przez kompanię szkocką. Przewóz boganu. Kuchnia załadowana została na samochód O godz. 9.00 i stała do godz. 16.00 ponieważ nie mogli znaleźć miejsca na zakwaterowanie. Droga do transportu była bardzo ciężka i nie można było więcej razy obrócić po rzeczy żołnierskie jak koce plecaki i.t.d. Kompania po zejściu ze stanowisk spała bez żadnych koców, nawet nie każdy miał płaszcz.
10.XI.1944r. Przewożono resztę rzeczy kompani - obrócono tylko dwa razy. O godz. 16.00 przybył do kompanii dowódca dywizji i awansował do stopnia starszego strzelca, strzelca Lukosek Jerzego za odwagę i poranienie 6 Niemców. Dziękował również całej kompanii za dobrą walkę. Wóz wysłany po żywność na dzień 11 XI nie dotarł wcale do kompanii, ugrzązł w błocie 1 km od miejsca postoju kompanii. Prowiant z aut przywieziono wołami w dniu 11.XI. o godz. 16.00.
11.XI.1944r. Zakupiono 3 prosiaki i obiad dla kompanii był wyśmienity ale w następnym dniu. 12.XI.1944r. Około godz. 18.30 zaszczycił na kolacji dowódca baonu mjr. Storkiewicz wraz ze swoim sztabem.
13.XI.1944r. Dzień przeszedł spokojny ale zimny i ponury.
15.XI.1944r. Zarządzono zmianę miejsca postoju kompanii. Jak wyglądała przeprowadzka? Każdy żołnierz miał zabrać po 2 koce płaszcz i tornister. Resztę rzeczy musiano przewozić okrężną drogą na samochodzie. Do miejsca postoju samochodem nie można było dojechać z powodu zepsutej drogi. Samochód podjeżdżał tam gdzie mógł dojechać natomiast wszystkie rzeczy które pozostały trzeba było wynosić na zepsutą drogę. Zmobilizowano trzy pary wołów zwane (mukami) i na saniach po błocie przewożono rzeczy do samochodu. Deszcz padał niesamowity a burza szalała okrutna. Sanie tonęły w błocie a wszystkie rzeczy obrudzone błotem okrutnie. Rzeczy przywieziono mukami na godzinę 13.00. Po rzeczy kompani jak koce płaszcze - miały przyjść muły. Tego dnia muły nie przyszły. Kompania pozostała do następnego dnia.
16.XI.1944r. Kompania nie ruszyła z powodu późnego przysłania mułów.
17.XI.1944r. O godz. 7.00 kompania rusza z miejsca i na godzinę 11 30 była na miejscu Dora Dora. Dwa samochody i 1 bantam przyjechały z rana. Część rzeczy pozostało w miejscowości Rokka.
19.XI.1944r. O godz. 11.30 kompania zmieniła miejsce postoju i przeniosła się do m... Bagaż przewożony jednym samochodem do następnego dnia do godziny 12.30.
20.XI.1944r. Kompania przygotowała się do działań w dniu 21. O godz. 17.00 odeszli z kompanii do III brygady:
1. kpr. Rozmarniewicz Antoni
2. kpr. Kukiełka Zbigniew
3. st. strz. Mydlarz Tadeusz
4. st. strz. Błaszczak Edward
5. st. strz. Rozmarniewicz Mikołaj
6. strz. Żuniewski Jan
Odchodzący byli pożegnani przez Dowódcę kompanii por. Gmernickiego jak również i przez innych oficerów kompanii, oraz niemal wszyscy żołnierze żegnali z czułością odchodzących, bo było to parę godzin przed natarciem. Pozostali chłopcy na pokrzepienie ducha dostali herbatę z rumem i o godzinie 00 30 z napełnionymi manierkami wymaszerowali do działań bojowych.
21 .XI.1944r. Kompania wymaszerowała na podstawę wyczekiwania o godz. 0.30. Obiad spożyli o godz. 24.00 i każdy zabrał ze sobą racjon i kawał chleba do kieszeni. Na kolację zgotowano ryż z bifem na sucho, samochodem podwieziono na punkt mułowy, tam przeładowano na muły i kompania posiłek otrzymała. Umundurowanie każdy zabrał ze sobą skórę i pelerynę przeciw gazową, do kieszeni łyżkę.
22.XI.1944r. Śniadanie dostarczono na to samo miejsce o godz.7.00. Obiad i kolacja razem o godz. 15.00, wymuszona miejscem pobytu. W tym dniu dowiedziano się, że por. Sarbiński Zygmunt trafiony został odłamkiem od artylerii nieprzyjaciela i poległ na polu chwały. W godzinach wieczornych przyszła wiadomość, że st. st. pchr Nowicki Adolf został ranny.
23.XI.1944r. O godz. 4.00 wyjechał bantam ze śniadaniem, lecz kompanii na poprzednim miejscu nie znaleziono, śniadanie przywieziono z powrotem. Kompania była bez śniadania; w późnych godzinach dowieziono obiad. Około godz. 9.00 przywieziono na b.p.o. rannego strz. Nowaka Jana, Byków Grzegorza, Mużyński Edward, Maćkowiak Kazimierz.
24.XI.1944r. W godzinach wieczornych kompania powróciła z powrotem do miasta Castro Caro. Następnego dnia plut. Gorszczyk zameldował ze strz. Zarzycki Stanisław jest za gońca w baonie, aby go zmienić. Wysłano po strzelca Zarzyckiego strz. Sawczuka Konstantego. Strz. Sawczuk powrócił i zameldował, że strz. Zarzyckiego nie ma baonie.
25.XI.1944r. O godz. 11.00 wysłano meldunek w sprawie strzelca Zarzyckiego. Kompania pojechała do łaźni polowej. Po powrocie część żołnierzy zajęła się rozbieraniem i czyszczeniem 4 świni, które przywieziono z pozycji.
26.XI.1944r. W godzinach popołudniowych kompania przeniosła się do miasta Tome d Solle. Zakwaterowała się w budynku magiestrowskim, bez drzwi i okien. Wypoczynku prawie nie było z powodu zimna.
27.XI.1944r. Zaraz z rana sierżant Jewiavz Stanisław znalazł kwatery dla całej kompani. Przeprowadzka trwała krótko, gdyż nowa kwatera była zaraz w drugim budynku. Budynek był z oknami, a nawet znalazło się kilka łóżek.
28.XI.1944r. Żadnych wydarzeń nie było.
29.XI.1944r. Żadnych wydarzeń nie było.
30.XI.1944r. Żadnych wydarzeń nie było.
01 .XII.1944r. Żadnych wydarzeń nie było.
02.XI.1944r. O godz. 12.45 strzelec Zelewicz Antoni potrącony został przez samochód angielski. Złamań nie było, ogólne potłuczenie.
4.XII.1944r. O godz. 4.00 cały baon wyjechał na nowe miejsce pobytu. Dnia poprzedniego na odprawie dowódców powiedziano, że godzina wyjazdu zostanie podana. Żadnego zarządzenia w tym kierunku nie było. Kompania spała normalnie, tylko w ubraniu i butach. Nagle wpada sierżant Paluszkiewicz (mówi), że kolumna miała być wyciągnięta i ustawiona o godz. 4.15. Kompania została poderwana na równe nogi i w mig załadowała się na wozy. Na nowe miejsce przybyliśmy o godz. 9.00 i dowiedzieliśmy się że por. Gmernicki zaawansował do stopnia kapitana.
5.XII.1944r. Cały dzień spokojnie, o godz. 18.00 przyjechał goniec po dowódcę kompanii aby jechał na odprawę. Po odprawie w baonie zarządzono odprawę w kompanii dowódców plutonów -omówić zmianę m. p. do Brisighella.
6.XII.1944r. W godzinach rannych rozpoczęto właściwy ruch. Kompanie przewożono w dwóch kolejkach, na dwóch samochodach kompanijnych. Ostatni samochód przyjechał do Brisighella o godz. 14.00. O godz. 15.30 cała kompania spieszona, koce i płaszcze na muły, kuchnia również maszerowała do miasta Aernello i tam zakwaterowała, wystawiając ubezpieczenie oraz organizując się obronnie. O godz. 19.30 dowódca baonu nakazał zaciągnąć placówkę w przedzie przed kwaterami około 1000 m. Na placówkę jako dowódca poszedł kapral Bania. Noc przeszła spokojnie.
7.XII.1944r. Placówkę od kaprala Banii odebrał pluton II. Jako dowódca placówki poszedł... Dzień był pochmurny i mglisty, obserwacja słaba. Żołnierze zachowywali się nieostrożnie, aż dowódca baonu zwracał uwagę.
O godz. 22.00 artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon zajmowany przez kompanię. Padło 14 pocisków strat nie było.
08.Xll.1944r. O godz. 6.00 artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała ponownie rejon zajmowany przez kompanię, padło 12 pocisków strat w żołnierzach nie było.
O godz. 16.00 kapitan Stankiewicz zawiadomił że plutonowy Polocik awansował do stopnia podporucznika. Poza tym cały dzień upłynął dość spokojnie. O godz. 18.00 wyszły patrole z plutonu f1 zbadać Kono Di Rosso, tam patrole nie doszły bo rzeka przybrała. Kapral Hudyma nawiązał łączność z baonem III.
09.XM.1944r. O godz. 14.00 ruszył patrol w sile 10 ludzi dowódca patrolu plutonowy Gurszczyk. Zadanie zabrać z plutonu rozpoznawczego przewodnika, przejść przez Piano Di Wedreto, a następnie miasto Bezdone (261). Jeżeli tam nieprzyjaciela nie ma usiąść i meldować. Wsparcie dywizjon - Pancerny.
Wywołanie ognia za pomocą radia 38, oraz rakieta czerwona. Ustalenie punktu meldowania
1. II- Kawinale 2. Piano di Wedreto 3. Bezdone
W razie gdyby na 261 był nieprzyjaciel meldować "śnieg pada" - w razie gdyby nie było meldować śniegu niema. Patrol doszedł do przedmiotu pierwszego. Radio nawaliło dowódca wysłał gońca pieszego z meldunkiem do dowódcy kompanii, że woda na rzece jest duża i patrol dalej iść nie może. Dowódca kompanii stwierdził, że plutonowy Gurszczyk jest pijany. Zawezwano st. strzelca podchorążego Kotarkę.Celem objęcia zadania, a plutonowy Gurszczyk został odesłany do kompanii.
10.XII.1944r. O godzinie 11.00 dowódca baonu zarządził odprawę dowódcy kompanii, na której omówił przyszłe działanie
11.XII.1944r. O godz. 11.30 dowódca kompanii udał się na odprawę do dowódcy baonu. Na odprawie omówiono wykonanie zadania.
12.XII.1944r. O godz. 17.00 wysłano patrol dowódca kapral Hudyma, zadanie zbadać most na rzece.
13.XII.1944r. Nie zaszły większe wydarzenia.
14.XII.1944r. O godz. 10.30 zawiadomiono kompanię o przemarszu kompanii na podstawę wyjściową. Zorganizowano z całej kompanii 3 grupy a nie 3 plutony bo stany były małe. Grupę I podporucznik Połacik grupę II Kołaska grupę III podporucznik Nowosiadły O godz. 21.00 kompania wy maszerowała na podstawę wyjściową. Wyżywienie zabrano ze sobą suchy prowiant, koce pozostały na kwaterach, płaszcze zabrano na rękę. Do miejsca podstawy wyjściowej kompania doszła 2230. W czasie przemarszu część kompanii odłączyła się i pozostała dość daleko w tyle. Wysłano przewodników i sprowadzono resztę kompanii.
15.XII.1944r. Kompania zajęła dom stojący przed rzeką i cały dzień przesiedziała w stajni razem z mukami nasycając się zapachem stajennego amoniaku. O godz. 17.05 podporucznik Połacik ruszył z plutonem do natarcia, za plutonem drugim ruszył pluton I dowódca porucznik Kołoska Mieczysław godz. 17.15 ruszył poczet wraz z dowódcą kompanii. Plutony przeszły rzekę w ogniu artyleryjskim nieprzyjaciela. Poczet dowódcy
kompani zaraz po przekroczeniu rzeki wpada w ogień artylerii nieprzyjaciela i zostają ranni:
1. kpt. Gmernicki Adam
2. kpr. Gul Marcin
3. st. strz. Trzciński
4. strz. Nowak
W niedługim czasie sprowadzają rannego por. Połacik Piotra, strz. Syrko Jana, kpr. Hudyma Jana, st. strz. Marcol Hubert
Pluton p.por. Połacika wycofuje się na skutek dużych strat i silnego ognia nieprzyjaciela z broni maszynowej. Łączność z baonem zupełnie nawalona pośredniczył radiota z kompanii 4-tej. Por. Siewierski meldował Dowódcy baonu, że są straty duże i nieprzyjaciel silnie umocniony. Otrzymał odpowiedź aby wykonywać dalej swoje zadanie. Plutony idą do natarcia drugi raz, coś się dzieje. Podchodzą na bardzo bliską odległość bo na 20 m od nieprzyjaciela, zostają obrzuceni granatami, dwóch wylatuje na minach tj. 1. st. strz. Unold Tadeusz 2. strz. Wesołowski W tym samym czasie zleciało ze skały:
1. st. strz. Kolaska Mieczysław
2. strz. Marczak Wiktor
3. strz. Kurpios Stanisław
4. st. strz. Lukosek Jerzy
Por. Siewierski melduje Dowódcy baonu po raz drugi, że są poważne straty i zadania wykonać nie może. Otrzymuje odpowiedź (kiedy naprawdę nie możecie to się wycofać na podstawę wyjściowa). W tym momencie przychodzą ranni:
1. strz. Oluch Kazimierz
2. st. strz. Dybowski Franciszek
3. strz. Skórzewski
Wysyła się gońców do plutonów aby wycofały się do domku gdzie znajdował się dowódca kompanii. Gońcy wracają z plutonami żadnej łączności nie nawiązały. Rozbitki plutonów rozbiegły się po jarze każdy na swoją rękę bo prawie więcej jak połowa dowódców drużyn zostało rannymi lub zabitymi. Przedmiot natarcia nie został zdobyty a straty w ludziach bardzo duże. Stopniowo zaczęli przychodzić żołnierze i dopytywać się gdzie są ich plutony, dezorganizacja całkowita. Przybywających żołnierzy zatrzymywano i grupkami odsyłano na podstawę wyjściową do tej cuchnącej stajni. Całkowite wycofanie kompani nastąpiło o godz. 24 30 . Na podstawie wyjściowej w dalszym ciągu zachowana wszelka ostrożność, ubezpieczenie i.t.p.
16.XII.1944r. Cały dzień siedzimy w stajni bez ruchu. O zmroku p.por. Nowosiadły wyszedł z 12 ludźmi do miejscowości Cosa Dywedreto w celu zaciągnięcia placówki.
17.XII.l944r. O godz. 16.00 kompania wymaszerowała zmienić 2 kompanię 4 baonu, miejscowość Kalino 206. Droga do marszu więcej niż straszna, góry, błoto. Na miejsce domaszerowaliśmy około godz. 18.30. Zmęczenie niesamowite. Zaraz przystąpiono do zajmowania stanowisk czyli luzowania. Zluzowanie nie trwało długo. Przez całą noc wszyscy żołnierze czuwali na stanowiskach. Rejon kompanii był ostrzeliwany przez artylerie nieprzyjaciela.
18.XII.1944r. Cały dzień bez ruchu wszystko na stanowiskach. Każdy żołnierz był ubrany w płaszcz, pelerynę p.gaz. w stanowiskach mokro wilgoć i w dodatku pada deszcz. Pod wieczór artyleria nieprzyjaciela ostrzelała rejon kompanii. O godz. 19.00 rozpoczęło się luzowanie kompani przez 5 dywizję 3 kompanię 18 baon. Zluzowanie trwało bardzo długo bo do godz. 20.30. Po zluzowaniu kompania wymaszerowała pieszo około 12
kilometrów. Żołnierze tak byli zmęczeni ze nie doszli do wyznaczonego miejsca postoju Brisighelli. Część korzystała z auto stopu a część siadała po drodze czekając na okazję nadejścia samochodu. Pierwsi żołnierze, którzy autostopem dojechali do Brisighelli, wysłali samochód z kompanii, który wyjechał i zbierał po drodze zmęczonych żołnierzy. O godz. 24.20 cała kompania znalazła się w miejscu postoju.
19.XII.1944r. O godz. 13.00 wóz kuchenny dojechał do miasta Predapio. Reszta kompanii czekała w przygotowaniu do godz. 19.00. O godz. 19.00 kolumna baonu ruszyła i z małemi światłami jechaliśmy do Predapio do godz. 23.00.Miejscowość Predapio jest miejscem urodzenia Musoliniego. Pomieszczenia dla żołnierzy niewygodne a przede wszystkim ciasne.
20.XII.1944r. Zarządzono czyszczenie broni i sprzętu.
21 .Xll.1944r. - 23.XII.44r. . - jak wyżej.
24.XII.1944r. Przygotowanie się do Świąt Bożego Narodzenia.
25.XII.1944r. Same święta były smutne tak, że na obczyźnie spędzone wszystkie inne święta - w tym roku były najsmutniejsze.
Rok 1945
Od czasu pobytu na odpoczynku tryb życia prowadzony był normalnie jak w garnizonie.
W międzyczasie były udzielane urlopy po 7 dni + dwa dni na podróż. Żołnierze odwiedzali swoich znajomych a jednocześnie zapoznawali nowe niewiasty. Po powrocie z urlopu opowiadali jeden drugiemu swoje przygody i wrażenia. Tak upływał czas dość wesoło do dnia 06.II.1945 r.
W dniu 06.II.1945r. p.por. Nowosadły Franciszek oraz kpr. Bańczuk kpr. Dudarenko kwatermistrz Lubiszewski o godz. 14.00 wyjechali na odcinek w celu zapoznania się z ugrupowaniem stanowisk. Na wiadomość o wyjeździe wszystkim żołnierzom miny zrzedły.Nic też dziwnego, bo tak długo wojować i nie na swoim terenie w dodatku nie widzieć pozytywnych wyników dla sprawy Polski - powstaje pewna niechęć.
08.II.1945r. O godz. 15.00 kompania wyruszyła samochodami na luzowanie wojsk hinduskich Dojechaliśmy do Faezy. Następny etap rozpoczął się pieszo. Droga do marszu błotnista i pod obstrzałem nieprzyjaciela. Odległość do marszu wynosiła około 8 km. Domarsz odbył się w porządku i bez strat. Po przyjeździe na miejsce przystąpiono natychmiast do luzowania. Poprzednicy mieli duże straty - to ubezpieczenia mieli zorganizowane bardzo dobrze. Natomiast nasza kompania nie mogła sobie pozwolić na wystawienie takiego ubezpieczenia, gdyż stan kompani zaledwie 60 żołnierzy. Zredukowano 2 stanowiska. Samo luzowanie odbyło się spokojnie i sprawnie. Kompania zajęła dwa domy pluton I wysunięty. Dom C. Luga, poczet dowódcy i I pluton II C Coropia Kompania objęła zadanie być zawsze gotową do przeciwuderzenia na korzyść Kompanii 4 -tej. Domy w których mieściła się kompania były pod ostrzałem broni maszynowej.
09.II.1945r. p. por. Nowosiadły rozpoznał teren, wydał zarządzenia w sprawie ubezpieczeń. Placówka, którą co raz wystawiano na moście zredukowano. Natomiast wzmocniono I pluton jednym C.K.M.
10.II.1945r. Artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon kompani.
11.II.1945r. Dowódca baonu rozkazał umieścić posterunki obserwacyjne przez całe 24 godziny w celu mierzenia katów odpalenia artylerii nieprzyjaciela. Problem był bardzo ciężki ponieważ żaden żołnierz nie umiał obchodzić się z busolą.
12.II.1945r. O godz. 17.30 rejon kompanii ostrzeliwany przez artylerię nieprzyjaciela w pociskach były ulotki pisane do Hindusów.
13.II.1945r.-14.II.1945r. O godz. 2.30 zarządzono pełną gotowość bojową. Nieprzyjaciel przedarł się na odcinku 4 kompanii. Nie doszło do poważniejszych zajść nieprzyjaciel wycofał się tracąc 2-ch ludzi.
15.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
16.II.1945r. O godz. 18.00 nieprzyjaciel ostrzeliwał rejon kompani - pociski były napełnione ulotkami.
17.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
18.II.1945r. O godz. 18.00 nieprzyjaciel ostrzeliwał rejon kompani ulotkami. Tego dnia kompania
otrzymała długie kalesony zimowe.
19.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
20.II.1945r. O godz. 14.15 Artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon C Carapia - padło 19 pocisków.
21.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
22.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
23.II.1945r.O godz. 16 30 artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon kompani pociski, układały się bardzo blisko domu. W godzinach wieczornych przybyto z III baonu.
24.II.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
25.II.1945r. O godz. 5.30 dowódca kompanii por. Siewierski + 3 szeregowych odjechali na nowe miejsce postoju celem objęcia nowych pozycji. O godz. 1 7.30 artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon kompanii - padło 8 pocisków obok domu. O godz. 20.00 zluzowany I pluton przez II kompanie III baonu.
26.II.1945r. O godz. 19.00 rozpoczęło się luzowanie plutonu II przez ł kompanię III baonu, Pluton odjechał ze skrzyżowania dróg o godz. 20.00 i obejmował zaraz nowe pozycje.
27.II.1945r. Przystąpiono do ulepszania stanowisk oraz przebudowywania niektórych z kompani utworzono 3 plutony po 2 drużyny pluton. Rozmieszczono plutony następująco: każdy pluton zajmował budynek. Budynki były zniszczone od artylerii własnej i nieprzyjaciela. Najgorsze pomieszczenia zajmował pluton II. Poruszanie w dzień ograniczone z powodu obserwacji nieprzyjaciela.
28.II.1945r. Zarządzono przywiezienie drutu koncerliny i rozpoczęto ogradzanie gniazd oporu Artyleria nieprzyjaciela bezpośrednio nie ostrzeliwała rejonu kompanii ale pociski padały dość blisko.
01.III.1945r. Żadnych ważniejszych wydarzeń niebyło.
02.III -14.III.1945r. Żadnych ważniejszych wydarzeń nie
było.
04.III.1945r. W godz. wieczornych artyleria nieprzyjaciela ostrzeliwała rejon kompanii strat nie było
05.III.1945 -10.III.1945r. Żadnych wydarzeń nie było.
11.III.1945r. Artyleria nieprzyjaciela strzelała w rejon kompanii strat żadnych nie było.
12.III.1945 -16.III.45r. Żadnych wydarzeń nie było.
17.III.1945r. Około godz. 16.00 artyleria nieprzyjaciela ostrzelała rejon kompanii strat nie było.
18.III.1945r. Żadnych ważniejszych wydarzeń nie było.
19.III.1945r. O godz. 18.45 artyleria nieprzyjaciela ostrzelała rejon kompanii pociski układały się bardzo blisko budynków zajmowanych przez wszystkie plutony. O godz. 19.10 artyleria nieprzyjaciela ponownie ostrzelała rejon kompanii i skrzyżowanie drogi. Pociski układały się jeszcze bliżej domów strat nie było. Noc była niespokojna i nerwowa ponieważ nieprzyjaciel nękał ogniem przez cała noc.
20.III.1945r. O godz. 18.30 artyleria nieprzyjaciela ostrzelała rejon kompanii. Pociski układały się bardzo blisko budynków gdzie znajdowało się dowództwo kompanii, strat nie poniesiono.
21.III.1945r. O godz. 15.00 zaczął się dosyć duży ruch na drodze. Nieprzyjaciel zauważył ostrzelał skrzyżowanie dróg, które znajduje się w pobliżu rejonu kompanii.
22.III.1945r. Żadnych większych zajść nie było.
23.III.1945r. O godz. 9.00 ciężka artyleria nieprzyjaciela strzelała w pobliżu rejonu kompanii.
24.III.1945r. W godzinach popołudniowych przybył porucznik dowódca kompanii 2 siódmego batalionu w celu zapoznania się z zadaniem i odcinkiem kompani. Ustalono godziny luzowania w dniu następnym. Kompania wieczorem odesłała cięższy bagaż jak śpiwory, amunicja itd.
25.III.1945r. O godz. 20 rozpoczęło się luzowanie. Domarsz na stanowiska odbywał się pieszo i bardzo powoli. Całkowite luzowanie nastąpiło około godz. 22.30. kompania powróciła na miejsce kompanii luzującej tj. Predapio Nowe.
26.111.1945r. W pierwszym dniu rozpoczęto doprowadzenia urządzenia pomieszczeń w kompanii, (do użytkowania) jak zwykle na nowym miejscu. Następne dnie upływały nad doprowadzeniem umundurowania do stanu czystości i schludnego wyglądu. Przyszły święta kompania uzyskała osiem miejsc na udzielenie cztero dniowych urlopów. Reszta kompanii pozostała na miejscu i święta spędzała w swoim zakresie, dość ubogie.
03.IV.1945r. O godz. 3.00 kompania wyjechała na ćwiczenia z czołgami. Były to ćwiczenia przygotowane do przyszłych działań.
04.IV.1945r. O godz. 4.45 kompania wyjechała na ćwiczenia pokazowe- działanie miotaczy płomieni i czołgów. Były to ćwiczenia przygotowawcze do działań bojowych.
8.IV.1945r. O godz. 12.30 kompania wyjechała na nowe mp.
9.IV.1945r. O godz. 24.00 kompania wyjechała na podstawę wyczekiwania. Bezpośrednio po przybyciu ostrzelana silnym ogniem nieprzyjaciela.
10.IV.1945r. 12.30 kompania wyruszyła na podstawę wyjściową do natarcia. Godz. 14.35 Wyruszenie do właściwego natarcia.
Godz. 15.15 osiągnięcie kanału, Caza Zacio zabrano 6 jeńców, 2 spandy, 3 szmajsery, 1 radiostacja.
O godz. 16.00 osiągnięto tor kolejowy. Na torze zatrzymano się do godz. 1 7.00. Ruszono naprzód 200 metrów za torem otrzymano silny ogień nieprzyjaciela. Tam zatrzymano się i nastąpiła konsolidacja obrony na noc.
11.IV.1945r. O godz. 2.10 pluton szturmowy pod dowództwem podporucznika Nowosiadłego ruszył do miasta Solardo i zajął bez żadnego oporu, zabrano 7 jeńców. Reszta kompanii bezpośrednio po zajęciu miasta wkroczyła do miasta. W mieście rozpoczął się ruch. Cywile byli bardzo uprzejmi. Miasto przedstawiało rozpacz, nędzę, kupa gruzów. Wyciągnięto z gruzów 4 jeńców. Ludność cywilna przystąpiła do wyciągania przysypanych gruzami ludzi. Dużo było żywych ale wielu poduszonych.
12.IV.1945r. O godz. 7.00 zarządzono pogotowie marszowe godz. 10.00 dowódca baonu zarządził odprawę dowódcy kompanii. Godz. 12.10 kompania wymaszerowała w rejon 3 baonu do dyspozycji dowódcy 3 baonu. Kompania zatrzymała się w polu przed P.D. 3 baonu. Tam okopaliśmy się i pozostaliśmy przez noc do godz. 5.30.
13.IV.1945r. O godz. 5 .30 kompania wyruszyła na podstawę wyjściową. Wyruszenie do natarcia godz. 7 30. Pierwsze strzały z czołgu godz. 8.45. Godz. 10.00 zdobycie Cazy Makarcela tam zdobyto 4 jeńców. Wysłano patrole wprzód i schwytano 6 jeńców, radiostacje, 1 spandera, 3 szmajsery. O godz. 16.45 zajęcie Cazy Farmantuna.
Godz. 16.55 kapral Żuj i Podola Ranni.
14.IV.1945r. Ugrupowanie obronne w zajętych domach. Artyleria i moździerze ostrzeliwały rejon kompanii strat nie było. Przeszła przez nas 5 D.P. i nasze oddziały pozostały do dnia 19.IV.1945r. O godz. 12.00 zarządzono pogotowie marszowe. O godz. 15.30 kompania wyruszyła na nowe m.p., na miejsce kompanii przybyto o godz. 17.30, noc spędziliśmy spokojnie.
20.IV.1945r. O godz. 12.00 zarządzono pogotowie marszowe. Wyjazd na podstawę wyczekiwania o godz. 12.30.
21.IV.1945r. Wyruszenie na podstawę wyjściową o godz. 6 00. Zaraz ruszyliśmy do natarcia. O godz. 7.30 uchwycenie Cazy Balonina. Godz. 8.00 wydanie dalszych zarządzeń i rozkazów. Pluton pierwszy osiągnął Caza Colombora. Pluton drugi Bruciata. Pluton trzeci Lunga. Wyruszenie z Balonina godz. 8.30. Wyruszenie z Bruciata godz. 9.30. Granardo osiągnięcie 11.30. Jeden jeniec. Godz 12.30 dowódca odjechał na
odprawę i zaraz po powrocie z odprawy dalszy marsz. O godz. 14.08 ogień broni
maszynowej nieprzyjaciela. Godz. 14.30 wyruszenie dalej do miasta Brossetti. 14.55
silny ogień artylerii, moździerzy i broni maszynowej.
[SKAN ZAŁĄCZNIKA — odręczny wykaz, bardzo słaba jakość skanu, kartka złożona z dwóch części, pismo ręczne, tekst zapisany w układzie poziomym (obrócona strona), tabele liniowane]
== Górna część skanu (lewa strona po obrocie) ==
Lista osób (numerowana, kolumna bez nagłówka, prawdopodobnie ciąg dalszy niżej opisanej tabeli):
1. kpr[?] Malecki Tomasz [nieczytelny dopisek z prawej, ok. „1 B..."]
2. – Jankowski Józef [SKREŚLONE: nieczytelne]
3. [SKREŚLONE: Jonow 0 Leopold]
4. str[?] Hopaj Antoni
oficr [dopisek z lewej, prawdopodobnie nagłówek kolumny "oficer"]
[poniżej pusta, nieliniowana lub nieczytelna tabela]
[w owalu:] Saperzy
1 por Tyszkowski Zbigniew
2 sierż Anochim[?] Lew
3 -"- Korak Jan
4 -"- Śmielouk[?] Aleksander
== Dolna część skanu (prawa strona po obrocie) ==
Tabela „Wyszczególnienie | Ofic | Szereg | Razem":
Stan komp. | 4 | 9[?] | 9[?]
Echelon B[?] | | 1 | 1
nie biorą udziału
zostają [przy] grupy gospodarczej | | 10 | 10
Razem | | 1[?] | 1[?]
Stan bojowy własny 4 | | 8[?] | 8[?]
Telefonistów | | 3 | 3
Pionierzy | | 4 | 4
Stan bojowy z przydzielonymi 4- | 8[?] | 9[?]
Wykaz[?] | | | 9 7[?]
mieniu pozostałych w grupie gospodarczej.
Tabela nazwisk (ciąg dalszy numeracji, l.p. 9–16):
stop. | nazwisko i imię | l.p | stop. | nazwisko i imię
sierż | Tyszkiewicz[?] Władysław | 9 | st.chor. | Myśliwiec[?] Włod[zimierz?]
plut | Kocurek Alojzy | 10 | -"- | Wieczyński[?] Antoni
[?] st | Żurolas Jan | 11 | -"- | Hołdunczyk Bart[łomiej?]
-"- | Fur Mikołaj | 12 | | |
-r | [SKREŚLONE: Bagusz Stanisław] | 13 | | |
-r- | Stół[?] Józef | 14 | | |
strz | Szumejko Józef | 15 | | |
-r | [SKREŚLONE: nieczytelne] Józef | 16 | | |
[WYCINEK PRASOWY, naklejony na stronę, tekst obrócony o 90°; tekst jak w druku]
KRÓLEWSKIE AMORY...
(Pocztówka własna z Węgier)
[ZDJĘCIE]
Z tej fontanny tryskało kiedyś szlachetne wino...
Będąc na Węgrzech niejednokrotnie natrafiałem, w różnych rejonach kraju, na zabytki, pamiątki, czy też wręcz pomniki — mówiące o historycznych związkach pomiędzy naszymi krajami. Sądzę nawet, że jest ich tutaj znacznie więcej niż u nas.
Któregoś dnia „zawadziłem" o miejscowość Visegrad, pięknie położoną nad brzegiem Dunaju. Są tutaj ruiny starego królewskiego zamku — pałacu. Był zapomniany przez stulecia: zrównany został z ziemią w 1542 roku przez Turków, a ruiny zasypane przez obsuwającą się górę. Dopiero nie tak dawno odsłonięto pierwsze fragmenty starych murów. Rekonstrukcja pałacu trwa do dziś. Mówiono o nim, że w tamtych czasach był największym, najwspanialszym i najoryginalniejszym tego rodzaju obiektem w Europie. Zbudowany przez Karola Roberta Anjou (wstąpił na tron węgierski w 1308 r.), a następnie doprowadzony do ostatecznej świetności przez króla Matthiasa, a właściwie przez jego żonę, Beatrycze córkę króla Neapolu (ściągnęła na Węgry wielu wybitnych architektów i artystów włoskich) — pałac składał się z 1 350 pomieszczeń urządzonych z niezwykłym jak na owe czasy przepychem i smakiem. Były nawet po-dwórzowe fontanny, z których często zamiast wody tryskało szlachetne wino. Nic też dziwnego, że wysłannik papieski, biskup Castelli donosił Sixtusowi IV: „.....piszę z Visegradu, raju na ziemi..."
Co prawda, dzisiaj trzeba mieć sporo fantazji, aby z tych ruin wyczarować w swej wyobraźni świetność owych[?] czasów. Ciekawy natomiast jest fakt, że z zamkiem tym łączy się niejeden epizod z naszej rodzimej historii. W czasie zwiedzania, przewodnik zaczął mi nagle opowiadać o dość frywolnych a dramatycznych przygodach, jakie miał tutaj Kazimierz Wielki –
[ZDJĘCIE — reprodukcja obrazu]
Król Matthias i królowa Beatrycze.
skrzętnie zresztą pominiętych we wszelkiego rodzaju przewodnikach. Traktowałem tę opowieść trochę z „przymrużeniem oka", jako jeszcze jedną historyczną legendę. Dopiero po powrocie do kraju, przypadkowo zresztą, „odkryłem" takie oto potwierdzenie tych faktów — w znanej „Polsce Piastów" — Pawła Jasienicy:
„.....Zaczynając rządy miał Kazimierz opinię całkiem nieszczególną. Krzyżacy i Jan Luksemburczyk starali się, jak mogli, o „złą prasę" dla niego... Dwory europejskie trzęsły się od plotek i poważni ludzie w Polsce mieli powody podejrzliwie patrzeć na urwisa w koronie. Na trzy lata przed śmiercią wysłał Łokietek syna w misji dyplomatycznej na Węgry. Panował tam nadal Karol Robert Andegaweńczyk, żonaty z rodzoną siostrą Kazimierza, Elżbietą Łokietkówną. Król węgierski był Francuzem, a dwór jego słynął z wdzięku właściwego tej nacji, która nigdy też nie odznaczała się nadmierną surowością obyczajów. Coś tam zaszło w Wyszehradzie... Niektórzy dziejopisarze kładą wszystko na karb złośliwej plotki, jeśli jednak zważyć, że i w przyszłości miał się Kazimierz wyróżniać wyjątkową wręcz czułością na wdzięki niewieście, to przyjdzie chyba powtórzyć przysłowie „nie ma dymu bez ognia". Krótko mówiąc, polski królewicz uwiódł tam podobno córkę szlachcica, Klarę Zach. Co gorzej — pomawiano królowę Elżbietę o ułatwienie mu tego. Burza wybuchła już po wyjeździe Kazimierza. Kiedy Klara powiedziała wszystko ojcu, Felicjanowi Zach, Magnat popadł w szał. Wtargnął do sali zamkowej, gdzie przebywała cała rodzina, i rzucił się na nią z mieczem. Ciął w ramię Karola Roberta, odrąbał Elżbiecie cztery palce u prawej dłoni i dopiero sam zginął od ciosu dworzanina, Jana Cselenyi. Ćwierci zwłok królobójcy zawisły na hakach w głównych miastach węgierskich i zahuczało w Europie. Na rodzinę Zachów posypały się wyroki śmierci i konfiskaty dóbr, okrutnie zamęczona zginęła i Klara. Ci i owi spośród jej krewnych zdołali ujść do... Polski. Łokietek nikogo z nich nie wydał, czego by pewnie nie omieszkał uczynić, gdyby własny jego synalek błyszczał jak łza. Stary król był krewki i twardy, ale sprawiedliwy. Zszargana opinia nie była pomyślną kartą..."
W kilka lat później Kazimierz — już jako król — brał udział w zjeździe monarchów w... Visegradzie, na który to przybyli królowie Czech oraz Węgier, liczni książęta śląscy, biskup i trzej komturowie krzyżaccy... Podobno był to zjazd tak świetny, że długo o nim wspominano, a szczególnie o ucztach i innych atrakcjach.
(zis[nieczytelne, obcięty tekst])
„DOOKOŁA ŚWIATA" Tygodnik - magazyn ilustrowany dla młodzieży
(Nr podpisano do druku 4 listopada 1964r.)
[ZDJĘCIE]
Dziadek Antoni Faszynkieder i babcia Maria
[ZDJĘCIE]
Komenda Wojewódzka Policji w Stanisławowie
[ZDJĘCIE]
Komenda Wojewódzka Policji w Stanisławowie w swej zmechanizowanej postaci
[ZDJĘCIE]
w Krakowie 1935 r.
[ZDJĘCIE]
w Krakowie 2.VII 1935 r.
[ZDJĘCIE]
Koledzy dziadka Haftek i Gonkowski
w Kosowie 2.VII.1939. r.
[ZDJĘCIE]
Przed komendą w Stanisławowie
[ZDJĘCIE]
Zdjęcie z kolegami przed komendą
[ZDJĘCIE]
W obozie Kastely na Węgrzech 1939-1940 r.
[ZDJĘCIE]
Kastely - partia szachowa
[ZDJĘCIE]
W obozie Kastely
[ZDJĘCIE]
Kastely - widok budynku
[ZDJĘCIE]
W obozie na Węgrzech
[ZDJĘCIE]
W Trogirze
[ZDJĘCIE]
W Palestynie 22.09.1940
[ZDJĘCIE]
Jerusalem - przed kościołem grobu Matki Bożej - 29.08.1940 r.
[ZDJĘCIE]
W Egipcie 1940 r.
[ZDJĘCIE]
Na pustyni.
[ZDJĘCIE]
Egipt 1940 r.
[ZDJĘCIE]
Generał Sosnkowski i Generał Anders
[ZDJĘCIE]
Naczelny Wódz gen. Sosnkowski
odbiera Defiladę
[ZDJĘCIE]
Dik Hela koło Aleksandrii 1941 r.
[ZDJĘCIE]
Na pustyni w Egipcie 4.I.19941 r.
[ZDJĘCIE]
Na pustyni za Aleksandrią
na tzw. "lini puł[?]k. Peszka"
[ZDJĘCIE]
Wybuch bomby niemieckiej podczas nalotu na Pilastrino - „Tobruk” (listopad 1941r.)
[ZDJĘCIE]
Widok Cyranajki
[ZDJĘCIE]
W drodze do Syrii
[ZDJĘCIE]
Pod Gazalą - angielski samochód strącony
ze skarpy przez żołnierzy włoskich
[ZDJĘCIE]
W Libii
[ZDJĘCIE]
W ogrodzie królewskim w Aleksandrii
[ZDJĘCIE]
Egipt - Ismaila - 6.III.1941 r.
[ZDJĘCIE]
Na pozycji pod Gazalą 26.XII.1941 r.
[ZDJĘCIE]
Pluton Pionierów I B.S.B.S.K. pod Gazalą
[ZDJĘCIE]
Serpentyny na drodze
z Luigi Rasa do Bengazi w Libii
[ZDJĘCIE]
Kościół Rzymsko-Katolicki
w Luigi Rasa w Libii
[ZDJĘCIE]
Cyrenajczycy w Luigi Rasa w Libii
[ZDJĘCIE]
Widok serpentyn przy wjeździe
do Derny w Libii.
[ZDJĘCIE]
Cmentarz Polaków w Tobruku (18.III.1942r.)
[ZDJĘCIE]
Nabożeństwo polowe pod Gazalą w czasie nalotu (22.III.1942r.)
[ZDJĘCIE]
W Iraku - 25.IV.1943 r.
[ZDJĘCIE]
Dziadek w Mosulu - 15.III.1943 r.
[ZDJĘCIE]
Sklep I Batalionu Strzelców
Karpackich w namiocie - 19.X.1942
[ZDJĘCIE]
Syria Homo - Meczet
[ZDJĘCIE]
Zaopatrzenie sklepu batalionowego - 19.VIII.1942 r.
[ZDJĘCIE]
W środku Władysław Burakiewicz obok niego Nowozelandczycy
[ZDJĘCIE]
W głębi Władysław Burakiewicz pozostała trójka to Nowozelandczycy
[ZDJĘCIE]
Karawana wielbłądów na pustyni koło
Harty w Iraku (28.IV.1943r.)
[ZDJĘCIE]
Ogród królewski w Aleksandrii.
[ZDJĘCIE]
Harta w Iraku (28.IV.1943r.)
[ZDJĘCIE]
Ogród królewski w Aleksandrii.
[ZDJĘCIE]
Harta w Iraku (28.IV.1943r.)
[ZDJĘCIE]
Ogród królewski w Aleksandrii.
[ZDJĘCIE]
Procesja Polaków w niedzielę palmową
z Getseman do Jerozolimy 29.03.1942 r.
[ZDJĘCIE]
Tel-Aviv 31.III 1942
[ZDJĘCIE]
Widok bramy Świętego Szczepana
w Jerusalem (4.IV.1942)
[ZDJĘCIE]
Ogród Oliwny w Jerozolimie
[ZDJĘCIE]
Generał grecki ogląda Bazylikę Zaśnięcia
Najświętszej Marii Panny w Jerozolimie
[ZDJĘCIE]
uzalem - Widok „Etce Homo” (4.IV.1942)
[ZDJĘCIE]
Widok na Jerozolimę z domu Piłata
[ZDJĘCIE]
Na drodze krzyżowej w Jerozolimie
[ZDJĘCIE]
Włoskie lotnisko
pod Derną w styczniu (7.I.1942 r.)
[ZDJĘCIE]
Włochy
[ZDJĘCIE]
Rzym zdjęcie przed Koloseum
[ZDJĘCIE]
Włochy
[ZDJĘCIE]
Po śniadaniu wielkanocnym w Pessaro
[ZDJĘCIE]
Pochówek Władysława Kopały w Faenze
[ZDJĘCIE]
Po śniadaniu wielkanocnym w Pessaro
[ZDJĘCIE]
Kurs pszczelarski
[ZDJĘCIE]
Kurs pszczelarski w górach włoskich
koło Pesero (15.VII.1946)
[ZDJĘCIE]
Włochy Loretto - luty 1946 r.
[ZDJĘCIE]
Na plaży w Pessaro
[ZDJĘCIE]
Nad morzem we Włoszech
[ZDJĘCIE]
Na okręcie w drodze z Włoch
do Anglii - wrzesień 1946 r.
[ZDJĘCIE]
Przy odbiorze poczty obozowej
[ZDJĘCIE]
Na okręcie w drodze do Anglii
[ZDJĘCIE]
Prezes Polonii amerykańskiej Rozmarek i Generał Duch
[NAPIS NA ZDJĘCIU - odręczny, na górze zdjęcia, blady i częściowo nieczytelny] Preze[?]s [P]olonii Amer[?] Rozmarek [i] Gen D[?]
[ZDJĘCIE]
Stachowski Kazimierz
kolega Dziadka zam. w Anglii.
z dedykacją na odwrocie:
„Kochanemu koledze na pamiątkę
z tułaczych stron Anglii
zasyłam swą podobiznę dla upamiętnienia
minionych dobrych lat. Kazimierz”
[ZDJĘCIE]
Wiktor Chmura Łukowianin
walczący na zachodzie
zamieszkały w USA. Spotkał się
z dziadkiem 26.12.1943 r.
z dedykacją na odwrocie:
„Na Wieczną Pamiątkę dla Drogiego
Przyjaciela ofiaruję swoją podobiznę. Wiktor”
[ZDJĘCIE]
W Anglii na drodze do obozu
[NAPIS NA ZDJĘCIU - tablica drogowa] B1085 KENNETT / A11 THETFORD / A11 NEWMARKET
[ZDJĘCIE]
Obok mieszkania w Anglii
[ZDJĘCIE]
Pożegnanie sztandaru który złożono w muzeum
w Londynie
[ZDJĘCIE]
Cmentarz Polaków u podnuża góra Monte Casino
[ZDJĘCIE]
Józef Ziemianski - teść dziadka w mundurze austriackim
i Stanisław Stępień - łukowianin - wójt gminy Żurów.
[ZDJĘCIE]
Dziadek ze swoimi braćmi Stanisławem
i Ludwikiem
[ZDJĘCIE]
Córka Jadwiga z zięciem
Marianem Burdzy
[ZDJĘCIE]
Najstarszy brat dziadka Władysław
z żoną, synem Henrykiem i córką Wandą
zamieszkały w Filadelfii USA
[ZDJĘCIE]
Bratanek Jurek Faszynkieder
[ZDJĘCIE]
iostra Henryka Wierzbicka z córką Alusią
[ZDJĘCIE]
Dziadek ze swoim
kolegą Stefanem Ściobłowskim.
[ZDJĘCIE]
Wnuk dziadka Marek Faszynkieder
[ZDJĘCIE]
Dziadek ze swoimi wnuczkami
Wojciechem i Danutą Burdzy
[ZDJĘCIE]
Na budowie elektrowni wodnej „Wały Śląskie”
[ZDJĘCIE]
Wycieczka pracowników GS Brzeg Dolny 27-29.08.1961 r. do Krakowa
[DOKUMENT: książeczka wojskowa (Soldier's Service Book), strony 2-3]
[ODRĘCZNIE] Enlisted to the P.R.C. 31.10.46
(I) SOLDIER'S NAME and DESCRIPTION on ATTESTATION.
Army Number: [ODRĘCZNIE] 30034629 [ODRĘCZNIE, przekreślone poziomą kreską] 7/F/1900/III.HTk.[?]
Surname (in capitals): FASZYNKIEDER
Christian Names (in full): ANTONI
Date of Birth: [ODRĘCZNIE] 31. 5. 1900.
Parish: ..........
In or near the town of: [ODRĘCZNIE] Góra - Koperzyka[?]
In the county of: [ODRĘCZNIE, nieczytelne] - Polska
Trade on Enlistment: [ODRĘCZNIE] funkc. P.P. (posterunkowy)
Nationality of Father at birth: [ODRĘCZNIE] Polak
Nationality of Mother at birth: [ODRĘCZNIE] Polka
Religious Denomination: [ODRĘCZNIE] rzym. kat.
Approved Society: ..........
Membership No.: ..........
Enlisted at .......... On ..........
For the:- [ODRĘCZNIE] Polish
* Regular Army. [PRZEKREŚLONE]
* Territorial Army. [PRZEKREŚLONE]
* Supplementary Reserve. [PRZEKREŚLONE]
* Army Reserve Section D. [PRZEKREŚLONE]
* Strike out those inapplicable.
For .......... years with the Colours and .......... years in the Reserve
Signature of Soldier: [PODPIS: Faszynkieder kpr.]
Date: [ODRĘCZNIE] 31. 8. 1942 [ODRĘCZNIE, obok, cyfra] 4[?]
3
DESCRIPTION ON ENLISTMENT.
Height [ODRĘCZNIE] 166[?] ft. .......... ins. Weight [ODRĘCZNIE] 65 lbs.
Maximum Chest [ODRĘCZNIE] 95 ins. Complexion: ..........
Eyes [ODRĘCZNIE] nieb. Hair [ODRĘCZNIE] blond
Distinctive Marks and Minors: ..........
..........
..........
..........
..........
..........
..........
..........
[ZDJĘCIE] (fotografia żołnierza w mundurze khaki, popiersie, naklejona)
CONDITION ON TRA[NSFER]
Found fit for ..........
Defects or History of pa[st sickness]
[e]nquired into if called up f[or service]
..........
..........
..........
..........
Date .......... 19 ..........
Initials of M.O. i/c ..........
A 2
Książeczka wojskowa 2 i 3 strona
[DOKUMENT: okładka i ostatnia strona (Will) książeczki wojskowej Soldier's Service Book]
[Lewa strona - okładka]
[PIECZĄTKA: częściowo czytelna, wyblakła - fragment "...o Uzupełnień N[r]..."]
[ODRĘCZNIE] 4450/wz.[?]
Army Book 64 (Part I).
Soldier's Service Book.
(Soldier's Pay Book, Army Book 64 (Part II), will be
issued for active service.)
Entries in this book (other than those connected with the
making of a Soldier's Will and insertion of the names of
relatives) are to be made under the superintendence of an
Officer.
Instructions to Soldier.
1. You are held personally responsible for the safe
custody of this book.
2. You will always carry this book on your person.
3. You must produce the book whenever called upon
to do so by a competent military authority, viz., Officer, War-
rant Officer, N.C.O. or Military Policeman.
4. You must not alter or make any entry in this book
(except as regards your next-of-kin on pages 10 and 11 or
your Will on pages 15 to 20).
5. Should you lose the book, you will report the matter
to your immediate military superior.
6. On your transfer to the Army Reserve this book will be
handed into your Orderly Room for transmission, through the
O. i/c Records, to place of rejoining on mobilization.
7. You will be permitted to retain this book after
discharge, but should you lose the book after discharge it
cannot be replaced.
8. If you are discharged from the Army Reserve, this book
will be forwarded to you by the O. i/c Records.
[Prawa strona - strona 20]
20
SOLELY FOR USE ON ACTIVE SERVICE. This Will page must
NOT be used until you have been placed under orders for
Active Service.
WILL.
(For use if the soldier has not already made a Will or wishes to
alter one already made. See instructions on previous page.)
ON COMPLETION TO BE DESPATCHED TO OFFICER IN
CHARGE RECORDS BY O.C. UNIT.
[ODRĘCZNIE] Rozkaz 2 Korpusu o Sądach doraźnych[?]
Nr 53 pkt. 293 z dnia 26.IV.46
został mi podany do wiadomości
dnia 8.V-46 [PODPIS: Faszynkieder kpr.]
30.1.48 r. Issued[?] Handling[?] Company
HQ/9
Signature ..........
Rank and Regiment ..........
Army Number ..........
Date ..........
[5/86] (393/4050) Wt. 16097 500m 6/40 H & S Ltd. (4004)
Books 64 (Part 1)/2 T.S. 3141
Książeczka wojskowa strony: pierwsza (1) i ostatnia (20)
[ZDJĘCIE - portret mężczyzny w mundurze, młody]
Antoni Faszynkieder zdjęcie z lat 1918-21
[ZDJĘCIE - portret mężczyzny w mundurze oficerskim, starszy]
Antoni Faszynkieder zdjęcie
z lat 1946-48
[ZDJĘCIE - odznaczenie: krzyż na wstędze biało-czarnej, na ramionach krzyża napis "NA POLU CHWAŁY", pośrodku orzełek, u dołu data "1920"]
Na polu chwały 1920 r.
[ZDJĘCIE - medal okrągły, napis "POLSKA SWEMU OBROŃCY"]
Polska swemu obrońcy
[ZDJĘCIE - medal okrągły na kółku i uszku, na awersie postać syrenki z mieczem i tarczą w okręgu, napis w otoku "1939 [gwiazdka] WARSZAWA [gwiazdka] 1945"]
1939-1945 Za Warszawę
[ZDJĘCIE - odznaka w kształcie krzyża/gwiazdy z choinką pośrodku, cyfra "3", u góry litery "D.S.K."]
Odznaka za obronę Tobruku
[ZDJĘCIE - krzyż na wstążce, u góry okucie ze skrzyżowanymi mieczami, na ramionach krzyża odznaka z monogramem, promienie wokół środka]
Krzyż waleczny z mieczami
[ZDJĘCIE - krzyż na wstążce, na środku krzyża prostokątna plakietka z napisem "MONTE CASSINO MAJ 1944"]
Monte Cassino Maj 1944 - Krzyż pamiątkowy
[ZDJĘCIE - medal w kształcie krzyża jerozolimskiego (krzyż z czterema mniejszymi krzyżykami w narożach) na wstążce pasiastej, na ramionach napisy "AMOR", "CHRISTI", "CRUCIFIXI", "TRAXIT NOS", pośrodku medalion z popiersiem papieża]
Srebrny Krzyż Papieski
[ZDJĘCIE - pęk splecionych, zwiniętych liści palmowych, przewiązany]
Palma z niedzieli palmowej w Jerozolimie
[ZDJĘCIE - naszywka naramienna, u góry owalny napis "POLAND", poniżej tarcza w kolorze jasnym na ciemnym tle]
Naszywka
[ZDJĘCIE - ośmiokątny identyfikator (nieśmiertelnik) z dwoma otworami, wybity napis: "1900" / "7-III" / "RZ.KAT." / "ANTONI" / "FASZYNKIEDER"]
1900 7-III rz. kat. Antoni Faszynkieder
(Identyfikator ze specjalnego materiału ognioodpornego).
[ZDJĘCIE - metalowy identyfikator sześciokątny na łańcuszku, wybity napis: "ANTONI" / "FASZYNKIEDER" / "UR.1900.R." / "STANISŁAWÓW"]
Antoni Faszynkieder ur. 1900 r.
Stanisławów
(Identyfikator metalowy)
[ZDJĘCIE - dwie strony klasera filatelistycznego z naklejonymi znaczkami pocztowymi różnych krajów (m.in. Wielka Brytania - "POSTAGE"/"REVENUE" z głową króla, Nowa Zelandia, Poste Italiane, Sud Africa, Uganda, Kenya-Tanganyika) oraz naklejona koperta/nalepka pocztowa]
[DOKUMENT: nalepka/kwit pocztowy (przekaz pocztowy) naklejony na stronie klasera]
POST EARLY for CHRISTMAS
[STEMPEL POCZTOWY, okrągły] CHELSEA 6 DEC 1947 S.W.3
ADDRESSEE AMOUNT
£ s. d.
Wierzbicka Henryka
Górze Ropczyckiej
p-tą Sędziszów
woj. Rzeszów
Poland
4 18 6
[PIECZĄTKA] POLIMEX CO. LTD.
3[?] THURLOE PLACE, LONDON, S.W.7.
(OPPOSITE B[ROMPTON] [nieczytelne] ORATORY)
[znaczek pocztowy z głową króla naklejony na dokumencie]
Znaczki zbierane przez dziadka w trakcie pracy na poczcie polowej.
[DOKUMENT: zaświadczenie - upoważnienie do noszenia War Medal 1939/45]
1 BATALION S.K.
ZAŚWIADCZENIE.
[ODRĘCZNIE] sierż. Faszynkieder Antoni 1900/7/III[?]
jest upoważniony do posiadania i noszenia
"THE WAR MEDAL 1939/45"
Podstawa: zarządzenie War Office 68/General
8070/A9[?]4d. [zasłonięte pieczęcią]
[PIECZĄTKA, okrągła, nieczytelna]
DOWÓDCA BATALIONU S. K.
[PODPIS] Chrapkiewicz
Dnia 2. grudnia 1946.
CHRAPKIEWICZ
MJR. DYPL.
[DOKUMENT: legitymacja uprawniająca do noszenia Bronzowego Krzyża Zasługi z Mieczami]
[ZDJĘCIE dokumentu, karta legitymacyjna]
[ODRĘCZNIE] plut. FASZYNKIEDER
Antoni
1900 - 7/III. 1 Baon S.K.
jest uprawniony do noszenia
[ODRĘCZNIE] Bronzowego
Krzyża Zasługi z Mieczami
z
nadanego rozkazem pers. 2. Kor-
pusu Nr. [ODRĘCZNIE] 125/45
M. p., [ODRĘCZNIE] 9 lipca 1947
[PODPIS: nieczytelny]
[PIECZĄTKA, okrągła, nieczytelna]
DOWÓDCA 2. KORPUSU
[ODRĘCZNIE] gen. dyw.
Drukarnia Polowa 2. Korpusu A. P.
[DOKUMENT: Świadectwo Chrztu - Diecezja Tarnowska]
[ODRĘCZNIE, u góry] Do użytku[?] wewnętrznego kościelnego[?]
DIECEZJA TARNOWSKA DIOECESIS TARNOVIENSIS
Kościół parafialny Ecclesia paroecialis
św. [ODRĘCZNIE] Jakuba S. ..........
w [ODRĘCZNIE] Górze Ropczyckiej in ..........
ŚWIADECTWO CHRZTU
(TESTIMONIUM BAPTISMI)
1. Rok i numer księgi chrztów [ODRĘCZNIE] 1900, N: nr. 16
(Annus et numerus libri baptizatorum)
2. Imię i nazwisko [ODRĘCZNIE] Antoni Faszynkieder
(Nomen, cognomen)
3. Imię ojca [ODRĘCZNIE] Józef wyznanie [ODRĘCZNIE] Rzym-katol.
(Nomen patris) (religio)
4. Imię matki [ODRĘCZNIE] Aniela z domu [ODRĘCZNIE] Zach wyznanie [ODRĘCZNIE] Rzym-katol.
(Nomen matris) (nata) (religio)
5. Miejsce i dzień urodzenia [ODRĘCZNIE] Góra Ropczycka. 31 maja 1900
(Locus et dies nativitatis)
6. Data i miejsce chrztu [ODRĘCZNIE] 3/6 1900 - Góra Ropczycka
(Dies et locus baptismi)
7. Uwagi w księdze chrztów - kan. 470 § 2; 1988. ..........
(Adnotationes in libro bapt.)
Zgodność z miejscowymi księgami parafialnymi potwierdza
Concordat cum libris metricalibus
[PIECZĄTKA: prostokątna, przekreślona odręcznie - "Gromada JOD[?]OWNIK[?] ... pow. Brzeg-Dolny"]
(L. S.) Z Urzędu parafjalnego
w Górze Ropczyckiej. dnia [ODRĘCZNIE] 3 czerwca 195[2]
(die)
[PIECZĄTKA, okrągła, nieczytelna] Proboszcz [PODPIS: nieczytelny]
(Parochus)
[ODRĘCZNIE] ad.
[DOKUMENT: Legitymacja Nr. 1076 - Pamiątkowa Odznaka 3 Dywizji Strzelców Karpackich]
LEGITYMACJA Nr. 1076
sierż. Faszynkieder Antoni 1900/7/III z 1 Baonu
S.K.
jest upoważniony do posiadania
i noszenia
PAMIĄTKOWEJ ODZNAKI 3 DYWIZJI STRZELCÓW KARPACKICH
[PIECZĄTKA okrągła: DOWÓDZTWO 3 DYWIZJI STRZELCÓW KARPACKICH, z napisami BOLOGNA, ANCONA, TOBRUK, MONTE CASSINO, pośrodku orzeł wojskowy]
[ODRĘCZNIE] dnia [nieczytelne].XII.1945 Dca 3 DSK
[PODPIS]
DUCH - gen. bryg.
Drukarnia Polowa 2. Korpusu A. P.
[DOKUMENT: Dyplom na czeladnika]
DYPLOM NA CZELADNIKA
PRZEŁOŻEŃSTWO STOW. PRZEMYSŁOWEGO [ODRĘCZNIE] Zjednoczonych
rękodzielników w [ODRĘCZNIE] Sędziszowie STWIERDZIWSZY NA
PODSTAWIE PRZEDŁOŻONYCH DOKUMENTÓW, ŻE P. [ODRĘCZNIE] Antoni
[ODRĘCZNIE] Faszynkieder UR. W R. [ODRĘCZNIE] 1900 W [ODRĘCZNIE] Górze ropczyckiej
POWIAT [ODRĘCZNIE] Ropczyce POZOSTAWAŁ W NAUCE
U [ODRĘCZNIE] Józefa Faszynkiedra
MAJSTR szews. W [ODRĘCZNIE] Górze ropczyckiej W CZASIE
OD [ODRĘCZNIE] 5 Marca 1915 DO [ODRĘCZNIE] 5 Marca 1918
TO JEST ŁĄCZNIE [ODRĘCZNIE] 3 lat, WYUCZYŁ SIĘ NALEŻYCIE RZEMIOSŁA
[ODRĘCZNIE] szewskiego, UCZĘSZCZAŁ W MYŚL. § 75 UST. PRZEM.
NA PRZEPISANĄ NAUKĘ UZUPEŁNIAJĄCĄ W SZKOLE [ODRĘCZNIE] powszechnej
[ODRĘCZNIE] 2 klasowej W [ODRĘCZNIE] w Górze ropczyckiej ORAZ
ŻE DNIA [ODRĘCZNIE] 15 Październ. 1923 ZŁOŻYŁ EGZAMIN CZELADNICZY
PRZED KOMISJĄ EGZAMINACYJNĄ [ODRĘCZNIE] w Sędziszowie
Z WYNIKIEM [ODRĘCZNIE] bardzo dobrym WYDAJE MU NA MOCY
§ 104. AL. 2. USTAWY PRZEMYSŁO[WEJ] NINIEJSZY DYPLOM NA CZE-
LADNIKA I WPISUJE GO RÓWNOCZEŚNIE DO KSIĘGI WYZWOLONYCH
CZELADNIKÓW RĘKODZIELNICZYCH. NA STRONIE [ODRĘCZNIE] 1 POZ. [ODRĘCZNIE] 11
[ODRĘCZNIE] Sędziszów DNIA [ODRĘCZNIE] 16 Października 1923
PRZEŁOŻEŃSTWO STOWARZYSZENIA PRZEMYSŁOWEGO
[ODRĘCZNIE] Zjednoczonych rękodzielników
CZŁONEK WYDZIAŁU [PODPIS: Młynarski] PRZEŁOŻONY STOW.
[PODPIS] Szymon Białek, Przewodniczący [PODPIS] Franciszek Sochacki
[PODPIS] Ludwik Białek Komisyj. egzam.
KOMISARZ STOW. ZASTĘPCA PRZEŁOŻONEGO
[PIECZĄTKA, owalna] Urzędowa Komisja egzaminacyjna dla czeladników w Sędziszowie
[DOKUMENT: Świadectwo z egzaminu czeladniczego, w całości odręczne]
Świadectwo
Z egzaminu czeladniczego
Pan Antoni Faszynkieder urodzony w roku 1900
w Górze ropczycki powiat Ropczyce wyuczywszy
się rzemiosła szewskiego u Pana Józefa Faszynkiedra
w czasie od 5 Marca 1915 do 5 Marca 1918 poddał się dnia
dzisiejszego przed Komisyę egzaminacyjną egzaminowi
na czeladnika i złożył go z postępem bardzo dobrym
Sędziszów 1 Października 1923
Członkowie Komisyi Przewodniczący Komisyi
[PODPIS] Szymon Białek [PODPIS: Młynarski 1]
[PODPIS] Białek Ludwik
[PIECZĄTKA, owalna] Urzędowa Komisja egzaminacyjna dla czeladników [w Sędziszowie]
[DOKUMENT: pismo mianujące na posterunkowego Policji Państwowej, w całości odręczne (odpis)]
[ODRĘCZNIE] 1-wy[?] Odpis V przywiązanym
Komenda Policji Państwowej Okręgu X. w Stanisławowie.
L.10783/25. Do
Pana Faszynkiedera Antoniego p. o. poster.
w Stanisławowie.
Mianuje Pana na podstawie art.29. ust. z dnia 24. lipca 1919.
(Dz.U. Nr.61.poz.363) z dniem 1. listopada 1925. posterunkowym
Policji Państwowej Okręgu X. stanisławowskiego z uposażeniem
do grupy XIII/a niższych funkcjonarjuszy P.P. służby zewnętrznej.
Skutki prawne stabilizacji liczą się od dnia 1. listopada 1925.
Przebyty przez Pana okres służby od dnia 1. maja 1925. zalicza
się do rzeczywistej służby państwowej.
Stanisławów, dnia 16 listopada 1925.
Pieczęć okrągła z godłem państwowem i napisem Komendant
Policji Państwowej Województwa Stanisławowskiego.
Pieczęć podłużna Komendant wojewódzki P.P.
(Żurski)
[ODRĘCZNIE, dopisek u dołu strony] Nr rep. 4829/49
[DOKUMENT: poświadczenie notarialne odpisu (ciąg dalszy dokumentu ze strony poprzedniej)]
Numer Repertorium [ODRĘCZNIE] 4829/49
Poświadczam dosłowną zgodność tego odpisu z okazanym mi
oryginałem, z tym, że w wierszu 7 od góry dopisano "przywiązanym" za skreślonym "[nieczytelne]"
Wymierzono i pobrano opłatę skarbową według cz. I. Tabeli opł.
skarb. poz. 2 [ODRĘCZNIE] zł 25 i kwotę tę zapisano pod poz. [ODRĘCZNIE] 5094 /49
wykazu wpływów na dochód Ministerstwa Skarbu, należytość no-
tarialną z §§ 21 i 26 rozp. o wynagr. notar. w kwocie [ODRĘCZNIE] 60 zł.
Wrocław, dnia [ODRĘCZNIE] siedemnastego października
roku tysiąc dziewięćset czterdziestego dziewiątego ([ODRĘCZNIE] 17.10.1949)
[PIECZĄTKA, okrągła] IGNACY JAKUBIEC NOTARIUSZ WE WROCŁAWIU [pośrodku orzeł]
Jakubiec
JAKUBIEC
NOTARIUSZ
[DOKUMENT: potwierdzenie nadania pocztowego]
SENDER FAS PARCEL ADDRESSEE AMOUNT
000356 £ s. d.
Mr. A. Faszynkieder, H/HP Ludwik Faszynkieder,
Chippenham C. Camp, ul. Nowowiejska 9 m.2,
nr Ely, Krakow,
Cambs. Poland 5 4 0
[PIECZĄTKA] POLIMEX CO. LTD.,
3, THURLOE PLACE, LONDON, S.W.7.
(OPPOSITE B[ROMPTON] [nieczytelne] ORATORY)
[znaczek pocztowy z głową króla, wartość "2"]
Potwierdzenie nadania pocztowego
z Anglii do Krakowa
[DOKUMENT: Świadectwo przemysłowe (papier uszkodzony, białe plamy/ubytki)]
№ [ODRĘCZNIE] 191 W MIEJSCOWOŚCIACH KLASY IV.
ŚWIADECTWO
PRZEMYSŁOWE
DLA
PRZEDSIĘBIORSTWA PRZEMYSŁOWEGO
KATEGORJI VIII
NA ROK 192[5]
tysiąc dziewięćset dwudziesty [ODRĘCZNIE] piąty [ODRĘCZNIE] 4x5[?]
CENA MAREK 20.000 [przekreślone]
Cena pomnożona przez wykładnik podwyżki, wzgl. zniżki ....................
na rzecz związków komunalnych .......... [ODRĘCZNIE, nieczytelne]
DODATKI: na rzecz Izb handl. przem. i rzemieśl. ..........
na rzecz szkół zawodowych ..........
Razem [ODRĘCZNIE] 5 zł. 30
Rodzaj przedsiębiorstwa: [ODRĘCZNIE] szewstwo
Właściciel przedsiębiorstwa: [ODRĘCZNIE] Antoni Faszynkieder
Miejsce wykonywania przedsiębiorstwa: [ODRĘCZNIE] Chodaczów[?]
Ważne do dnia [ODRĘCZNIE, nieczytelne - uszkodzenie papieru] 192[5] r.
KASA SKARBOWA w [nieczytelne, uszkodzenie papieru]
[ODRĘCZNIE, nieczytelne] dr. [nieczytelne] 13 [nieczytelne] 192[5] r.
Rachmistrz: [PODPIS: nieczytelny] Skarbnik: [PODPIS: nieczytelny]
Wzór № 35.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
[DOKUMENT: Świadectwo pracy czeladnika szewskiego, wystawione odręcznie, z naklejonym znaczkiem opłaty stemplowej]
[PIECZĄTKA: znaczek skarbowy — orzeł w owalu, napis "OPŁATA STEMPLOWA"]
Świadectwo
Podpisany majster przemysłu szewskiego
poświadcza że Antoni Faszynkieder pracował
w mej pracowni jako czeladnik szewski
od dnia 10 Marca 1918 do 31 Marca 1920 roku
przez przeciąg czasu tego zachowywał się
wzorowo i moralnie na własne żądanie
pozostaje zwolnionym.
[nieczytelne, ok. 5-6 słów — słabo widoczna, zatarta linia tekstu]
[ODRĘCZNIE, lewy margines — brzeg kartki urwany, początki wierszy brakują]
Towarzystwo Rękodzielni[ków] Józef Faszynkieder
w Sędziszowie poświadcza majster szewski
powyższe świadectwo
w całej osnowie
Sędziszów dnia 5 Kwietnia
1920 r.
[PODPIS: nieczytelne]
[PIECZĄTKA: owalna, napis "TOWARZYSTWO RĘKODZIELNIKÓW" (dalsza część pieczęci ucięta brzegiem kartki, nieczytelna)]
[DOKUMENT: Zaświadczenie wojskowe (Kompanja kolejowa), maszynopis]
Kompanja kolejowa Kraków, dnia 13.listopada 1922.r.
[nieczytelne, słabo widoczny druk formularza w tle — przebitka/prześwit z innej strony]
ZASWIADCZENIE
Niniejszem zaswiadcza się, że kapral FASZYNKIEDER Anto-
ni pracował jako kierownik warstatu szewskiego I.Baonu Kolejowego
od dnia 20.maja 1921.r. do dnia 15.listopada 1922.r.-
Wymieniony wykonywał roboty w zakres szewstwa wchodz
dzące,tak dla oficerów,jak i szeregowych ku zupełnemu zadowole-
niu swych przełożonych.-
Zachowanie jego przez cały czas służby wojskowej
było nienaganne i pod każdym względem wzorowe i moralne.-
Niniejsze zaswiadczenie wydaje się z powodu zwolnie-
nia wymienionego do rezerwy jako rocznik 1900.-
Dowodca 2/I.Kompanji kolejowej;
i Zarządca Warst.Szewskich I.B.Kol.
Dowódca kompanji //
Porucznik.
[DOKUMENT: Tymczasowe zaświadczenie o odznaczeniach, 310 Basic Unit P.R.C., maszynopis; w tle słabo widoczna przebitka/prześwit tekstu innej strony — nieczytelna]
310 Basic Unit P.R.C.
Chippenham Camp
Dnia 12 kwietnia 1948 r.
TYMCZASOWE ZASWIADCZENIE
---------------------------------
Stopien: Sierzant Nazwisko i Imie: FASZYNKIEDER Antoni
Rocznik i Nr.Ewid: 1900/7/III Upowazniony jest do noszenia:
--------------------------------------------------------------------
Rodzaj Odzhaczenia Podstawa nadania
--------------------------------------------------------------------
Wr.1948 KRZYZ WALECZNYCH poraz pierwszy Rozk.Pers.Oddz.Likw.2 Korp.Nr.22/48
Wr.1946 MEDAL WOJSKA poraz pierwszy Rozk.Pers.2 Korp.Nr.165/46
Wr.1947 Medal Wojska poraz drugi Rozk.Pers.Odz.Likwid.2 Korp.Nr.10/4[?]
Wr.1947 Medal Wojska poraz trzeci -"- -"-
Wr.1947 Medal Wojska poraz czwarty -"- -"-
Wr.1946 Brytyjski Medal Wojny/War Medal Rozk.Dtwa 2 Korp.Nr.111/46
[PIECZĄTKA, okrągła: D-TWO ARTYLERII 3. DYW.[?] ... KARPA[CKIEJ] — reszta nieczytelna]
[PODPIS: nieczytelne] -Rplk
Dowodca 310 Basic Unit P.R.C.
[DOKUMENT: Zaświadczenie o zakończeniu służby, Polskie Siły Zbrojne, formularz drukowany z wpisami maszynowymi i odręcznymi]
Nr...52[?]9
[PIECZĄTKA/GODŁO: orzeł w koronie]
POLSKIE SIŁY ZBROJNE
ZAŚWIADCZENIE
O ZAKOŃCZENIU SŁUŻBY
[w tle, jasnym drukiem — nieczytelny tekst zabezpieczający, prawdopodobnie "Sierż. Faszynkieder Antoniego"]
Stwierdzam,że .........1900/7/III.....sierzant........
Nr ew.P.S.Zbr. Stopień
Antoni FASZYNKIEDER
.........................................
Imiona i nazwisko
służył w POLSKICH SIŁACH ZBROJNYCH
pozostających pod DOWÓDZTWEM BRYTYJSKIM do dnia..
..30./10./194.6..r.
Londyn,dnia 12./11/1947 SZEF GŁÓWNEJ KOMISJI LIKWIDACYJNEJ
POLSKICH SIŁ ZBROJNYCH
[PIECZĄTKA: okrągła, w otoku "...GŁÓWNEJ...POLISH LIQUID[ATION]...ARMED FORCES", w środku napis "PIECZĘĆ" — częściowo nieczytelna]
[PODPIS: nieczytelne]
z.r.................
Stolarczyk kpt.
C.B.H. 14224 - Wt. 26819 - Dd. 4498-108.000-9/47
[DOKUMENT: Karta ewidencyjna / kwestionariusz osobowy żołnierza, maszynopis z wpisami odręcznymi/maszynowymi; w tle słabo widoczna przebitka innego tekstu]
[PIECZĄTKA, ukośna, prostokątna: Centralny Zakład Ubezpieczeń Społecznych — Oddział we Wrocławiu — OTRZYMANO DNIA 2[?].LIP.1965 — L.dz. ... — Zał.]
1/ - Stopień sierzant zawod. Nr.ewid.K.U.nr.3...........
2/ - Nazwisko F A S Z Y N K I E D E R Nr.Army Book..............
3/ - Imiona Antoni
4/ - Data i miejsce urodzenia 31.5.1900 r.
- gmina Gora Ropczycka
- powiat i woj. Debica
5/ - Imiona rodziców:
- ojca Jozef
- matki Aniela Zach
6/ - Stan rodzinny zonaty
7/ - W razie wypadku zawiadomić:
8/ - Język macierzysty polski
- Narodowość polska
- Wyznanie rzym-kat.
9/ - Przydział ewidencyjny 1 Batalion Strzel.Karp.
10/ - Przebieg służby wojskowej w Wielk.Bryt.od 20.9.1940 r.
--------------------------------------------------------------------
Data RODZAJ ZMIANY
--------------------------------------------------------------------
17.9.1940 Wstąpił do Armii Pol.
23.9.1940 Wcielony do 1 p.s.k.do komp.dowodz. Rozk.dz.nr.104/40
20.9.1940 Zweryfikowany w stopniu kaprala rezerwy
z dn.17.9.1940 na podst.leg.osob.nr.514/6
wydanej przez D-cę P.P.w Stanisławowie.
15.1.1941. Przeniesiony p.k.wzgl.do 1 Baonu S.K. Rozk.dz.1 p.s.k 8/41
16.1.1941. Zgłosił sie w 1 Baonie S.K.do komp.dow. Rozk.1Bn.S.K.2/41
1.3.1943 Zaliczony do grupy podofic.zawod. Rozk.1.B.S.K.nr.46/43
21.3.1944 Awans do stopnia rzeczyw.plutonowego zawod. 1 Bn.S.K.19/44
15.1.1945 Przesuniety do komp."sparcia. 1 Bn.S.K.26/45
1o.11.1945 Przesuniety do komp.dow.jako podof.poczt. 1.Bn.S.K.143/45
1.5.1946. Awans do stopnia rzeczyw.sierzanta zawod./zołd plut./
1 Bn.S.K.51/46
31.1o.1946 Zaciągniety do P.K.P.R.
POBYT NA FRONCIE
19.8.1941 - 22.3.1942 Kampania Libijska Rozk.1 B.S.K.nr.108/43
13.12.1943-2.5.1945 Kampania Włoska Rozk.dz.1 Bn.S.K.nr.32/46
ODZNACZENIA I POCHWAŁY
5.1.1943 Pochwała D-cy Baonu. Rozk.1 B.S.K.nr.3/43
19.3.1945 Brązowy Krzyż Zasługi z Miecz. Rozk.1 Bn.S.K.nr3[?]/45
Gwiazda za Wojnę )
26.1.1946 "- - "Afryki } Rozk.1 BSK.nr.59/45
2- - " Italii }
25.5.1946 Medal Wojska po raz pierw. Rozk.1 Bn.S.K.nr.60/46
[PIECZĄTKA, okrągła: orzeł, w otoku "1 BRYG. STRZELCÓW KARPACKICH — D-TWO" — reszta nieczytelna]
Za zgodnosc : Adjutant 310 Basic Un.
[PODPIS: nieczytelne] kpt.
[DOKUMENT: Stwierdzenie braku dodatków rodzinnych, maszynopis z wpisami odręcznymi; w tle słabo widoczna przebitka innego tekstu]
=====================
Nr.Sprawy..................
STWIERDZENIE
============
Na prośbę [ODRĘCZNIE] Sierż. Faszynkieder Antoniego
/stop.wojsk.lub kat.płacy, nazwisko i imię/
z dnia [ODRĘCZNIE] 12.4.48r......... stwierdzam na podstawie dokumentów
personalno gospodarczych posiadanych przez tut.Oddział, że
wyżej wymienionemu, w czasie jego służby w Oddz. Wojska P.S.Z.
lub administracji Wojska P.S.Z. pod Dowodztwem Brytyjskim - nie
były przyznane i wypłacane dodatki rodzinne na rodzinę wyszcze-
gólnioną w drugostronnym oświadczeniu / w rubr. 4 i 6/.
[PIECZĄTKA, okrągła, zatarta: [...]TERII 3. DYW.[?]... — nieczytelna]
[PODPIS: nieczytelne]
D a t a: [ODRĘCZNIE] 12.4.48r. /Dowódca Odz.Kmdt.Kier.
zakł. i.t.p./
[ILUSTRACJA: fotografia pocztówki — model kopca w formie piramidy otoczonej drzewami, ludzie wokół]
MODEL KOPCA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO NA SOWIŃCU W KRAKOWIE
Pamiątkowa karta pocztowa
z adnotacją dziadka dotyczącą uczestnictwa
w sypaniu kopca Józefa Piłsudskiego
[ILUSTRACJA: odwrocie karty pocztowej]
[ODRĘCZNIE, nieczytelne] dnia [nieczytelne] 1935r. Jadwiga i Sty[?]ka
[nieczytelne, ok. 2-3 słowa] ... [PODPIS: Faszynkieder]
KOMITET BUDOWY KOPCA
JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO
[PIECZĄTKA, prostokątna: 5. [nieczytelne] 193[?] — data]
WYDZIAŁ WYKONAWCZY
w KRAKOWIE
Naśladownictwo zastrzeżone. Wydawnictwo Wydziału Wykonawczego
Komitetu Budowy Kopca Józefa Piłsudskiego
[ODRĘCZNIE — cała strona]
[DOKUMENT: List Antoniego Faszynkiedera z Chippenham do brata, 30.12.1947]
Faszynkieder Chippenham d. 30.12.47r.
Chippenham C.Camp
r. Ely, Cambs.
England Bracie!
List Twój zdnia 21.12.47r. otrzymałem dziś,
Czytam go [ODRĘCZNIE, wstawka nad linią: już] piąty raz i nie moge go zrozumieć, dlaczegoś
mi tak napisał, że list mój sie Tobie niespodobał. Ty
sie starasz całej rodzinie pomóc, a tu nikt nie zadowolo-
ny. Niewiem czy mam cie przeprosić, czy sie oburzyć na
Ciebie? Czy mój list dobrze przeczytałeś no i jak jego
zrozumiałeś? Czemże Cie uraziłem? Jezeli pozwolisz sie
nadal nazywać Bratem to Ci tak napisze. Nigdy nie
miałem prawa i niemam, żadać dla siebie czy rodziny
jakiej kolwiek pomocy od Ciebie. A jezeli taka pomoc
przestałeś to jestem Ci bardzo wdzieczny i bardzo Ci
za nia dziekuje, Tymsamym zobowiazałeś mnie do
mywdzieczenia [ODRĘCZNIE, na marginesie: żenia] Ci sie zato. Bracie zobowiazuje Ci sie
w miare moich możliwości czems ze ta pomoc mynadgro-
dzić, napisz mi tylko co i komu wystałes, Abo nie
bede mógł [nieczytelne] to choć częściowo postaram Ci sie
mywdzieczyć. Piszesz mi dalej tak, ja niejestem minist-
rem ani Senatorem, [ODRĘCZNIE, wstawka nad linią: nieczytelne] Powiedz mi co to ma za znaczenie?
Ja pisałem do starszego Brata, aby sie pozalić, aby
sie poradzić i aby pare słów braterskiej pociechy od
niego otrzymać, ja do ministra nie pisałem Bracie
i niewiesz jak bardzo mie zraniłes temi słowy.
Niemasz mojej goryczy, bo Cie to nieinteresuje a ja
może wiecej serca pragnałem, anizeli pomocy mater-
jalnej, [nieczytelne]lisz sie bardzo wocenie mego listu, Zdaje
sie czy i Henrysia podobnie tego nie odczuła.
Jezeli pamietasz moje listy to może sobie przypominasz
że wjednym znich tak Ci napisałem, w sprawie mojego wy-
jazdu do Ameryki, abyś nierobił wydatkow niepotrzebnie,
bo ja [SKREŚLONE: znam] [ODRĘCZNIE] wiem jak ta sprawa wyglada, a ja potem do smierci
niemógłbym Ci sie wypłacić. Wiec dlaczego mi tak napisałes
że Ty jesteś tylko szefem. Czy uważasz mie za czlowieka
lekkomyślnego, ktory niezdaje sobie z całości sprawy?
[ODRĘCZNIE — cała strona]
[DOKUMENT: dalszy ciąg listu Antoniego Faszynkiedera z Chippenham (30.12.1947) oraz kartka pocztowa od Władysława Burakiewicza do dziadka]
Ja Przeszedłem bardzo ciężka a trudna szkołe życia i nauczy-
tem sie patrzeć na swiat, na taki jaki on jest. Ale sądziłem
przeciez, że choć do rodzonego brata moge sie uzalić?
Niestety i tu mie spotkał zawód, i z tym sie pogodze
Bardzo Cie przepraszam, i postaram sie abym Cimiej
takimi rzeczami ktory niezasmucał.
Na zakończenie Bardzo dziekuje Twojemu
Synowi Henrysiowi za nadesłane mi Zyczenia Swiąteczne
Zarazem przesyłam Wam Wszystkim Serdeczne
Zyczenia Noworoczne Byście wzdrowiu i Szczęściu
przezyli ten nowo rozpoczynajacy sie rok Panski 1948.
brat Antoni
[ILUSTRACJA: fotografia kartki pocztowej, pismo odręczne]
[DOKUMENT: Kartka pocztowa od Władysława Burakiewicza do dziadka]
Wrocław 3/10 47.
Kochany Antosiu.
Pisze do ciebie pare słów i chciałbym
dowiedzić co słychać nowego koło ciebie
i czyś zdrów. Antosiu ja dostałem urlop
i mam teraz czas, wobec tego chciałbym
sie odwiedzić, i zapomniałem na której
stacje do ciebie sie wysiada. prawdziwie ty
mie mówiłeś ale ja zapomniałem, i dlatego.
zwracam sie do ciebie jezeli byś mógł
mie[?] niesprawiało trudności to napisz mi
na której stacje mam wysiąść. Pozdrawiam:
[PODPIS: W.[?] Burakiewicz[?]]
Korespondencja Władysława Burakiewicza do dziadka
[DOKUMENT: List Antoniego do Wuja, maszynopis; uszkodzony/przycięty lewy margines — brak pierwszych liter części wierszy]
3: KOCHANY WUJU !
List Twoj jak i gazety otrzymalem za ktore Ci serdecznie dziekuje.
Cieszy mnie to ,zew tak podeszlym wieku trzymasz sie jeszcze
dzieki Bogu dobrze,a przytymod czasu do czasu i mojej sprawy przypil-
nujesz,zaco Ci bardzo dziekuje.
Wladzio mi doniosl,ze poczynil starania u osobistosci wplywowych
bym mogl predzej uzyskac wize na przyjazd do Ameryki.
Codomnie zdrow jestem dzieki Bogu pracujac nadal na poczcie obo-
zowej wyczekuje z dnia na dzien co nastepny za nowosc przyniesie.
Bardzo ciezko jest zyc w takiej nieokreslonej sytuacji,zdaje sie
ze gozej anizeli na froncie, bo bez jutra i celu.Ale zdajac sie naWole
Boga czeka sie co los przyniesie.
Wuju czytajac Twoje listy zastanawia mie to co sklania Cie do tego,ze tak
zwalczasz Kosciol Rzymsko Katolicki,ksiezy,biskupow ,Papierza i Jego
metody nauczania. Wybacz mi Wuju mojej smialej ciekawosci a moze i
moim uwagom, ale pochodza one ze serca i spokojnej a chlodnej oceny.
Jak wierz Wuju i ja dobiegampiedziesiatki , choc moze nie tak
wyksztalcony abym mogl wszech stronnie wszystko oceniac ale dosc bogato
doswiadczo ny w przezycia. Zwiedzilem wiele krajow w Europie, Azjii a
nawet w Afryce, przygladalem sie roznym ludziom, ich religjia, czy wia-
rom jak ta kto woli no i mialem moznosc porownania ich religji z moja,
i wybacz ,ze Ci tak napisze. Gdzie siegnela nasza religja Rzymsko Kat.
izakorzenil sie jej wplyw tam byl rozwoj kulturalny, moralny i gospodarczy
czego chocby jaskrawy przyklad u Arabow w Libanie. Widzialem podobne w
Turcji i wiele innych.
Tak jak kazdy zwiazek ma i musi miec swoich przywodcow tak iten
ktorym jest nasza religja ma w osobach ksiezy, biskupow i Papierza swoich
przywodcow ktorzy go prowadza. Niemam zamiaru bronic zlych jego przeds-
tawicieli, bo chistorja kosciola zna,ze i Papierze byli zli,ale sam kos-
ciol jako calosc nie byl i nie jest zly, i nie dowod ze wszystko tej
instytucji jest zle wraz zprzywodcami.
Wuju Ojcowie Twoi zyli w tej wierze a ja ich wnuk bylem przy ich
smierci widzialem jak majac ta prosta wiare zegnajac sie z nami i blo-
goslawac nam ze spokojem umierali. Dlaczego Ty jako ich syn inaczej po-
stepujesz? Czy Ci kosciol lub ksieza jakas straszna krzywde wyzadzili ?
Jeżeli sie nie obrazisz Wuju to mi odpisz co jest powodem Twojej nienawisci.
Uwazam,ze Cie nie dotknolem swoja ciekawoscia, dlatego prosze Cie
opisz mi to obszerniej.
Na zakonczenie zasylam Tobie oraz calemu Twojemu domowi serdeczne
pozdrowienie i ucalowanie, ucaloj takze ciocie Marysie odemnie.
Twoj siostrzeniec Antoni.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
[DOKUMENT: List Antoniego do Henryka Faszynkiedera, po angielsku, odręczny]
13. 2. 48.
Dear Henryk,
I forwerded back to you my affidavit
as I have resigned to emigrate to the United
States.
The reasons of my resignation are, the following
I do not see any chanses to go there
earlier than after some years.
I decided to return to Poland in
spite of that I do not know what would be
happened there. Rather I am afraid about my future
there but unfortunately, owing to the condition
I am obligate to go there.
I thank you very very much indeed
for all your help, and troubles to take me to the
United States of America, and by this occasion,
I should like to ensure you that I shall
be for ever much obligate to you.
Will you please do accept my best
wishes of full happines in your future life. Be
good thoughts about me and if you will wish to
write to me send please all letters on the address
of my daughter (Wotowa) where probably I am
going. My best shake of the hand
Your very sincerely
Uncle
Antoni.
List do Henryka Faszynkiedera - bratanka w którym dziadek mówi o zwrocie affidavit'u
umożliwiającego wjazd do USA oraz swojej decyzji powrotu do Polski
[DOKUMENT 1: Poświadczenie notarialne, maszynopis, kancelaria notarialna w Bursztynie, 1927]
[PIECZĄTKA:]
Z kancelarji notarjalnej
STANISŁAWA GABRYSZEWSKIEGO
w Bursztynie.
Poświadczenie
Poświadczam niniejszem,że p.Antoni Faszynkieder zdeponował u mnie
kwotę dziewięćset sześćdziesiąt / 960 /złotych,celem wydania ta-
kowych p.Janowi Jadachowi natychmiast po podpisaniu przez niego i
p.Michała Banasia kontraktów zdolnych do intabulacji odnośnie do [SKREŚLONE: xxx]
sprzedanej przez p.Jana Jadacha nieruchomości zwanej " Kółko " w
Łukowcu wiszniowskim.
Bursztyn ,dnia 28 marca 1927.
[PODPIS: Gabryszewski]
[DOKUMENT 2: Uchwała Sądu grodzkiego, Bursztyn, 1931, maszynopis]
Sąd grodzki Oddział III.
Bursztyn,dnia 12/9.1931.
Lcz.E.B.24/30.
A [ODRĘCZNIE] (:66/17:)
(:419/31:)
Uchwała.
W sprawie spadkowej po bp.Eljaszu Feintuchu zmarłym we Wie-
dniu 7/5.1917.po przeprowadzeniu dochodzeń - zatwierdza [ODRĘCZNIE: się] przedłożony
kontrakt kupna i sprzedaży z daty Bursztyn, 2/7.1920.G.326/20.imieniem
powyższej masy w całej osnowie.
Zarazem na podstawie powyższego kontraktu kupna i sprzedaży
z daty Bursztyn 2/7 1920.G.326/20.i arkusza zgłoszeń l.37.gm.kat.Łuko-
wiec wiszniowski zarządza się :
wpis prawa własności 2/4 części realności obj.whl.884.gm.kat.
Wiszniów składającej się z pgr.lk.2074/1 w miesjce Eljasza Feintucha na
rzecz Zofji Ziemiańskiej.-
Eugeniusz Lonkiewicz
Należyte [nieczytelne] postwierdza[?]
kierownik kancelaryi:
[PODPIS: nieczytelne]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
[DOKUMENT: List do "Pana Faszynkiedera" (dziadka), po polsku, odręczny, z dopiskiem na lewym marginesie; w tle słabo widoczna przebitka drukowanego tekstu]
[ODRĘCZNIE, dopisek pionowy wzdłuż lewego marginesu, w większości nieczytelny]
[nieczytelne, ok. 20-25 słów, pismo pionowe wzdłuż lewego marginesu]
Anglia d. 6.7.1948
Szanowny Panie Faszynkieder!
Za list tak serdeczny i zadoręczenie
paczki mej siostrze serdecznie dziękuję. Cieszę się barzo
że Pan dotarł do swoich i jest już w Polsce. Naprawdę Pan
jest szczęśliwym człowiekiem, gdyż jest Pan już razem
z rodziną i w swojej Ojczyźnie. Tu z tymi Anglo-
germańcami to nie można się dogadać a w dodatku
na własnej skórze żeśmy się przekonali. Nasza przy-
szłość jest w Polsce, bo i dziś w Polsce są lepsi ludzie jak
dawniej, bo wojna nas nauczyła cierpnie[?] i wzajem-
nie się nauować. A jak było brak Polakowi tego braterski-
ego i koleżeńskiego ciepła. A i teraz nie możemy liczyć
na nikogo tylko na własne siły i oparci o silnego
sąsiada. Ja sobie wyobrażam co za radość sprawił Pan
swej Żonie i dzieciom, przedstawiając się we własnej
osobie jako Pan Sthinger[?]. Jeszcze raz Panu dziękuję za
doręczenie paczki i proszę wstąpić do mej siostry, kiedy
Pan będzie w moim mieście. Tak, tak, bywa na świecie,
że krótko myśmy się znali a tak serdecznie ten
czas, i spędzone chwile powstały w pamięci, takich
kolegów i ludzi się zrozumienia, bywa na świecie
bardzo mało. Ot. 19.6.m. nasz obóz się likwiduje i r[obi]
się nieprzyjemna atmosfera. Kończę przesyłam mile
i serdeczne pozdrowienia dla całej Rodziny i polecam
opiece Bożej. Szczęść [Boże]
[PODPIS: nieczytelne]
P.S.
[Poz]drowienia od. chor.[?] Prot.[?] Władzia Sawik. Robicia[?]
Ferudskiego[?], for.[?] Ceurg[?], Miucin[?] ma jutro list do pan pisze[?]
A co jest ze Sadziseckiem[?] Andrzej[?]: Przypuszczam że go szuka[?]
Napisano[?] Panu sobie, już noge więpywra[?], kotlet i flaszki
[nieczytelne, ok. 4 słowa]
Komentarz końcowy
W „Życiorysie" dziadka nie ma faktów wymyślonych. Prawdą jest, że w paru miejscach coś niecoś dodałem, ale tylko po to by tekst miał w miarę jednolity charakter. Były niedomówienia jeżeli chodzi o kilka zdarzeń. Największy problem wyniknął ze znalezieniem miejscowości gdzie dziadek spotkał się z Zawiadowcą. W końcu umieściłem to zdarzenie na chybił trafił w Rzeszowie. Mimo, że przynajmniej dwa razy słyszałem to opowiadanie... albo nie była wymieniona miejscowość, albo była a ja jej nie zapamiętałem. Jak chodzi o zdarzenie przy szocie we Włoszech, gdy zapytałem dziadka - co skłoniło go do niedopuszczenia do zabicia Włocha odparł: „Żal mi go było był taki beztroski a i rano myślałem o domu, rodzinie i swoim synu"... Potem jeszcze dodał: „Życie ludzkie nigdy dla mnie nie było nic nie warte... każdego człowieka". Mówił też: „ Tyle razy minowałem albo rozminowywałem różne pola, rowy, dojścia do mostów, drogi itp, ciągle z pełnym wozem min jechało się tam i z powrotem - jeden pocisk czy kula wystarczyły aby to wszystko rozniosło nas w drobny mak - było jednak to przysłowiowe szczęście. Wracając jeszcze do pamiętników: Mogą oczywiście w nich być pewne błędy w nazwach miejscowości arabskich czy włoskich czy nawet w nazwiskach ludzi, gdyż są pisane czasem bardzo niewyraźnie. Można jednak tekst porównać z jego tłumaczeniem. Nieraz trudno też zorientować się czy jest napisana litera „o" czy „a", „n", „u" czy „m"
Nazwy miejscowości włoskich najlepiej poprawiłby jakiś Włoch. Być może jeszcze będę miał taką możliwość przed wydaniem książkowym niniejszej pracy. Dla orientacji i czytających wystarczy dokładna mapa Europy, Bliskiego wschodu, północnej Afryki i Włoch oraz odszukiwanie tych wszystkich miejscowości i kreślenie szlaku marszu dziadka i naszych żołnierzy. To przy odrobinie wysiłku może zrobić każdy.
Sprostowania
W Zeszycie Nr 5, strona 24, na zdjęciu przedstawiającym „młodych łukowian" pomyłkowo wpisałem Tadeusz Malec zamiast Józef Malec. Także na str. 30 pisząc o zabitej żydowskiej rodzinie napisałem rodzina Dudziów tymczasem była to rodzina Lejdów. Uwagę zrobił mi też pan Wojciech Janusz, uczestnik Samo-obrony i AK. Widziałem jego dokumenty i potwierdzam, że niedawno otrzymał jako kombatant stopień porucznika. Za wszystkie błędy przepraszam.
Finanse
Koszt druku 5 numeru „Zeszytów" wynosi 1000 zł (bez liczenia moich dopłat) Otrzymane datki za 5 nr Zeszytów to kwota 1125 zł. Dziękuję pani Dudzic z Wrocławia pani Kurpisz ze Zgorzelca panu Piechucie z Żar panu Mokrzyckiemu z Wykrotów, Sebastianowi Burdzemu, Danucie Pryjda z Bogatyni Panu Tadeuszowi Malcowi z Chomiąży i pani Marcie Polak - Burza z Komorowa za największe 50 zł opłaty (w jednym przypadku kwota 100 zł).
W lutym w trakcie przygotowywania do druku niniejszych numerów Zeszytów otrzymałem od anonimowej osoby z Francji przekaz pieniężny o wartości 300 euro, za który bardzo dziękuję.
Kontakty z łukowianami
Pragnę jeszcze poruszyć pewną kwestię otóż zauważyłem, że pewne osoby wolałyby abym nieco inaczej podszedł do niektórych łukowieckich problemów. Na pewno można by wszystko słodzić ale czy wtedy byłoby dobrze? - Śmiem w to wątpić. Poza tym ludzie jak ludzie składają się z dobra i zła. Każdy więc miał coś, że tak powiem, za nosem. Jednak nie jest moim zadaniem dyskredytować tu ludzi a nawet nie mam zamiaru pisać za dużo o ludzkich słabościach, bo i po co. Choć, tam gdzie się charakteryzuje człowieka należy oprócz jego wspaniałych cech napisać i o jego gorszych stronach. Bo przecież takim jest każdy z nas. Ludzka natura jest w zasadzie niezmienna. Gdy raz zapytałem moją mamę jak było przed wojną z moralnością - czy ludzie byli lepsi? - Ona po namyśle odpowiedziała, że było podobnie. Choć mniej było rozwodów i mniej mówiło się o wielu sprawach, tak zwanym uświadomieniu i tak ludzie postępowali podobnie. Myślę, że nasze społeczeństwo pod wieloma względami jest ba-
rdziej rozpasane niż nasi przodkowie tym niemniej te same problemy nas nurtują i mamy podobne marzenia i pragnienia.
Spotkania kontakty
Nawiązałem telefoniczny kontakt z panem Tomaszem Tomkiewiczem z Poznania byłym mieszkańcem Bukaczowiec - To położone niedaleko Łukowca miasteczko, w którym mniej więcej po jednej trzeciej zamieszkiwali Polacy, Ukraińcy i Żydzi jest systematycznie odwiedzane przez byłych Bukaczowian i ich potomków. Pan Tomkiewicz redaguje też gazetkę „Głos bukaczowiecki" w której ludzie wspominają tak jak i my dawne dzieje swojego miasteczka. Namiary na nas panu Tomkiewiczowi przekazał pan Andrzej Jabłkowski były mieszkaniec Starego Dworu dziękuję mu za to. Po przeczytaniu przekazanej mi gazetki bukaczowieckiej uderzyła mnie jakaś zażyłość Bukaczowian w stosunku do siebie, rodzinna atmosfera, a także ich urzeczenie Kresami. Piszą o swoim mieście i o Kresach jak o przedsionku raju - jak to kiedyś opowiadał mi pan Śliwiński o tarnopolskim. Wszystko tam jest cudowne a Prut i Czeremosz mruczą jak żywe istoty. Pan Tomkiewicz miał ma Łukowcu rodzinę, ale nie pamięta jak nazywała się ta j ego ciocia, którą odwiedził kilka razy gdy był bardzo małym chłopcem. Pamięta, że mieszkali koło kościoła. Wujek był wysoki a ciocia o imieniu Salomeą, malutka. Gdyby ktoś zorientował się o jaką rodzinę chodzi proszę o informację. Bardzo mocno zainteresowany jest także naszymi „Zeszytami" pan Tadeusz Piechuta z Lubina i pani Dżudzie z Wrocławia oraz rodzina Kurpiszów ze Zgorzelca. Nie zastał mnie pan Dziuba z Gryfina w zachodniopomorskim, który przejeżdżał kiedyś przez Lubin i chciał porozmawiać. Ostatnio widziałem się także z mieszkającym w Chocianowie panem Marianem Majewiczem mieszkańcem Kochawiny. Gdy zapytałem o transporty Polaków z jego miejscowości na Ziemie Odzyskane jednym tchem' wymienił mi pięć miejscowości w których osiedlili się Polacy z Kochawiny. Choć jest on rocznikiem powojenny zna historię obrazu Kochawińskiego i mówił, że kiedyś był na ślubie za Środą Śląską i ze zdziwieniem zauważył, że jest tam w jednym kościele obrazu Matki Boskiej Kochawińskiej. Chodzi o obraz w bocznej nawie kościoła w Osieku. Powiedziałem mu, że tam właśnie mieszkają ludzie z Łukowca o ten obraz jest tam z tego powodu. Innym moim rozmówca był pan Tadeusz Smereka mieszkający jakiś czas w Wawrzyńczycach. Wsi w jakimś stopniu sąsiadującej z wioskami w których osiedlili się łukowianie. Mówił, że jego stryj był proboszczem po wojnie w Zabłociu i że znał trochę łukowian. Smerekowie pochodzą z lwowskiego z miejscowości Sąsiadowice nieopodal Sambora. Nie było tam aż tak strasznie jak na Łukowcu ale także swoje przeżyli a część młodzieży była w AK i chroniła wioski polskie. Pan Smereka, powiedział że: „Kiedyś do Wawrzyńczyc przyjechał z Krakowa ksiądz na rekolekcje i opowiadał swoją historię ocalenia,, - To był ksiądz prof. Daca. - Jak to wszystko układa się w dziwną całość - jak klocki lego. Pan Tadeusz Smereka, opowiadając o powojennych czasach mówił też, że w Wawrzyńczycach był kościół katolicki i bardzo dobre relacje pomiędzy Polakami a Niemcami mieszkającymi wspólnie po przyjeździe Polaków na Ziemie Zachodnie. Siostry zakonne przy kościele - Jadwiżanki - Nie-mki lub Ślązaczki a może Polki - mówiły po polsku, były przemiłe, życzliwe i pozostały jeszcze przez wiele lat w Wawrzyńczycach. Zawsze pragnęły coś każdemu dziecku dać i to sprawiało im radość. Nosiły imiona Digna, Elekta a na najstarszą powszechnie mówiono „Mateczka". Digna leczyła, a praktycznie zastępowała lekarza. Miała różne medykamenty, stawiała diagnozy i robiła ludziom zastrzyki. Po kilku latach wyjechała do Niemiec. Siostra Elekta - prowadziła ochronkę dla dzieci oraz grała na organach w kościele. Nie wyjechała. Zmarła w Wołowie i tam została pochowana. Pierwsze wspólne święta na Ziemiach Zachodnich -jak wspomina pan Tadeusz - uzgodniono z Niemcami, że jedną kolędę będą śpiewać oni a drugą Polacy. I że ponieważ Niemcy wyjeżdżają oni zaczynają ten kolędowy przekładaniec.
Zatelefonowała też do mnie pani Kędzierska z Lubiąża - pochodzi z Hrehorowa. Jej rodzina uciekła w nowosądeckie w 1944 roku. Mówiła, że jakoś udawało im się przetrwać aż do 1944 roku, w nocy spali poza domem w schronach. Ojciec jej, który był poważnie chory na serce miał propozycję od znajomych osiedlenia się w Łukowcu, ale wybrał nowosądeckie. Bał się, że Względu na swoją chorobę, nie podoła
obowiązkom związanym z samoobroną i z conocnym czuwaniem. Pani Kędzierska to żona porucznika AK Ludwika Kędzierskiego, o którym wcześniej pisałem. Inny telefon otrzymałem od rodziny Pryjdów z Bogatyni, spokrewnionej z Wojtowiczami z Karolówki i Krawczykami z Łukowca. Pan Pryjda opowiedział mi o wrażeniach z odwiedzin Łukowca i miejsca, gdzie kiedyś była wieś Karolo wka.
Pytania i uwagi
Osoby czytające „ Życiorys żołnierza i dwa pamiętniki zadały mi kilka pytań: m.in.: zapytano mnie dlaczego napisałem, że sklep dziadka był katolicki. Moja odpowiedź brzmiała: Bo na sklepie był taki właśnie napis: „Sklep katolicki Zofii Ziemiańskiej" i czy była to reklama fer czy nie fer. W to nie wnikam, po prostu stwierdzam fakt.
Także zapytano mnie o kłótnię babci z Żydem, który miał jej pomoc sprzedać krowę - Na pewno i babcia miała jak to się mówi swój charakter i mogła Żyda obrazić czy doprowadzić nawet do szewskiej pasji, ja tego nie dociekam, gdyż nie wiem co na tej drodze doprowadziło babcię i Żyda do kłótni. Wiem, że w konsekwencji tego do szewskiej pasji doprowadzony został dziadek. - On uważał, że skoro umówił się to umowa powinna być wykonana bez względu na problemy osoby umówionej z jego żoną.
„W Anglii"
Pan Edward Sabat należał do kółka brydżowego w Starym Dworze (Faszynkieder Antoni, Martka Ludwik, Starkiewicz Stanisław - Sybirak i Sabat Edward). Lubił on dziadka, zauważyłem też, że lektura „Życiorysu żołnierza i dwóch pamiętników" sprawiła mu dużą przyjemność. Jego krótkie wspomnienie o dziadku i słowa komplementujące mnie sprawiły mi sporą satysfakcję. Tym bardziej, że pan Edward, który j est bardzo wnikliwym recenzentem tym razem oprócz zwrócenia mi uwagi na przekręcenie dwóch imion i dwóch drobnych poprawek dotyczących ostrości wypowiedzi nie miał praktycznie do niczego pretensji. Nawet stwierdził, że ja o Łukowcu to wiem już chyba
więcej niż ludzie którzy tam mieszkali. - Jest to oczywiście przesada. Gdy dzień po złożeniu u niego „Życiorysu" zadzwoniłem i zapytałem - Jak tam lektura? -Odpowiedział: „Jestem już w Anglii".
Z ostatniej chwili!
12 marca wróciłem z Głuchołaz z pogrzebu Marka Faszynkiedra. Zmarł młodo pozostawiając trzech synów w tym dwóch niepełnoletnich. Przekraczając próg domu żona poinformowała mnie o nagłej śmierci pana Edwadra Sabata!