Zeszyty łukowieckie Nr 15
Zapiski o Łukowcu, opowiadania, listy, fragment postanowienia prokuratury w sprawie Adama Burdzego. Spis mieszkańców obu Łukowców.
Zacznij czytać ↓ Oryginał PDF (11,0 MB) ↗
Tekst przepisano ze skanów i sprawdzono z oryginałem. Uwagi w nawiasach, np. [nieczytelne], są moje; telefony i prywatne adresy pominąłem. W razie wątpliwości liczy się skan (link „skan ↗” przy każdej stronie). Zeszyty są dziełem Franciszka Burdzego; o tym, co sam napisał o ich kopiowaniu, piszę w części Zgoda autora. Przycisk ▶ na dole czyta tekst na głos głosem z przeglądarki.
Numer 15
Styczeń 2006 - grudzień 2012 rok Gazeta informacyjna
Od Autora!
Kolejny Zeszyt nr 15 zdecydowałem się przygotować po stosunkowo długiej przerwie. Powód jest bardzo prosty. Pragnę dotrzymać słowa i zakończyć cykl moich opowiadań o Łukowcach - spisem mieszkanców. Na pewno nie będzie on zbyt dokładny, jednak mam nadzieję, że jakieś 90% mieszkańców obu wsi znajdzie się w tym wykazie. Kolejna sprawa to; liczba ludzi, która schroniła się na Łukowcu. Chciałem tę liczbę jakoś uściślić, dziś już nikt nie jest w stanie tego dokładnie zrobić, są tylko szacunki.
W Zeszycie Nr 15 zapoznaję czytelników z opowiadaniami pana Władysława Polaka, który jest bratem Edwarda Polaka, komendanta Łukowca. Opowiadania są interesujące głównie, dlatego, że ukazują obraz nie tylko samoobrony, lecz przede wszystkim starania łukowian o zdobycie wyżywienia - zarówno dla poszczególnych rodzin, jak i dla całej społeczności. Autor ukazuje nam działania poszczególnych ludzi oraz całej zbiorowości, jaką były Łukowce. Mówi o wyprawach handlowych, pędzeniu bimbru i uprawie tytoni, a także o działaniach mających na celu ominięcie nałożonych na wsie kontrybucji. Dzieli się swoimi spostrzeżeniami i ukazuje niedogodności i niebezpieczeństwa życia na Łukowcach. Zastanawiające jest również to, że wogóle nie operuje on nazwiskami. Z opowiadań wynika, że mieszkał koło jakiejś ukraińskiej wioski, jednak ani razu nie podaje jej nazwy, dopiero osoby trzecie poinformowały mnie, że tą wioską, przy której mieszkał pan Władysław Polak były Nowoszyny, wieś stykająca się z Łukowcem. Zastanawia mnie, czy ten brak nazwisk nie wynika z faktu, że
Wspomnienia były pisane w latach 60-tych XX wieku? Czy autor celowo nie chciał operować nazwiskami czy to taka jego maniera?
Wspomnienia pana Władysława zostały przeze mnie poprawione, tak by były nieco łatwiejsze do czytania. Są one z całą pewnością ciekawe, gdyż ukazują rzeczywistość wojny od strony stosunkowo niewielkiej i częściowo odizolowanej od świata - kilkutysięcznej społeczności. Pani Bajorskiej - Polak dziękuję za dostarczenie mi tych materiałów. Przesłane przy tej okazji odbitki zdjęć są bardzo kiepskie - zdecydowałem się je jednak umieścić w Zeszytach, gdyż przybliżają one rodzinę autora opowiadań.
Od pani Bajorskiej otrzymałem też krótki życiorys Elżbiety Polak - urodzonej w Łukowcu Żurowskim w 1933 roku - siostry rodzonej Władysława i Edwarda Polaków. Pani Elżbieta wstąpiła w 1949 roku do zgromadzenia sióstr Św. Elżbiety we Wrocławiu, przyjęła imię M. Alojzja. Jej życie to nauka, modlitwa i praca, w myśl łacińskiej formuły ora et labora ( modlitwa i praca). Swoją posługę siostry zakonnej pełniła w szpitalu im. Czerniakowskiego we Wrocławiu i przy chorych, w tym również chorych kapłanach.
Zeszyt zawiera:
1. Od autora
2. Zapiski o Łukowcu pana Władysława Polaka
3. Opowiadania „Szpulka nici", „Rodzina Maślaków" i „Pierwsza szklanka"
4. Listy, wspomnienia i zdjęcia
5 Spis mieszkańców Łukowca Żurowskiego i Wiśniowskiego
Po przejściu na emeryturę przez 16 lat pełniła rolę furtianki.
Daje się zauważyć, że rodziny Bajorskich i Polaków są dumne ze swej kuzynki, jej życia i jej pracy. Siostra Alojzja zmarła w lutym 2009 roku.
Pragnę jeszcze wspomnieć o pracy wydanej w formie książkowej napisanej przez młodzież gimnazjum w Kostomłotach pod kierunkiem nauczycielki pani Moniki Asyngier „Wspomnienia naszych Dziadków". Wspomnienia dotyczą okresu wojny i okresu osiedlania się ludności polskiej na Ziemiach Zachodnich. Jest ponad trzydzieści wypowiedzi mieszkańców gminy Kostomłoty w tym kilkanaście wypowiedzi byłych mieszkańców Łukowca osiadłych w tej gminie. Chociaż daje się zauważyć, że pytania mają w jakimś stopniu charakter sztampowy to jednak praca i tak jest bardzo interesująca, z ciekawością ją przeczytałem. Monika Asyngier jest wnuczką pana Brzusza. Praca z pewnością dała dużą satysfakcję zarówno jej jak i współautorom - młodzieży gimnazjum w Kostomłotach. Mam tylko jedno zastrzeżenie do tego materiału. Jak to się mogło stać, że w trzech czy czterech miejscach pisze się, że Łukowce to wioski małe liczące po trzystu mieszkańców?! W jednym tylko miejscu pisze się prawdę, że liczyły one około 3000 zamieszkałych osób.
Trochę miejsca zarezerwowałem też na zaprezentowanie otrzymanych listów, wspomnień i różnych spostrzeżeń dotyczących łukowian. Wśród informacji jest też wiadomość o odznaczeniu mnie „Krzyżem Czynu Zbrojnego za popularyzowanie i utrwalanie pamięci o ludziach i ich czynach w walce o niepodległość Polski podczas II wojny światowej i po jej zakończeniu". Krzyż ten otrzymałem dzięki staraniom dzierżoniowskiego Koła Kresowian, a w szczególności dzięki inicjatywie pana Kazimierza Ozgi, który wziął udział w uroczystości nadania mi tego wyróżnienia. W Zeszycie Nr 15 unieszczam też trzy opowiadania „Szpulka nici", „Rodzina Maślaków" i „Pierwsza szklanka". Wszystkie te opowiadania oparte są na faktach autentycznych. Pierwszy dotyczy zdarzenia,
które miało miejsce na Łukowcu i które opowiedział mi mój dziadek, jak miałem kilkanaście lat. Wracał też do tego wydarzenia kilka razy, tak, że ono mi się utrwaliło. Drugie opowiadanie dotyczy rodziny zamieszkałej pod Trembowlą we wsi Łozówka kolonia Iwanówka - wywiezionej na Sybir w tzw. pierwszej deportacji w lutym 1940 roku. Trzecie to wspomnienie pana Jana Kolaczka z lat czterdziestych, po zasiedleniu Ziem Zachodnich.
Spis mieszkańców Łukowca, jaki zamieszczam w końcowej części Zeszytów jak już napisałem, jest niekompletny. Tym niemniej ludzie prosili o ten wykaz - niech, więc będzie ich życzenie spełnione.
Pragnę jeszcze wspomnieć o dwóch listach otrzymanych od pani Bogusławy Dębickiej - córki Adama Burdzego i drugi od pani Pietrzak - Król - córki „Pioruna". W pierwszym liście pani Dębicka pisze, że nazwisko osoby, która doniosła na ojca, że był w AK, jest im znane. - Ojciec przed śmiercią poinformował rodzinę, że donos został mu pokazany i widział podpis mieszkańca Mieczkowa. Pani Dębicka pisze, że los tak zrządził, że uczyła dzieci donosiciela i że dzieci, jak to dzieci, dały się nawet lubić. W sercu jednak był zawsze cierń. Panią Dębicką najbardziej jednak boli próba robienia z tego donosiciela osoby represjonowanej po wojnie i pisze, że to się po prostu nie godzi.
Drugi list otrzymałem od pani Elżbiety Pietrzak -Król - córki Pioruna - pisze w nim pani Pietrzak, że konflikt ojca ze Smoczkiewiczem przeszedł ich wyobrażenie, zaczyna on przechodzić na drugie pokolenie i praktycznie końca tego sporu nie widać. Piorun jest poruszony krytycznym artykułem w „Gazecie polskiej" a pani Pietrzak pisze, że po latach, gdy ojca gloryfikowano, zaczął się dla niego okres pewnej goryczy. Na marginesie pragnę zaznaczyć, że w 2009 roku otrzymałem z Warszawy list od rodziny Kosarewiczów, o tym liście piszę w części końcowej zeszytów. Wynika z niego, że rodzina Kosarewiczów ma także poważne zastrzeżenia do pana Smoczkiewicza
Opowiadania pana Władysława Polaka o Łukowcu
Za chlebem
Rok 1941 był na naszych terenach rokiem nieurodzaju. Po zajęciu tych terenów przez hitlerowskie hordy, przyszła jeszcze jedna klęska - wylew Dniestru i innych górskich rzek. - To spowodowało w naszych stronach prawdziwe spustoszenie i doprowadziło do klęski głodu w 1942 roku.
Ciągnęły całe procesje ludzi za chlebem na tereny, gdzie można było coś kupić lub wymienić na zboże i żywność. Przeważnie ludzie wybierali się w tarnopolskie, a gdy już i tam nie było, po co jechać, zaczęli przekradać się na Wołyń. Ale gdy Niemcy na granicy dzielącej Generalną Gubernię od Wołynia zabili kilkanaście osób, zaczęto wyjeżdżać w lubelskie. Mając na utrzymaniu dużą rodzinę i po rozpatrzeniu całej sytuacji - widziałem, że posiadanego zapasu żywności nie starczy do żniw. Po prostu i ja zmuszony zostałem gdzieś szukać szczęścia. Słysząc od kilku znajomych, że w lubelskim można dobrze zamienić odzież na zboże, po prostu zdecydowałem się na wyjazd. Biorę sukienkę żony no i swoje świąteczne ubranie i ruszam w drogę. We Lwowie spotykam człowieka, który jedzie, tak jak i ja, w lubelskie z tym samym zamiarem. Jedziemy do Werbkowic, to nasza docelowa stacja. Dojeżdżamy do Rawy Ruskiej jakoś szczęśliwie. Na stacji pełno ludzi czekających na pociąg do Lwowa. Dużo ludzi pobitych, pokrwawionych zapłakanych, bo Niemcy na stacji odebrali towary, które z ciężkim trudem przywieźli na plecach (po 30 kg i więcej). Nawet kawałki chleba musieli oddać, a kto się nie spieszył, ten dostawał pałki i kolby karabinowe. Po opuszczeniu stacji, trochę pieszo, a trochę wąskotorówką dostajemy się do Werbkowic. Na miejscu zamieniamy wszystko i spieszymy się, bo robi się wieczór, a na nocleg nikt cię nie przyjmie, bo wpada gestapo i aresztuje wszystkich. Powodem takiego postępowania jest działalność partyzancka
na tych terenach. Jeden z tamtejszych handlarzy-spekulantów wybiera się do Lwowa, namawia nas do wspólnej jazdy. Ja z 30 kg pszenicy na plecach wyrażam zgodę, podobnie mój towarzysz.. Nad ranem jesteśmy w lesie przy jakiejś stacji. Nadjeżdża pociąg do Rawy Ruskiej, wsiadamy do niego i jedziemy. Przed Rawą Ruską pociąg staje - nie ma wjazdu. My wysiadamy z niego, gdyż nie wiemy, jaka jest sytuacja na stacji, obawiamy się gestapo lub żandarmerii, która zabiera wszystko. Po jakimś czasie wychodzimy na drogę prowadzącą w kierunku stacji. Od stacji idzie jakiś żandarm niemiecki, uciec nie ma gdzie i kiedy, skóra cierpnie, co będzie, tyle dźwigam to zboże i może na darmo?!. Idziemy śmiało może się uda. Słyszymy -Halt! Halt! Stajemy, mówię do kolegów: „zamienił stryjek siekierkę na kijek". Niemiec pyta gdzie idziemy, co mamy, skąd to mamy? - Czy my nie handlarze? Pokazuję mu przepustkę wypisaną na wyjazd po nie-miecku z pieczątką. Czyta - pyta, dlaczego tak daleko po to zboże przyjechałem. -Tłumaczę, jak mogę, tylko zastanawia mnie, że on jakoś delikatnie z nami rozmawia i wszystko rozumie, bo widzę jak kiwa głową i stale mówi - gut! gut; Tłumaczymy, jak tylko umiemy i prosimy, żeby nas puścił. A on porozglądał się na wszystkie strony i powiada: „Dalej na razie nie idźta, tylko wleźta tam w krzaki, leżta sobie spokojnie, tylko żeby was tu, kto nie zobaczył. Bo tu niedługo przyjedzie autami gestapo i będzie zabierać zboże, a jak już odjadą to spokojnie możecie iść na stację".
Pół godziny po odejściu żołnierza słychać warkot silników, a za chwilę krzyki Niemców. Dochodzi do nas daleki płacz kobiet, którym pozabierano wszystko. Leżymy, czekamy, co z nami będzie, palimy nerwowo papierosy. Po dwóch godzinach samochody ze śpiewem „heil li! heil la" - odjeżdżają. Udajemy się na stację bez bagażu jest tam około 60 osób. Nie-którzy pokrwawieni, pobici, a wszyscy strasznie przygnębieni - dużo kobiet zapłakanych - "Ostatnią suknię dałam" - lamentuje jakaś młoda kobieta ze Lwowa, ażeby dzieciom, troje ich mam, kawałek chleba przy-
wieźć. Na trzy dni nic oprócz kawy im nie zostawiłam. Co ja teraz poradzę, a tak się cieszyły, że mama przywiezie pszenicy i na młynku do kawy na kaszę ją zmieli i ugotuje? Mąż na wojnie zabity, o Boże, co ja teraz zrobię".
Nadjeżdża pociąg, wsiadamy w trójkę. Szczęśliwie dostajemy się na stację „Podzamcze". Na stacji pełno wojska węgierskiego. Maszerują w kierunku Dworca głównego. Podchodzi do nas jeden z żołnierzy i łamanym językiem słowackim pyta, co mamy i gdzie idziemy. Po porozumieniu się z nami każe mi zdjąć worek z pleców - nadjeżdża wóz do c.k.m. kładzie na nią mój bagaż, nakrywa celtą i powiada: „Nie bój się pan, ja tobie na dworcu oddam, a ty pan idź trotuarem koło nas, to dla ciebie dobrze będzie". Na dworcu przeprowadza nas aż na górę, daje mi jeszcze paczkę papierosów, gorąco ściskam rękę człowiekowi z ludzkim sercem, a on klepie mnie po ramieniu i mówi: „Polak-Magier dwa braty". Odchodzi, a ja szczęśliwie dostaję się do domu.
Świdnica 22.I.1964 r.
Serce nie sługa
Rok 1942 - wojna trwa dalej, końca nie widać, wszystkiego zaczyna brakować. Aby coś kupić, trzeba się udać do dużych miast, tam można jeszcze coś wymienić, choć i tam niebezpiecznie, bo wszędzie jak nie banszusy to Niemcy, odbiorą towar i jeszcze pałkami przyleją albo złapią i wyślą do lagru lub na roboty do Niemiec. Jednak sytuacja zmusza ludzi do działania, ludzie kombinują jak mogą. Mając liczną rodzinę i będąc jeszcze okradzionym, zmuszony zostałem do wybrania się przed zimą na zakupy. Zmówiliśmy się we trójkę - jedziemy do Lwowa. Po ujechaniu 14 km wysiadka, bo pociąg dalej nie jedzie. Idziemy na stację kolejową, czekamy na pociąg. Podchodzi do nas znajomy Ukrainiec, no i zaczyna sobie bezczelnie drwić z nas stojących jak myszki pod miotłą spokojnie w kąciku. Ponieważ większość czekających na stacji to Ukraińcy,
nasz znajomy czuje się pewnie. Drwi sobie z Polski, wojska polskiego: "No teraz to już koniec wam niedługo będzie Lachy proklate". Wysławia Hitlera dowództwo, armię niemiecką: "To armia, to jest czołowiecze mostutnio to samo żelizo. Skończyli Polskę, Francję a teraz tylko Rosję i Anglików to i z wami Lachy koniec będzie". Odzywać się nie ma, co, bo i cóż do niego można powiedzieć. Policja ukraińska, banszusy, Niemcy, poskarży się, zabiorą i koniec u nich łatwy. Przecież widać, że to prowokator. Nie odzywamy się do niego, zmuszeni słuchać jego sarkastycznych wypowiedzi. Pomimo że mówię dosyć dobrze po ukraińsku, nie odzywam się. Po stacji przechodzi się starszy wiekiem banszus. Od czasu do czasu przystaje koło nas, gdy jeden do drugiego mówi coś po polsku. To nas zaintrygowało, co to może znaczyć, że nas tak jeden prowokuje, a drugi obserwuje. Po odejściu Ukraińca na bok zaczynamy żałować, że wogóle ruszyliśmy się z domu mówiąc do siebie, że pewnie to się źle skończy. Po trzech blisko godzinach męczącego czekania zajeżdża wreszcie nasz pociąg. Ten sam banszus zaczyna stojąc w drzwiach wypuszczać pojedynczo ludzi do pociągu. My trzej staliśmy blisko drzwi wyjściowych - przepuszcza różnych, no i nas trzech, Natomiast heroja Ukraińca zatrzymuje do końca, ze względu na duży bagaż. Nareszcie na końcu i jego wypuszcza. Wpadamy do najbliższego przedziału - pociąg i tak cały przepełniony. Stajemy w drzwiach, dalej trudno się wepchnąć. Podchodzi stary banszus no i nasz znajomy Ukrainiec. Banszus wyciąga pałkę, krzyczy po niemiecku, dlaczego nie pchamy się dalej. Staje koło nas na schodach, wali pałką stojacych obok nas, robi się wolniej, wchodzimy do środka Ukrainiec chce się też dostać, ale drzwi już zamknięte przez banszusa. Stojąc na stopniach wagonu banszus odzywa się po cichu do mnie stojącego przy oknie: "Jakoś ta dojedzieta do Lembergu - piorunie" . Słucham i nie wierzę - co polska mowa w tym znienawidzonym mundurze. Na pewno Polak - Ślązak. Myślę sobie, jak tak będzie, może przetrwmy, kiedy jeszcze są
ludzie o ludzkich sercach. Natomiast Ukrainiec uczepił się wagonu stojąc na stopniach.
Pociąg rusza. Ten sam banszus krzyczy na niego: „weg!- raus!" - Ten się nie puszcza pociągu. Banszus raz po raz wali go gdzie popadnie. Wreszcie ściąga ze stopni wagonu i leje gumą po całym ciele. Pociąg odjeżdża.
Podniesieni na duchu myślimy sobie, no człowieku masz mahutnię, ale na plecach i głowie, może cię to uleczy z pychy. Udaje się nam szczęśliwie pozałatwiać wszystkie sprawy. Na drugi dzień wracamy, jesteśmy na stacji we Lwowie. Czekamy na pociąg.
Przyjeżdża i nasz znajomy Ukrainiec. Spotykamy się w przejściu. Pytamy: Jak tam Wasyl, udało ci się przyjechać? Co słychać? Jak załatwiłeś swoje sprawy. - A on tylko: „Niech szlag trafi Niemców" i poszedł zły jak diabeł. Wracając do domu rozmawialiśmy na temat zajścia z banszusem i Ukraińcem, czuliśmy, że pomimo ciężkich warunków, w jakich znalazła się ludność polska, jednak uda się jakoś przetrwać a lżej dla nas będzie, jeżeli takich polskich serc będzie więcej.
Świdnica 25. I. 1064 r.
Wandolina
Była to miejscowość w powiecie rohatyńskim - nieduży majątek państwa Kowalewskich. Zabudowania gospodarcze jak i sam dwór znajdowały się jeszcze w dobrym stanie. Jak starzy ludzie opowiadali dwór był budowany za czasów króla Jana III Sobieskiego. Przez tę miejscowość biegła ważna droga, po jednej jej stronie był dość duży park z drzewami i krzewami ozdobnymi i dość duży sad. Po drugiej natomiast były zabudowania opuszczone przez kolonistów polskich i dość duży kawałek lasu z poszyciem. Miejscowość ta graniczyła z kilkoma wioskami ukraińskimi, dlatego też była dobrym schronieniem dla różnych band UPA. Polacy zamieszkujący tam podczas okupacji niemieckiej byli napadani i mordowani. W 1943 r. po rozgromieniu i częściowym wymordowaniu dużej polskiej wsi - bardzo starej osady, której mieszkańcy
z powodu rozdrobnienia swych gruntów zajmowali się od kilku pokoleń przeważnie tkactwem i chałupnictwem, i byli ze swoich wyrobów znani w całej okolicy. Atak na nich spowodował dużą panikę w osadach polskich i mieszanych polsko -ukraińskich, których na tych terenach była duża ilość Zaczęto pakować manatki i wyjeżdżać. Jedni do większych miast, drudzy na zachód w rzeszowskie i krakowskie, słowem, gdzie, kto mógł lub miał znajomych bądź krewnych. Natomiast Karolówka i inne osady polskie, uprzedzone przez byłego posła polskiego, choć narodowości niemieckiej Limbergera wyjechała w większości do Łukowca - dużej osady czysto polskiej. Łukowiec Wiszniewski i Łukowiec Żurowski, bo tak nazywały się dwie wsie położone były przy sobie na styku powiatów rohatyńskiego, bobreckiego i żydaczowskiego. Osady te były promem, okrętem ratunkowym dla wszystkich rozbitków, którzy uratowali życie swoje i swoich rodzin. Tak, więc wiele rodzin i uciekinierów zamieszkiwało Łukowce do końca wojny. Łukowce były dość dobrze zorganizowane, a będąc osadami dużymi, rozrzuconymi na dużym obszarze, otoczone wokół lasami, dawały schronienie uciekinierom. Polacy zagrożeni w swych wioskach, kryjąc po różnych schowkach dobytek, często pozostawiali go sąsiadom Ukraińcom na przechowanie, a wynosili się do Łukowców. Gdy okazało się, że wojna nie kończy się, część ludzi decydowała się wracać do swoich domów i o ile nie zrabowano im zapasów przywozili je na Łukowiec, gdzie żywności zaczynało też brakować.
W Łukowcu w tym czasie stała ochrona mostów kolejowych składająca się z Azarbajdżan, którzy będąc w niewoli niemieckiej, zaczęli się wysługiwać Niemcom. Po prozumieniu się z dowódcą tej jednostki i ofiarowaniu mu kilku litrów bimbru dowódca wyznaczał eskortę żołnierzy, jako konwój do danej osady. Najwięcej jeżdżono do Karolówki, gdzie odległość była dość znaczna. Wyprawa praktycznie zaczynała się rano, a kończyła wieczorem, bo nocą już powrót przez Wandolinę obstawioną przez
UPA był bardzo niebezpieczny. Pierwszy przejazd dość dobrze zorganizowany udał się. Natomiast drugi zorganizował niejaki „Kazik", który w naszej bazie znalazł się nie wiadomo skąd. Będąc osobą dość odważną i wygadaną i ochoczą do wypitki i wybitki, zyskał sobie spory autorytet wśród ludzi. Jednak jak się później okazało, był to konfident Niemców i Banderowców. Wyjechali dość próżno, długo tam zabawili. Wracając z powrotem konwój został napadnięci przez Ukraińców. Tylko dzięki temu, że Banderowcy za wcześnie zaczęli napad, ofiar w ludziach nie było, ale stracono wszystkie wozy i kilka koni. Ludzie schronili się na stacji kolejowej, gdzie stał duży transport wojsk niemieckich jadących na front. Wszystkim napadniętym udało się różnymi drogami dotrzeć do swoich domów i miejsc zamieszkania. Niektórym Ukraińcom, przechowującym polskie mienie, żal było je oddawać. Dlatego część z nich porozumiewała się z bandami i próbowała nie dopuścić do oddania Polakom ich majątku. Na Wandolinie Ukraińcy założyli stałą bazę i kontrolowali w dużym stopniu ruch ludności z Łukowca i na Łukowiec.
W 1943 roku w końcu marca wybrało się dwóch braci Bednarzy i Groszek z kilkoma jeszcze kolegami do Karolowki, ażeby ze swoich gospodarstw coś przywieźć. Jechali saniami, bo leżał jeszcze śnieg. Gdy znaleźli się na Wandolinie była godzina ósma rano, zostali zatrzymani, niby w celu kontroli. Ludzie, którzy jechali pierwszymi saniami zostali wylegitymowani i zrewidowani. Gdy przystąpiono do kontroli drugiej grupy jadących pierwsze sanie po sprawdzeniu pierwsze sanie ruszyły galopem. Jeden z chłopców nie zdążył na nie wsiąść, uczepiwszy się rękami tyłu sań ciągnął się za nimi z kilometr. Bednarzy i Groszka zatrzymano i zaczęto torturować tak, że po znalezieniu zwłok trudno było ich rozpoznać. A byli to chłopcy w wieku 17,19,24 lata, bardzo przystojni i zdolni. Na Wandolinie przepadła też dziewczyna, która sama udała się do swojej rodziny- wszelki ślad po niej zaginął. Przez lato 1943 roku było trochę spokojniej. Potem jednak zaczęło się znowu
gorzej dziać z powodu kontygentów na odstawy, z którymi Łukowiec zalegał. Niemcy zaczęli na wieś naciskać. Przyjechali na kontrolę i stwierdzili, że wieś zalega z dostawami. Jeden z kontrolerów przedstawił się, jako były inspektor szkolny ze Stanisławowa - mówił: "Znam ja was Polaków bardzo dobrze. Wam tylko szabelka i koniki w głowie, ale już niedługo z wami zrobi się porządek. W pierwszym rzędzie z tymi, co zalegają z dostawami - zrobi się wykaz" i zapewniał, że on ma już dla nich dobre miejsce.
Ażeby uniknąć represji ze strony Niemców zaczęto odwozić częściej wyznaczone kontyngenty zbożowe i ziemniaczane. Za odstawione kontyngenty Niemcy płacili bonami tzw. „punktami" na wódkę i rożne wyroby blaszane oraz skórę, częściowo też złotymi emisyjnymi. Po odstawieniu większej ilości kontyngentu przez rolników z danej wsi, należało się zgłosić do punktu skupu po odbiór należności oraz kwity dostawy. Zostałem wydelegowany do takiego rozliczenia. Zorganizowawszy kilka furmanek, które załadowano zbożem, wcześnie rano wyjechano do skupu. Ja natomiast wiozłem jednego gospodarza z młodymi końmi, ażeby dopędzić odjeżdżające furmanki a oprócz tego zboczyć na stację kolejową, która była po drodze, żeby odebrać tam należność za odstawiony kontyngent. Na stacji siedziało czterech młodych mężczyzn. Twarze mi nieznane. Typy bardzo podejrzane. Spoglądają na mnie spod oka, aż człowiekowi skóra cierpnie. Nadchodzi znajomy kolejarz, pytam o urzędnika, który przyjmował ziemniaki i ma wypłacić za nie pieniądze. Nie ma go - mówi - wyjechał do punktu skupu. Siadam na wóz, jedziemy do punktu skupu. Wpadam do biura, idę do tego, który rozlicza kontyngenty i wypłaca. Powiedziałem mu, po co przyjechałem - dobrze jest - widzę, że podnosi telefon, skąd dzwonią nie wiem, ale słyszę jego słowa: „Tak przyjechał... tak Żurowski". Co, myślę sobie, na pewno dzwonią ze stacji gdzie byłem, czy dany osobnik z Łukowca Żurowskiego już przyjechał? Myślałem: Wybiorę pieniądze i
punkty za zboże i ziemniaki, a była tego dość duża należność - to zrobią napad i zabiorą. Po podliczeniu wszystkiego przez kasjera, każe mi podpisać odbiór. Ale rozglądnąwszy się po biurze widzę kilka badawczych spojrzeń. Odmawiam podpisu i odbioru tłumacząc kasjerowi, że mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Wychodzę, zapewniając kasjera, że jak będę odjeżdżał to wpadnę, gotowe wszystko jest i podpiszę.- Mówi do mnie: - Fajno jest. - Idę do magazynu zbożowego, pomimo, że kazałem czekać. - Słyszę: „Każdy prędko zrzucił swoje zboże i odjechał do domu - jakby ich diabli gnali" prosiłem rano, aby wozy na mnie poczekały - tymczasem zastaję tylko jednego starszego człowieka. Na Wandolinie zostali oni zatrzymani, zrewidowani, rzeczy zostały im pozabierane. U kogo znaleźli nóż czy zapałki tego pobili. Pozabierano im też ciepłe wierzchnie ubrania i puszczono. Gospodarza, który ze mną razem rano jechał także zrewidowano, przeglądnięto wóz i nawet szukano czegoś pod wozem. Dano mu kilka razów kolbami po plecach i też go puszczono. Napadnięci po przyjeździe do domów opowiadają o napadzie przez bandę. Wywołuje to zamieszanie szczególnie w rodzinach, których krewni nie wrócili jeszcze do domu. Moja żona lata od jednych do drugich, ale nikt nic nie wie. Na pewno zamordowali, no, bo jak pieniądze miał odebrać. Niepokój w rodzinie zaczyna narastać. Ja tymczasem każę furmanowi gotować konia do drogi, stanąć na bocznej nieuczęszczanej ulicy, aby uwagi przechodzacych nie zwracać na siebie. Sam idę do biura, do kasjera. W biurze prócz kasjera nie ma nikogo. Prędko liczę pieniądze odbieram dokumenty, chowam i wychodzę. Bocznymi uliczkami dostaję się do wozu. Natychmiast ruszamy o napadzie na poprzednie furmanki nic nie wiem. Stary furman mówi: „Konie mamy dobre, ale co to będzie na tej Wandolinie - tam i konie nie pomogą"? - Mijamy jedną wieś, a potem powoli i drugą jakoś szczęśliwie udaje się - nareszcie ta straszna Wandolina. Jedziemy jak najwolniej, ażeby nie robić hałasu. W jednym z domów opuszczonych przez
kolonistów polskich widać światło. Przyglądam się i widzę wychodzącego mężczyznę z karabinem na ramieniu. Idzie w kierunku drogi, drugi mężczyzna staje na progu domu. Zsuwam się z wozu i kieruję do rowu. W rowie mokro, nad rowem drzewa, powoli przesuwam się naprzód. Bandyta podchodzi do wozu, nie zatrzymuje go - obmacuje, a widząc tylko puste worki i starego człowieka puszcza furmankę spokojnie a sam wraca na próg domu. Wychodzę z rowu, biegiem cichutko doganiam wóz, wskakuję na niego i wyrywam lejce furmanowi: Dawaj po koniach na całego. Wyjechawszy już na teren bezpieczny pytam furmana, czy coś widział, czy zauważył coś? - Odpowiada mi, że zdawało mu się, iż ktoś idzie koło wozu, ale myślał, że to ja zmarzłem i że szedłem żeby się rozgrzać. W domu zastałem zapłakaną rodzinę, która nie spodziewała się mojego powrotu.
W 1944 roku we wrześniu, już po zajęciu naszych terenów przez Armię radziecką ( 27 lipca) na Wandolinie zostali napadnięci gospodarze polscy odstawiający plan zboża dla wojsk frontowych. Zabili jednego z młodych chłopców, reszta została uratowana przez nadjeżdżający czołg radziecki. Złapano wtedy komendanta bandy i jego zastępcę, co spowodowało zakończenie działalności bandy na tym terenie.
Świdnica 13 XII 1963 r.
Bimber i tytoń
W czasie okupacji niemieckiej wielu małorolnych chłopów mieszkających na Łukowcu, aby uniknąć wysyłki dzieci na przymusowe roboty do Niemiec, podawało do spisu rolnego, z którego wyznaczano kontyngenty dla okupanta większy areał ziemi niż faktycznie posiadali. Z jednej strony było to zabezpieczenie przed wywózką do Niemiec, ale z drugiej strony był problem, skąd wziąć zboże dla okupanta. Spis ten był robiony przez rolników z naszej wsi. Komisja wyznaczała kontyngent zbożowy i ziemniaczany dla Niemców. Spis taki stawiał komisję w przymusowej
sytuacji, po prostu pod pręgierzem woli ludności. Rolnik mający na przykład dwa hektary ziemi, miał oddać 14 cetnarów zboża - mówi do komisji: - Przecież wiecie, że ja mam tylko 1 hektar ziemi i pięcioro dzieci no i żonę - to skąd ja wam wezmę tyle zboża. Oprócz tego było też we wsi dużo uciekinierów - prawie w każdym domu. Trzeba, więc było coś obmyśleć, aby tego zboża zdać jak najmniej i aby jak najwięcej pozostało go na wsi. Po kilku dostawach do punktu skupu udało się ludziom porozumieć z jednym magazynierem - Ukraińcem, - co do kupna zboża kontraktacyjnego. Płacono mu w zamian za otrzymany kwit dostawy. Ustalono cenę za 100 kg pszenicy - 300 złotych, 250 złotych za żyto i 200 złotych za jęczmień i owies. Tym sposobem udało się uratować kilkanaście ton zboża, które w tym czasie było nam tak bardzo potrzebne dla siebie oraz dla ludności napływowej a także dla partyzantów znajdujących się w naszej bazie. Dało to też możliwość wywiązania się z kontyngentów ludności małorolnej. Było to też dobre rozwiązanie dla komisji gospodarczej. Praktycznie wszyscy byli zadowoleni z takiego układu.
Dużą pomocą dla ludności Łukowca były plantacje tytoniu, które podczas wojny dość silnie się rozwinęły. Chociaż trzeba było tytoń zdawać do fabryki - przeważnie jednak zdawano tylko jego część i to najgorszego gatunku, pozostawiając sobie najlepszy. Na tytoń był zawsze popyt, no i cena też była dobra, bo za 1 kg krajanego jakikolwiek by nie był dawano 300 złotych, co równało się cenie 100 kg pszenicy. Prócz tytoniu pędzono powszechnie samogon z buraków cukrowych i ziemniakowi. Niektórym rolnikom dawało to też pokaźne zyski, ale z drugiej strony było to przyczyną kilkunastu wypadków w tym i śmierci ludzi trudniących się tym procederem. Cena za 1 litr samogonu wynosiła - 300 złotych. W porównaniu jednak do strat, jakie ten proceder spowodował, nie opłacała się po prostu skórka za wyprawkę.
Świdnica 20.I. 1964 r.
Dołha- Ziemianka
Dołha była to stara wioska w powiecie kałuskim. Natomiast Ziemianka były to resztki z dawnego majątku, jaki znajdował się w Dołsze - rozparcelowanego przez ludność polską. Wieś była zamieszkana przez Ukraińców i Polaków - otoczona lasami jodłowymi. W 1943 roku, gdy wokoło zapłonęły kolonie polskie, osadnicy Polacy musieli usunąć się do Kałusza i częściowo na Łukowiec, gdzie wielu ludzi miało krewnych i znajomych. Proboszcz katolicki w Dołsze miał jednak inne zdanie - odradzał opuszczenia wioski. Na noc zapraszał do siebie na plebanię. „Dom jest duży - twierdził - zapalić się nie zapali, a obronić to się zawsze obronimy". Nie wszystkim takie rozumowanie się podobało i część ludności się rozjechała. Była jednak i część, która uwierzyła w bezpieczeństwo murów plebanii - ci zostali. Pewnego dnia w marcu wieczorem podjechali banderowcy ciężarówkami pod plebanię, mówili po niemiecku, mundury i broń też mieli niemieckie. Jakoż to strzelać do Niemców, pewnie szukają kwater na noc. - myślą sobie ci nieszczęśni skazańcy. Żołnierze zrzucają jakieś beczki, na dworze ciemno, ludzie zamknięci na plebani nie widzą, co ci żołnierze robią. A ci jedną beczkę rozlewają wokół budynku, drugą zapalają pod drzwiami i kryją się do cienia, aby ich nie było widać. Kto tylko się pokaże w oknie, do tego strzelają. Około 60 osób zginęło w spalonym kościele i plebanii i to w straszliwych męczarniach. Jedynie jednemu chłopcu udało się, pomimu postrzału w nogę, skorzystać z nieuwagi bandy i jakoś prześliznąć się do lasu i lasami dostać na Łukowiec.
Większość ludności polskiej, tak z Dołchy jak i z Ziemianki, kryjąc się po lasach i tylko sobie znanych skrytkach uciekła do Kałusza i na Łukowiec, gdzie przebywali aż do końca wojny.
Świdnica 26.I.1964 r.
Rewanż wielkanocny
Rok 1943
Był to dzień Wielkanocy , w którym ludność ukraińska obchodziła swoje święto. Dzień był mglisty i do tego zimny. Pora wczesna około godziny 4 -tej rano. W wiosce zamieszkałej przez ludność ukraińską, a stykającą się z naszą wsią czysto polską, zaczęły się przygotowania do Mszy rezurekcyjnej. Młodzi chłopcy, jak to jest w zwyczaju, porobionymi kołatkami zwanymi trajkotkami, biegając wokoło cerkwi kołatali przywołując ludzi na uroczystości. Z daleka do złudzenia to trajkotanie przypominało strzały z lekkiej broni maszynowej. Ponieważ był to okres dużego napięcia między Ukraińcami a Polakami, a do tego jeszcze od kilku dni krążyły wieści, że w okolicznych lasach znajduje się przechodząca banda UPA z Wołynia napięcie było zdwojone. Ja mieszkając na końcu wsi i w pobliżu wsi ukraińskiej orientowałem się dobrze, co znaczą te kołatania. Natomiast naszym placówkom wartowniczym położonym dalej, a zwłaszcza posterunkom alarmowym położonym niżej w terenie, zdawało się, że zostałem zaatakowany przez bandę UPA. Kto co miał w rękach - przeważnie kosy i różne piki na sztorc osadzone pieszo i końmi na wprost przez pola, około 40-tu chłopa pędziło do mnie okrążając moją posesję ze wszystkich stron. W pierwszej chwili nie zdawałem sobie sprawy z tego, co się stało. Ze strony zachodniej i północnej t.z. od strony zamieszkałej przez ludność polską napadu się nie spodziewałem. Różne myśli zaczęły mi przelatywać przez głowę. No jeżeli to banda UPA, myślę sobie, która mogła wąwozem a później polem przedostać się tutaj, to już z nami koniec. Sposobność ku temu była dobra, bo noc ciemna i mglista. Najbliższa placówka była ode mnie położona około 1 kilometra. Luka była, więc dość duża i możliwość takiego okrążenia mnie istniała. Zaalarmować i ukryć rodzinę już nie ma czasu - ukryty za ścianą budynku nasłuchuję.- „Felek więcej na prawo - słyszę - tylko nie kupą, bo nas postrzelają". Ode-tchnąłem - poznałem głos jednego z ku-
zynów żony. Ale jakiego diabła oni tak do mnie walą - co nie zdarzyło się jeszcze nigdy. Wychodzę do zbliżających się - pytam, - co jest, - co to znaczy? - W odpowiedzi słyszę - a myśmy myśleli, że was napadli i pomordowali. Ale co to było, że nas zaalarmowało i do tego jeszcze aż trzy placówki - pytają? Prowadzę ich do mieszkania moja rodzina śpi. Wychodzimy na gościniec, który graniczy z terenami zagrożonymi i teraz sami słyszą i poznają głosy kołatek w ukraińskiej wsi. Ale dlaczego u nas te głosy inaczej słychać - jakoś silniej - zastanawiają się i pytają jeden drugiego. - Dlatego - wyjaśniam, - że wieś ukraińska jest na górze pobudowana no a nasza niżej i echo tak niesie. Kończy się na docinkach jeden drugiemu. Najbardziej dokuczano tym, którzy byli powodem alarmu. A że w tym czasie był okres pędzenia samogonu niejeden z naszych był pod humorem. W końcu zaczęli się rozchodzić na swoje stanowiska.
Natomiast ludność ukraińska zamieszkała we wsi (Nowoszyny) powiadomiona przez swoje posterunki alarmowe, że Mazury idą ich rezać, wpadła w panikę. Zostawili wszystko w domach co przygotowali i upiekli na święta i zaczęli uciekać do pobliskich lasów. Jak sami później nam opowiadali, to kobiety i dzieci trzy dni w lasach siedziały, a tylko mężczyźni zdrowi i młodzi pozostali we wsi. Oni dostarczali żywność uciekinierom. Był to dla nas, a zwłaszcza dla tych, którzy mieszkali na końcach wsi, niejako polski rewanż. Niejednego też to wydarzenie podniosło na duchu, że może jakoś przetrwamy. A było to nam bardzo potrzebne - takie odprężenie naszych starganych nerwów różnymi przejściami.
W 1944 roku, po przejściu wojsk radzieckich, gdy stosunki między ludnością polską a ukraińską nie były już tak napięte, nieraz w rozmowach z gospodarzami Ukraińcami naprowadzałem ich na to zdarzenie. Zaśmiewali się wtedy sami, a za wytworzone napięcie pomiędzy nimi a nami całą winę
zwalali na swoją ukraińska inteligencję, na swoich adwokatów i popadiów.
Lotnik, sąsiad i banda
W 1943 roku z powodu zbliżającego się frontu radzieckiego dość duża banda UPA przemieszczająca się z terenów Wołynia zatrzymała się w pobliżu Łukowca w lasach zwanych „Homy" i „Bakocyn" nad Dniestrem. Jak się później dowiedzieliśmy od naszych sąsiadów Ukraińców banda ta miała liczyć około 3 tysięcy chłopa. Mieszkając naprzeciw sąsiada Ukraińca miałem z nim dobre relacje. To znaczy żyliśmy w przyjaznych stosunkach. Pomagaliśmy sobie nawzajem. On nie miał konia, więc ja wykonywałem u niego prawie wszystkie roboty końmi a mnie była potrzebna jego pomoc, jako robotnika rolnego. W dniu pojawienia się wspomnianej bandy UPA sąsiad ten przychodzi do mnie na podwórze już dość późną porą, tak żeby go nikt nie widział i silnie zdenerwowany mówi do mnie, że dobrze by było ażebym ja z rodziną na noc usunął się z domu, bo może być źle. - „Lepiej się usunąć dalej do wsi, bo wy tu tak na kraju wsi mieszkacie - to dziś jest niedobrze". Pytam go: „Powiedzcie sąsiad szczerze, co jest, przecież tyle lat się znamy i żyliśmy dobrze, nie ma nikogo obcego tylko ja i wy". - Sąsiad tylko rusza ramionami i mówi: „Takoj lepiej będzie dla was na noc usunąć się z domu, bo może być źle". Zdenerwowałem się silnie, bo już raz na polecenie „obrony naszej" usunąłem rodzinę do budynku szkolnego, który znajdował się w środku wsi. Było już tam kilka rodzin wcześniej zakwaterowanych. Ci czuli się już tam jak u siebie w domu. Do dzieci swych z powodu panującej sytuacji nie zaglądałem. Chodziła tam żona donosząc dzieciom żywność i na noc spać, a ja zostawałem w domu. Zachodzę pewnego razu w dzień do dzieci i widzę je zapłakane. Wyprowadziłem je na podwórze - pytam, czemu płaczą - co jest? Dzieci widzą, że nie ma nikogo obcego, do tego zachęcone moją obietnicą, że jeżeli im źle tu jest, to ja zaraz idę po konie i wóz i zabieram je do domu. Ucieszone moją
obietnica zaczynają mówić jedno przez drugie: Tato tu nam bardzo źle jest. Tylko mama od nas odejdzie, to nas popychają, biją, nigdzie się nam nie wolno ruszyć- musimy tu w tym kąciku na korytarzu siedzieć cały dzień. Niech nas tam bandery pomordują, ale w swoim domu będziemy". Tego samego dnia zmuszony byłem zabrać je do domu, co dzieci przyjęły z wielką radością, nie zdając sobie sprawy, co je tu może spotkać w ciągu najbliższych godzin.
Po wysłuchaniu sąsiada Ukraińca, jego propozycji, co do mojej rodziny, zdenerwowałem się do ostatnich granic. Co do licha ciężkiego, myślę sobie w końcu gdzie mam się ulotnić z rodziną? Tam w szkole dzieciom było źle z domu znowu uciekaj, bo może być źle. - Głosem dość podnieconym i zdenerwowanym mówię do sąsiada: „ Słuchajcie, jeżeli coś jest źle- przecież, jak co wieczór chodzicie do swojej wsi, to mi powiedzcie, a nie straszcie mnie, bo się nie boję. Mieszkam na swojej ciężko zapracowanej ziemi i w swoim domu, i na razie nie myślę się nigdzie ruszać. Ale wy dobrze zaglądajcie na moje podwórze, bo z chwilą, gdy ja z rodziną będę wyjeżdżał z domu, to i wy miejcie się na baczności. Bo może być, że po was i po waszej wsi śladu nie zostanie. Po wysłuchaniu mnie widać było, że jest bardzo zmieszany, bez pożegnania prędko odszedł do swojego domu. Ukryty w żywopłocie obserwuję, co z tego wyniknie, czy też mój sąsiad nie pójdzie do swojej wioski z raportem. Spoglądam na jego podwórze i rzeczywiście nie upłynęło 15 minut a mój sąsiad ruszył szybkim krokiem do ukraińskiej wioski. Jak się później dowiedziałem, sąsiad dał znać, aby wszystkimi siłami się starać, żeby banda nie wszczynała żadnego napadu na Polaków, bo mogą nie dać rady, co może się tylko skrupić na nich samych? Zwołano zebranie w nocy wszystkich mężczyzn, Wybrano delegację do bandy z pro-śbą o nie wszczynanie żadnych kroków zaczepnych z Polakami. Przekazano, że tam we wsi polskiej jest bardzo duża siła obronna. Dali bandzie kilka krów na mięso i kilka worków mąki kilkadziesiąt bochenków chleba i banda
odeszła w kałuskie. Największą pomocą jednak w rozwiązaniu szczęśliwym całej tej sytuacji był zbieg okoliczności.
Tej nocy miał się odbyć zrzut broni, ale z jakichś nieznanych mi bliżej powodów sygnał nie został dany pilotowi. Natomiast w pobliskiej wsi polsko - ukraińskiej palono zabudowania opuszczone przez rodziny polskie. Pilot, myśląc, że to jest dla niego znakiem do zrzutu, poleciał tam, a widząc palące się domy doszedł do wniosku, że to robota banderowców. Palą się jedne - dalej bombami po tych, co się nie palą. Rano spotykam się z sąsiadem Ukraińcem. Pyta mnie, czy ja wiem, co się w nocy działo? - Mówie mu, że nic nie wiem, bo spałem całą noc, choć była to nieprawda. Mówi mi, że mogę już teraz spać spokojnie i z domu się nie ruszać, bo z ich strony Polakom nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Opowiada mi szczegóły o lotniku i bombardowaniu, a wywiad to oni mieli dobry. - Mówię do niego: „Macie szczęście, że ja się wczoraj nie wyprowadziłem, bo to samo a może jeszcze i gorzej byłoby z wami. A on powiada: - „Powiedzcie tam swoim, że już teraz spokojnie mogą spać". I znowu uniknęliśmy grożącego nam niebezpieczeństwa, a to tylko dzięki zbiegowi różnych okoliczności.
Świdnica 21.XII 1963 r.
Bojki -sól
Po wkroczeniu armii radzieckiej na byłe nasze tereny wschodnie w lipcu 1944 r., nie było całkiem bezpiecznie, gdyż grasowały jeszcze różne bandy UPA przesuwając się na zachód. Pomimo tego, że był to już rok 1945, kwiecień, niepewność i duża nieufność pomiędzy ludnością polską i ukraińską pozostawały. Powodem tego był fakt rozgromienia wielu kolonii z ludnością polską. Jak zwykle po wojnie brak było wszystkiego, więc ludność zmuszona była wyjeżdżać poza obręb swych miejsc zamieszkania, aby coś kupić, czy czymś zahandlować? Jest niedziela, kwiecień, wieczór - młodzież wraca z nieszporów - na dworze zimno, kończę obrządek koło swojego inwentarza.
Na gościńcu dawno niespotykany mym oczom widok.
Przyglądam się dokładniej, ależ tak, poznaję po ubiorze - Bojki, to znaczy ludność ukraińska z okolic Bolechowa i Sokala, jadą trzy furmanki.
Zatrzymuje pierwszą; pytam, dlaczego tak późno jadą, dlaczego na noc, dlaczego nie poszukali sobie gdzieś noclegu? Tłumaczę im, że jazda na noc jest jeszcze niebepieczna, bo grasują bandy - odbiorą konie, a i z nimi może być źle.
Dwóch młodych chce jechać dalej, natomiast jeden starszy, który jak później opowiadał, że całą I wojnę światową służył z Polakami w jednym pułku, a później był w niewoli włoskiej i Armii generała Hallera we Francji. Powiada do nich: „Ja dalej nie jadę i temu człowiekowi wierzę na słowo, a wy jak sobie chcecie, to jedzcie". Popierają go trzy kobiety, które z nimi były. Ażeby moje słowa były dla nich bardziej wiarygodne mówię: „Naprzeciwko tu mieszka Ukrainiec, jest w domu, idźcie do niego i zapytajcie, jak się sytuacja przedstawia, a wtedy się dowiecie może nawet lepiej niż ode mnie. Poszli, za chwilę przychodzą z powrotem, na ich twarzach widzę przerażenie. Pytam, co robią, czy jadą dalej, stanowczo nie, stwierdzają. Ale co oni teraz zrobią, gościniec za wąski żeby nawrócić - sąsiad ich nocować nie chce, bo się boi, to jedno, drugie, że nie ma gdzie. Co mają robić, sami nie wiedzą. Proszą żebym pozwolił im wjechać na podwórze nawrócić wozy. Nadchodzi na to sąsiad Ukrainiec, mówi do nich, że najbezpieczniej i najlepiej będzie dla nich, jeżeli ja ich u siebie zatrzymam i przenocuję. Przygladają mi się spod oka, niepewni, sam nie wiem, czy dać zgodę na przenocowanie, czy też nie. A może się coś stać w nocy i później odpowiedzialność za to spadnie na mnie i na rodzinę i ludność polską. Występuje stary Bojko i prosi w imieniu wszystkich ażebym ich przenocował. Wyrażam zgodę, ale z zastrzeżeniem, że całą noc mają pełnić wartę w podwórzu. Jest sześć osób trzech mężczyzn i trzy kobiety -
za najmniejszym podejrzanym ruchem mają mi dać znać.
Godzą się na wszystko i są bardzo zadowoleni. Sąsiad Ukrainiec odchodzi, zapewnia ich, że mogą być spokojni i spać spokojnie. Po ulokowaniu wozów przy budynkach gospodarczych i koni, gdyż na wozach mieli sól do zamiany za zboże, zapraszam ich do mieszkania. Młodzi ociągają się odmawiają, natomiast stary głosem dość podniesionym powiada do nich:, „Jakie z was durne capy, jeżeli ten pan nas przestrzegł przed niebezpieczną jazdą na noc i dał nocleg, to wy się jeszcze durnie boicie? Ja idę, a wy marźnijcie sobie na dworze." Po ugoszczeniu ich kolacją no i trochę samogonem później tytoniem do fajek język im się rozwiązał. Czują się jak w domu, u kobiet widać łzy w oczach. Pytam, dlaczego płaczą? Spoglądają na mnie i płaczą jeszcze więcej. Stary Bojko mówi do mnie: „Ja znaju pane czoho, bo to wszystko winna nasza ukraińska, nasze adwokaty no i papadie, bo im się mażyła somostijna. Czy nam źle było dawniej, razem żeśmy z Polakami bawili się pili, żenili się między sobą, całą wojnę światową razem odbyli? Dopóki było u nas mniej mądrych i niby mądrych i uczonych, dobrze było i do czego doszło, że e człowiek człowieka się boi i nie wierzy mu. Kobiety płaczą, bo się nie spodziewały już do domu wrócić. A wy panie przestrzegliście, przyjęliście nas na nocleg no i daliście jeszcze jeść, bo one panie już dwa dni nic w ustach nie miały. Jakby to dobrze było na świecie, żeby tak człowiek człowiekowi nie był wilkiem.
Po dłuższej rozmowie pytam wreszcie, co umyśla z tą solą zrobić, są bezradni, proponuję im rano poszukać nabywców we wsi. Są zadowoleni. Długo gawędzimy jeszcze przed snem. Rano daję znać do wsi. - W przeciągu paru godzin wszystką sól przehandlowali - są po prostu uszczęśliwieni dobrą zamianą. Żegnają się i gorąco dziękują za okazaną pomoc, ze łzami w oczach wracają do swoich domów.
26.I.1964 r.
Uwagi do wspomnień pana
Władysława Polaka
Wspomnienia były pisane [ODRĘCZNIE] prawie pół wieku temu przez człowieka, który skończył kilka klas szkoły podstawowej, tym większa chwała dla niego. Na Łukowcach zdecydowana większość ludzi kończyła edukację na kilku klasach szkoły powszechnej. Było też sporo ludzi, którzy byli analfabetami, na naukę powyżej szkoły podstawowej decydowali się nieliczni. Bardzo często zależało to od możliwości finansowych rodziców. Pamiętniki są z całą pewnością ciekawe i wartościowe. Pan Władysław Polak odważył się na opisanie swoich przeżyć i doznań. Ja je oczywiście trochę poprawiłem, jednak starałem się, jak najmniej ingerować w tekst, który pomimo swoich słabych stron jest dla czytelnika zrozumiały. Zamieszczam go w Zeszytach z dwóch powodów; dla celów porównawczych i jako dokument. Na mnie duże wrażenie zrobiła zaradność pana Władysława a także jego spostrzeżenia, przeżycia. Fakt, że w niemieckich mundurach zdarzali się i Polacy budzi, nawet pewne zdziwienie, ale tak widocznie i było. Zwracają także moją uwagę ceny na zboża, tytoń i bimber, a także zaradność mieszkańców Łukowców, nie mówiąc już o samych przeżyciach autora czy to w przypadku dostawy zboża i ziemniaków dla Niemców, czy w przypadkach wypraw po żywność dla swoich rodziny poza teren Łukowca. Także, postawa pana Władysława budzi szacunek - humanitarna, ludzka - człowiek ten przez cały trudny okres utrzymywał kontakt z sąsiadem Ukraińcem i potrafił przestrzec nieznajomych Ukraińców - wiozących na wymianę sól przed grożącym im niebezpieczeństwem.
Ponieważ wspomnienia te otrzymałem od córki pana Władysława Polaka - pani Bajorskiej z Bielska - Białej i jej należą się serdeczne podziękowania.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
A - II Ludzkie serca — Za chlebem
Z powodu nieurodzaju w roku 1941 i ciężkich zim 1940-41, i rok 1942
nie był rokiem urodzajnym, a przeważnie w okolicach nad rzeką Dniestrem, gdyż te roki
1941 roku po zajęciu przez hordy hitlerowskie tych terenów poczyniły straszne
przez swój wyzysk, i innych rzek górskich spustoszenie, co również wpłynęło
na nieurodzaj i włości[?] przyległe[?]. Ludność tych okolic częstokroć po prostu głodowała
ciągnęły całe rzesze ludności za chlebem, w tereny gdzie można było co kupić
lub wymienić, jeżeli ktoś coś posiadał do zamiany. Przeważnie w Tarnopolskie
a gdy już i tam nie było, po co jechać, zaczęto i przekraczać się na Wołyń
Ale gdy niemcy na granicy dzielącej Generalną Gubernię tak przecież[?] oddzielono
od Wołynia, na tej granicy zabito kilkanaście osób przy przekraczaniu granicy
zaczęto znów wyjazdy w Lubelskie. Mając rodzinę dość dużą, po rozpatrzeniu całej
swej sytuacji, w domu, a widząc że posiadany zapas żywności, do zimy
mi nie wystarczy, po prostu zmuszony byłem i ja wyruszyć gdzieś sztuki sprzedać
słysząc od kilku znajomych że w Lubelskiem można dobrze zamienić
wyjeżdżam, biorąc z żony sukienkę no i swoje wizytowe ubranie.
We Lwowie spotykam osobnika który też jedzie w tą samą stronę, i ten z zamianą
wieziony że nie będę sam jechał jak mój, przygodny kolega, jedziemy do
Werbkowic. Dojeżdżamy do Rawy Ruskiej jakoś szczęśliwie, na stacji pełno ludzi
oczekujących na pociąg do Lwowa, dużo pobitych, poturbowanych, a kobiet zapłakanych
bo niemcy na stacji odebrali im wszystko co z ciężkim trudem bo 30 klm
a więcej na plecach do stacji Rawa Ruska przynieśli, nawet kawałki chleba musieli
wszystko oddać, a kto się nie spieszył ten dostawał ratki[?] i dołby[?] karabinem
Po wyminięciu ze stacji Rawa Ruska, trochę wagonorówką[?] a resztę pieszo
dostajemy się do Werbkowic. Na miejscu wymieniamy wszystko. Spieszymy się
bo wieczór, a na noc nikt niechce zanocować, bo upadło[?] Gestapo i aresztuje
wszystkich, dlatego bo prawdopodobnie w okolicach nie ma[?] partyzantki
jeden z tamtejszych handlarzy spekulantów wybiera się do Lwowa na noc
mając różne drogi i ścieżki najbliższe do Rawy Ruskiej namawia nas do jazdy
z trzydziestoma kg przywiozą[?] na plecach w worku wybieramy się na całą noc
Nad ranem jesteśmy właśnie na jakiejś stacji, nadjeżdża pociąg widać damy
Przed stacją w Rawie Ruskiej pociąg staje nie mając wjazdu, wysiadamy, bo nie
wiemy jaka sytuacja jest na stacji, czy nie ma gestapo-żandarmerii, która zabiera
zboże. Po jakimś czasie wychodzimy na drogę idziemy, w kierunku stacji
Od stacji idzie jakiś żołnierz niemiecki, uciekać już nie ma co i biedy i gdzie
która cierpnie, co będzie, tyle dźwigania na darmo, i chcemy śmiało[?] trudno się nasuwa[?]
a może się uda, "Halt" stajemy, mówię do kolegów zamienił stryjek siekierkę
na kijek, Niemiec pyta gdzie idziemy, co mamy i skąd to mamy, czy handlowe
mając przepustkę wypisaną po niemiecku na wyjazd i ścięcie[?] podsuwam
mu pod oczy, czyta, pyta czego stąd daleko idzie po to zboże ja przyjechałem
tłumaczę jak mogę tylko zastanawia mnie że on jakoś [SKREŚLONE: nieczytelne] delikatnie
pyta, no i wszystko rozumie, bo widzę jak kiwa głową, i stale mówi gut
[ODRĘCZNIE — cała strona, skan obrócony o 90°]
Tłumaczymy jak tylko umiemy i prosimy ażeby nas puścił w mir[?]. A on porozglądnąwszy się na wszystkie strony, powiada do nas, dalej na razie nie idźta, tylko wleźte han[?] w krzaki i leźta sobie spokojnie tylko żeby was tu han[?] kto nie uwidzi, bo tu niedługo przyjadą autami gestapo na stację, bo będą zabierać zboże, a jak już odjadą to spokojnie możecie iść na stację. W pół godziny po odejściu żołnierza, słychać warkot samochodów. A za chwilę krzyki niemców, dochodzi nas daleki płacz kobiet, którym po odebraniu wszystkiego wypisano[?], leżymy czekamy co z nami będzie, palimy papierosy nerwowo. Po 2 godzinach samochody ze śpiewem hej hi hej la odjeżdżają, udają się na stację bez bagażu. Na stacji około 60 osób niektórzy potrwanieni[?] podarci i wszyscy strasznie widać przygnębieni, dużo kobiet zapłakanych. Ostatnią sukienkę dałem [SKREŚLONE: nieczytelne] jakaś kobiecie młodej ze Lwowa, żeby dzieciom troje ich mam kawałek chleba przywieźć, trzy dni prócz kawy im zostawiłem, no i cóż ja teraz poradzę, a tak się cieszyły że mama przyniesie premię[?], i na młynku od kawy zmielę kawy i ugotuje, moje na wojnie zabity[?]. O Boże cóż ja teraz zrobię.
Nadjeżdża pociąg siadamy, tylko nas trzech, przestraszonych przez Polaka choć w mundurach hitlerowskich co mamy myśleć, szczęśliwie dostajemy się na stację Podzamcze. Na stacji pełno wojsk węgierskich, maszeruje w kierunku Dworca Głównego. Podchodzi do nas jeden z żołnierzy, tłumaczonym językiem słowackim, rozumiemy i gorze[?] idziemy, po rozumieniu mnie, każe mi siadać worek [z pleców?][?], nadjeżdża biedka od CKM[?] kładzie na nią mój bagaż i nakrywa celtą[?] powiada nie bój się pan ja tobie na dworcu oddam, a ty pan idź trotuarem koło nas to dla ciebie dobra będzie. Na dworcu rozmawiamy aż na górę[?], daje mnie jeszcze paczkę papierosów, gorąco ściskam ręką[?] jest[?] taki[?] z ludzkim sercem a on klepiąc[?] mnie po ramieniu mówi do mnie polek i węgier madier dwie bratky[?]. Odchodzi, a ja szczęśliwie dostaję się do domu i znów na myśl mi przyszedł wiersz. Serce nie sługa
Świdnica 22/I/1964
A-VI[?]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1 - V Serce nie sługa nie zna co to pany
nie da się o nim przemocą w kajdany
Rok 1942 wojna trwa dalej końca nie widać, wszystkiego zaczyna brakować
Ażeby coś kupić trzeba się udawać do dużych miast, tam coś można
jeszcze wymienić, choć i to niebezpiecznie, bo wszędzie jak nie bandrusy
to niemcy, odbiorą, do tego i pałkami przybiją[?], albo złapią do łagru
i wyślą na roboty do Niemiec, No ale trudno, nikt na to nie zważa,
Każdy kombinuje jak może, jednym jakoś to udaje, innym nie.
Mając dość liczną rodzinę tembardziej, że zostałem okradziony ze wszystkiego
co ja i rodzina posiadała, zmuszony byłem i ja cokolwiek kupić
tembardziej że nadchodziła zima,
Umawiamy się we trzech jedziemy do Lwowa, po ujechaniu 14 kilometrów
wysiadka bo ten pociąg dalej nie idzie, Idziemy na stację kolejową, czekamy
na pociąg, Podchodzi do nas trochę nam znajomy ukrainiec znany nam
z widzenia, No zaczyna sobie beztrosko[?] drwić z nas stojących w kąciku jak mysz
pod miotłą, Ponieważ przeważnie na stacji kolejowej eskortujący pociąg
ukrainiec, czuje się nam przygodny znajomy pewny siebie. Drwi sobie z Polski
wojska polskiego, No teraz to już koniec wam niedługo będzie lachy pobite,
wystawi Hitlera, dowództwo armię niemiecką, to armia to je nastawione[?] niestutnie[?]
to samo szelizo[?], skończyli Polskę Francję a teraz tylko Rosję i Anglików
to i wami lachy koniec będzie, Odzywać się nie ma co, bo i cóż do
niego można mówić, policję ukraińską bandrusy niemcy postarszy[?]
zabiorą i koniec u nich łatwy, przecież widzi że to prowokator,
Nie odzywając się do niego, z musu[?] słuchamy. Pomimo że mówił tem
dość dobrze po ukraińsku. Po stacji przechodzi się starzy wiekiem bandrus
Od czasu do czasu przystaje koło nas, gdy jeden do drugiego coś mówimy
do siebie, po polsku, zaintrygowało to nas bardzo, co może to znaczyć
że nas tak, jeden prowokuje, a drugi, zaczyna obserwować,
Po odejściu ukraińca na bok zaczynamy między sobą żałować się w ogóle
wdaliśmy się z domu, mówiąc że pewnie to się z nami źle może skończyć
Po trzech blisko godzinach męczącego czekania, nadjeżdża nasz pociąg
Ten sam starzy bandrus zaczyna stojąc w drzwiach, wypuszczać pojedynczo
ludzi do pociągu, my trzej staliśmy blisko drzwi wyjściowych, w kąciku
przepuszcza różnych, no i nas trzech, natomiast chce[?] ukraińca[?]
zatrzymuje do końca, bo ma duży ładunek, we worku, nawet nie
wypuszcza, Wpadamy do najbliższego przedziału, bo i tak cały przepełniony
stajemy w drzwiach dalej wejść trudno, podchodzi stary bandrus, no i nasz
znajomy ukrainiec, bandrus wyciąga pałki[?], teraz to będzie lanie myślimy
krzyż[?] dlaczego[?] nie przahamy[?] się dalej, po niemiecku, staje koło nas nas schadza[?]
Wali pałką koło nas stojących przed nami, robi się wolniej wchodzimy
do środka, Ukrainiec chce się też dostać ale drzwi już zamknięte
przez bandrusa starego, to stojąc na schodkach bandrus odzywa się po cichu
do mnie stojącego w oknie rozbitym, jakoś te dojedziecie do Lembergu
pierwuni[?], słucham, nie wierzę co polskie mowa w tym z nienawidzonym
mundurze napewno Ślązak Polak, myślę sobie jakoś to będzie
może uwierzycie[?] jeszcze że ludzie o ludzkim sercu
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Natomiast ukrainiec uczepił się wagonu, stojąc na schodkach
Pociąg rusza, ten sam bandrus, krzyczy na niego, zwiej, raus[?], ten się
nie puszcza pociągu, wali gumą, gdzie popadnie, raz, po raz
z ciągu z wagonu, teraz już leje gumę na całego, pociąg odjeżdża.
Podniesieni na duchu odjeżdżamy, myślimy sobie, no cóż więcej
mam mokutnią[?] ale na plecach i głowie, może cię to uleczy z pychy
Udaje się nam dość szczęśliwie, wszystkim porozłatwiać swe sprawy,
Na drugi dzień wracamy, jesteśmy na stacji we Lwowie czekamy na pociąg
Przyjeżdża i nasz ukrainiec, spotykamy się w przejściu, pytamy jak to
Wasylu[?] udało ci się przyjechać, co słychać, jak załatwiłeś swoje sprawy
A on tylko Naj[?]słow[?] trafi Nimakit[?] i powiedział zły jak djabeł.
Powracając do domu rozmawiamy na ten temat[?] rajstu[?] z bandrusem
i ukraińcem. Cieszymy się pomimo ciężkich warunków w jakich znalazła
się ludność Polski. Jednak może uda się jakoś przetrwać, a bój[?]
dla nas będzie jeśli, takich serc Polskich będzie więcej w mundurze
niemieckich, Było to dla nas pierwszą nadzieją przetrwania.
I przyszedł mi z dawna zapamiętany[?] wiersz na pamięć
że ktoś dobrze znał serce ludzkie, kiedy ten wiersz ułożył
że Serce nie sługa nie zna co to pany
Świdnica 25/I.1964 2 - V
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1) IV. Wandolina.
Była to miejscowość w powiecie Rochatyńskim będący majątek pań[stw]a
Kowalewskich, zabudowania gospodarcze jak i sam dwór, znajdowały się
jeszcze w dość dobrym stanie, pomimo że jak starzy ludzie opowiadali
prawdopodobnie, miały być budowane za czasów króla Sobieskiego.
Przez tę miejscowość biegła główna droga. Po jednej stronie drogi
był właśnie dość duży park z różnymi drzewami krzewami ozdoby
i dość duży sad. Po drugiej stronie natomiast były zabudowania
opuszczone byłych kolonistów polskich i dość duży kawałek lasu
z posianiem[?]. Miejscowość ta graniczyła z kilkoma wioskami
ukraińskiemi. Dlatego była dobrem schroniskiem dla różnych
band UPA. Polacy zamieszkujący w wioskach polskich, podczas
okupacji niemieckiej, przejeżdżając tą drogą, byli napadani i mordo-
wani. 1943 roku po rozgromieniu i ogniowo wymordowaniu [SKREŚLONE: dość] dużej polskiej
wsi bardzo starej osady, Mieszkańcy z powodu rozdrobienia swych
gruntów, zajmowali się w większości tkactwem chałupnictwem
już z dziada pradziada, że swych wyrobów słynni byli dość szeroko
Niestety zostali jak już wspomniałem rozgromieni przez bandy UPA
i ogniowo wymordowani. Spowodowało dość dużą panikę w osadach
i wioskach polskich, i mieszanych polsko-ukraińskich, Których
było dość dużo na bytym terenie powiatu Rochatyńskiego
Zaczęto pakować manatki, wyjeżdżać, jedni do większych miast, drudzy[?]
na zachód, w Brzeżowskie, Krakowskie, gdzie kto tylko mógł lub miał
znajomych, czy też krewnych, Byli to jednostki ludzi więcej wrażliwych
lub też chorych, Natomiast Horołówka[?] i inne osady polskie
uprzedzone przez byłego posła polskiego choć narodowości niemieckiej
Limbergera, wyjechały, w większości do Łukowca dużej osady
czysto polskiej. Łukowiec Wiszniowski i Żurowski bo tak się nazywały
Był na styku trzech powiatów Rochatyński, Bóbrecki, Żydaczowski Osada Łukowiec
w roku 1943-4, była tak, jak okręt ratunkowy
na falach wzburzonego Oceanu i portem w[szys]tkich rozbitków
którzy uratowali życie swe czy też rodziny. A nawet i z innych powiatów
jak Kałuskiego dużo rodzin zamieszkało aż do końca wojny w Łukowcu
Dlatego że był dość dobrze zorganizowany, a będąc osadą dużą rozrzuconą
na dużym obszarze, otoczoną wokół lasami, Choć wszystkich mniejszych
osad polskich były nam zwrócone, Polacy zagnieżdżeni[?] na wsi mniejszych
wioskach, kryjąc po różnych schowkach swój dobytek, jak zboże czy i
inwentarz żywy, u niektórych, chłopów ukraińskich, sami będąc[?] wraz z domow[nikami]
na wóz wyjeżdżali do Łukowca, bo tam spodziewano się jakoś prze[trwać]
Resztę majątku i dorobku pozostawiali, na pastwę losu; Widząc w końcu
że wojna się nie kończy, a żywności zaczęto niektórym brakować
tam tym i u których kwaterowano jak tym co przyjechali,
Więc zaczęto przemyśliwać nad tym ażeby się dostać do swych
opuszczonych gospodarstw, może o ile nie zrabowano im ich
ukrytych zapasów to się da coś przewieźć.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
2) IV Wandolina.
W Łukowcu stała ochrona mostów przeważnie kolejowych, składająca
z Azerbejdżańskich[?] baonów którzy będąc zabrani do niewoli, wysługiwali się
niemcom. W porozumieniu się z dowódcą, danej jednostki, i dawali kilka
litrów bimbru samogonu. Dowódca wyznaczał eskortę żołnierzy pod
konwój do danej osady polskiej a przeważnie najwięcej jeździło do Ka[łusza?]
Odległość z Łukowca do Horołówki[?] była dość znaczna, dlatego trzeba było
wyjeżdżać z rana ażeby z powrotem na wieczór, wrócić, bo nocą już powrót właśnie
przez tę Wandolinę obsadzoną przez bandy UPA był bardzo niebezpieczny.
Pierwszy przejazd dość dobrze zorganizowany udał się dobrze, Natomiast drugim razem
zorganizował wyjazd niejaki Kraś [DOPISANE NAD WIERSZEM: Kraś], który znalazł
się przy tym czasie, na terenie naszym, nie wiadomo,
ale że będąc dość odważnym i wygadanym, no ochoczym do bitki
i wypitki samogonu, co mu wyrobiło u niektórych dość duże powody
Jednak jak się później dowiedziałem był to konfident niemiecki i
banderowców, Wyjechano dość późno, tam dość długo marudzą
wracając, z powrotem, tylko dzięki temu że banderowcy, za wcześnie
zaczęli, napad, ofiar w ludziach nie było ale strzelano wszystkie wozy
i kilka koni, bo wierzch odcięto, od wozów, z [nieczytelne] się na
na stację kolejową, gdzie stał dość duży transport wojsk niemieckich
jadących na wschodni front, Rozbitkom tym różnymi okrężnymi
drogami udało się wszystkim dostać nareszcie[?] do domów;
Niektórym utrwodnionym[?] przeciw wyjeżdżającym polskie mienie żal było oddawać
przyjeżdżającym polakom, Dlatego w porozumieniu z bandą zaczęli coraz
częściej napady, W końcu na tej Wandolinie założono stałą bazę
wypadową, 1943 roku przy końcu marca, wybrało się dwóch braci Bednarzy
z kilku kolegami do Horołówki[?], ażeby ze swego gospodarstwa coś przywieźć
Jechano saniami bo był jeszcze śnieg. Była godzina 8 rano, gdy
znajdowali się na tej Wandolinie, zatrzymano ich niby w celu wylegit[ymowania]
Koledzy jechali pierwsi, zrewidowano, przystąpiono, do Bednarzy
korzystając że odstąpiono od nich to inni koledzy, ruszają galopem
z miejsca, tak że jeden nie zdążył wsiąść się na sanie, a czepił się tylko
za rzemienia u sań, i tak ciągnąc się około kilometra, udało się też
po różnych tarapatach dostać szczęśliwie do domu, Bednarzy i jednego
z kolegów Groszka, zaczęto torturować w straszliwy sposób, tak że
po znalezieniu, ich zwłok, trudne były do poznania, a byli to chłopcy
młodzi, 17 letni, 19 letni, 24 letni bardzo przystojni, i zdolni,
Przepadła tam również jedna dziewczyna, która sama udała się do swej[?]
rodziny, ślad po niej zaginął, Przez lato 1943 roku było trochę spokojniej
tak kilkanaście razy udawało się przejechać bez żadnych napadów od bandy[?]
zaczęto się znów gorzej, ale z spowodu odstaw kontyngentów zbożowych dla
niemców, Na który niemcy zaczęli nacisk na ludność zamieszkałą,
w Łukowcu. Będąc kilku dni temu na kontroli, mówili że wieś zalega dużo,
jeden z nich przedstawiał się jako były inspektor szkolny w Stanisławowie
Mówiąc znam ja was polaczki bardzo dobrze, wam tylko szabelka i konik
w głowie, ale już niedługo z wami się zrobi porządek
[ODRĘCZNIE — cała strona; pismo ręczne autora]
IV Wandolina
W pierwszym rzędzie z tymi co zalegają to żeby zrobić wykaz, tzn. on ma na nich
dobre miejsca. Więc ażeby uniknąć represji ze strony niemców,
zaczęto odwozić częściej wyznaczone kontyngenty zbożowe i ziemniaczane[?]
za odstawione kontyngenty, niemcy płacili bonami tak zwanymi
punktami na wódkę różne wyroby blaszane i skórę, częściowo złotymi
emisyjnymi, Po odstawieniu większej ilości kontyngentu przez rolników ze
wsi, należało się zgłosić do punktu skupu, po odbiór należności, jak i odbiór
świtów dostawy i rozliczenia, Zostałem wydelegowany do wyżej wymienionego
punktu skupu, Zorganizowawszy kilka furmanek, które załadowały zboże
wcześnie odjechały, Ja natomiast wsiadłem jednego gospodarza z młodym
koniem, ażeby dopędzić[?] odjechane furmanki, przez tego zboczyć na
stację kolejową która była po drodze znajdującej się do skupu ażeby
odebrać należności za odstawiony kontyngent ziemniaczany,
Na stacji siedzi czterech młodych mężczyzn, twarze mi nie znajome
bardzo typy podejrzane, spoglądają na mnie spod oka aż człowiekowi
skóra cierpnie, nadchodzi znajomy kolejarz, pytam go, o urzędnika[?]
który przyjmował ziemniaki i nie wypłacił[?] za nie, nie ma go
mówi wyjechał do punktu skupu, Siadam na wóz jedziemy dalej
przyjeżdżam do punktu skupu, wpadam do biura do tego który wypłaca
i [nieczytelne], porozumiwszy się z danym kasjerem, mówię po co przyjechałem
dobra ją[?], Telefon do niego stąd nie wiem, ale stygnie[?] jego odpowiada
do słuchawki, tak tylko ma przyjechać, tak, Żurowski[?]
Co myślę sobie napewno, dzwonią[?] ze stacji gdzie byłem poprzednio
czy ja już przyjechałem do punktu, czy dany osobnik z Łukowca[?] [DOPISANE NAD WIERSZEM: Żurowski]
już przyjechał, O ile wybiorą pieniądze i punkty za zboże odstawione
aby[śmy] tego dosyć duże należności, to zrobią napad i odbiorą.
Po obliczeniu wszystkiego przez kasjera, każe podpisać odbiór,
Ale rozglądnąwszy się prędko po biurze widzę kilka utkwionych
badawczych spojrzeń, Odmawiam podpisu i odbioru, tłumaczę
kasjerowi że mam jeszcze kilka spraw do załatwienia wychodzę
zapewniając kasjera że jak będę odjeżdżał to wpadnę, gotowe już jest
wszystko, podpiszę i zabiorę, on mówi fajno[?] je, Idę do magazynu zbożowego
pomimo, że prosiłem rano odjeżdżających furmanów ażeby razem
pojedynczo nie odjeżdżali, zastaję tylko jednego starego, który sam
sobie nie mógł dać rady, czekał na pomoc, pytam gdzie reszta
furmanów, powiada każdy prędko zsunął swoje zboże i pojechał
do domu jak by ich diabli gnali, Po przyjeździe na Wandolinę
zostali przez silną bandę zatrzymani zrewidowani szczegółowo
Co tylko z rzeczy koło nich znaleziono zabrano, kto miał nóż
zapalniczkę, pobito, powiadając że co to macie mieć nas rżnąć
i palić ciepłe [SKREŚLONE: wierzchnie] ubranie zabrano, i puszczono,
Gospodarza który ze mną rano jechał bardzo skrupulatnie zrewidowano
jak i wóz i nawet pod wozem, dano mu kilka razy[?] po plecach
z tłuścią[?] że nic nie znaleziono i też puszczono,
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1 IV Wandolina
Napadnięci po przyjeździe do domu, i opowiadając w wiosce, o napadzie
przez bandy na nich, wywołało to zamieszanie i panikę, co się stało
z resztą no i ze mną, żona lata od jednego, do drugiego, nikt nie
nie wie, Na pewno zamordowali bo przecież ja pieniądze odebrałem
Kiedy oni tak koło nas szukali, to teraz musieli mnie złapić no
i zabrać pieniądze i zamordować, kiedy go jeszcze niema,
Żona zrozpaczona a rodzina cała może jeszcze przyjedzie,
Furmanowi każę konie ładować do drogi, aby był gotowy,
stanąć nie na bocznej nieoczyszczonej niż to ulicy, aby nie zwracać
uwagi przechodzących, Sam idę do biura do kasjera,
W biurze prócz niego niema nikogo, prędko licząc odbieram chowam
i wychodzę, bocznymi uliczkami ale mi znanymi dostaję się
do wozu, Natychmiast całkiem powoli ażeby nie zwracać na
siebie uwagi jedziemy, O napadzie na poprzednie furmanki
nie wiemy, Na dworze ciemno choć oko wykol[?], pada deszcz
dość silny wiatr, no listopad, Stary furman mówi konie mamy
dobre ale co ta będzie na tej Wandolinie, tam i konie nie
pomogą, Mijamy jedną wieś, po woli drugą pełną ukraińców
powoli jakoś szczęśliwie się udaje, Nareszcie ta stronną[?]
i Wandolinę, jedziemy jak najwolniej, ażeby nie robić chałasu wcale
[SKREŚLONE: W jednym z domów opuszczonych przez kolonistów polskich widać światło]
[SKREŚLONE: Przyglądając się dobrze widzę wychodzącego mężczyznę z karabinem]
[nieczytelne] na ramię, idzie w kierunku drogi, drugi staje na progu
domu, I zsuwam się z wozu prędko do rowu, w rowie mokro
ale nad rowem drzewa, powoli posuwam się naprzód udając się[?]
Bandyta podchodzi do wozu nie zatrzymując się wcale a widząc
że tylko próżne wory i stary człowiek do tego jeden przepuszcza
furmankę spokojnie, a sam wrócił się z powrotem
Wyśledziwszy z rowu biegiem na palcach dochodzę wóz nakoczyłem[?]
wystraszony lejce daję po koniach na całego, Wyjechawszy na teren
już bezpieczniejszy pytam furmana czy coś widział czy zauważył
wóz, Powiada do mnie że zdawało się mu że ktoś siedzi koło wozu
ale myślał że to ja, że zmarzłem i zsiadłem z wozu
ażeby się rozgrzać, W domu zastałem rodzinę zapłakaną
niespodziewającą się mego powrotu.
W roku 1944 we wrześniu już przy zajęciu tych terenów przez Armię Radziecką
27 lipca 1944, na tej Wandolinie, też zostali napadnięci przez dużą bandę
gospodarze polscy odstawiający plon zbożowy dla wojsk frontowych
po rozgromieniu i zabiciu jednego młodych chłopców[?]
reszta zostali uratowani przez nadjeżdżający oddział radziecki
jak również złapano jednego komendanta bandy i zastępcę
Co było zakończeniem działalności bandy na tym terenie
Świdnica 13.XII.1963
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1) Bimber. Tytoń. Władysław[?]
Za okupacji niemieckiej dużo rolników było u nas małorolnych,
Ażeby uniknąć wysyłki wszystkich dzieci na przymusowe roboty do Niemiec, czy zabrać
krowy na kontyngent, Popodawali sobie do spisu rolnego, z którego wyznacz[ano]
kontyngent, areał ziemi większy od faktycznie posiadanego, Z jednej strony
było to poniekąd zabezpieczenie, niejako, ale z drugiej strony teraz weszło to
zboże, jeżeli się tego pola nie posiada, Spis ten podany przez każdego gospo-
darza osobiście, doręczony, z własnym podpisem, miał być aktualny dla
wybranej komisji przez rolników danej wsi, wyznaczającej kontyng[ent]
zbożowy. Natomiast z drugiej strony medalu nie dała być krzywdzącą danego rolnika
małorolnego, i co stwarzało komisji gospodarczej po prostu problem
przy zwierzchnictwie[?] ludności zamieszkałej na danym terenie, Przychodzący dany
osobnik naprzykład, mający jeden hektar ziemi miał dać 7 centnarów
zboża z hektara, mówi do komisji, przecież dobrze wiecie że ja mam
tylko 50 arów a pięcioro dzieci no i żonę, to skąd ja wam wezmę.
Prócz tego było dużo zakwaterowanych bo prawie w każdym domu było
z jednym dwoma[?] cudzoziemcami[?] z terenów zagrożonych, Więc trzeba było coś obmyślić
ażeby jak najwięcej zboża pozostało w danej wsi, Po kilku dostawach do punktu
skupu i rozglądnięciu się na miejscu w sytuacji, Udało się porozumieć z jednym
z magazynierów ukraińcem co do kupna, płacąc jemu do ogółu pieniądze
z zamianą co otrzymywało się kwit dostawy zbożowej do skupu
Ustalono cenę 300 zł za pszenicę, 250 zł żyto, 200 jęczmień i owies
Tym sposobem udało się uratować kilkanaście ton zboża,
które w tym czasie tak ciężkim był nam tak pośrednio, dla nas
jak i ludności napływowej, jak również i obrońców znajdu[jących]
się na naszym terenie, Poniekąd dało możność i małorolnym
wywiązania się z ciążących im ciężarów kontyngentowych
Było też dobrem rozwiązaniem dla komisji gospodarczej
z Projektu tego byli wszyscy zadowoleni.
Dużą pomocą były plantacje tytoniowe które podczas wojny dość silnie
się rozwinęły, choć trzeba było zdać część do fabryki tytoniu niemcom
oraz kontyngent, ale przeważnie zdawano tytoń najgorszy gatunek
porostawiając sobie część większą i do tego gatunek najlepszy.
Na który zawsze było amatorów dużo, no i cena też była dobra
bo kg tytoniu krajanego[?] jakikolwiek by nie był było 300 zł
co równało 100 kg pszenicy, Prócz tytoniu pędzono samogon bimber
z buraków cukrowych, ziemniaków, z jednej strony niektórym też
dawało dość pokaźne zyski, ale z drugiej strony było przyczyną
kilkunastu wypadków [nieczytelne], zamieszania i pomyłki
jak również wypadków katastrofalnych, przyczyną kilkunastu
śmierci, choć cena też była 300 zł za litr samogonu
ale w porównaniu do strat moralnych i fizycznych nieopłaca
się jak mówi przysłowie, skórka za wyprawę
Świdnica 20.I.1964
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dołha, Ziemianka.
Dołha była to stara wioska w powiecie Kałuskim, Natomiast Ziemianka była to reszta
z dawnego majątku Dołhy, rozparcelowane między ludność polską, Dołha zamieszkała
była przez ludność ukraińsko polską. W około otoczona lasami jodłowymi,
W roku 1943 gdy w około płonęły kolonie polskie, osadnicy chcieli uciekać do Kałusza
a częściowo do Łukowca gdyż dużo, miało znajomych i krewnych, Był ksiądz probo[szcz]
odradzał tego, na noc, powiada chodźcie do mnie na plebanię,
Dom jest duży, murowany, zapalić się nie zapali, a obronić to się
zawsze obronimy, Na wszystkich to doszło do przekonania,
Była jednak pewna część ludności która uwierzyli w bezpieczeństwo
murów plebanii Pewnego dnia w marcu wieczór, podjechali banderowcy uzbrojeni[?]
autem pod plebanię, mowa rozlega się niemiecka, mundury też
jak i broń niemiecka, jakoby to strzelcy do niemców, pewnie szukają
kwater na noc, myślą sobie iż niestraszni straszni[?],
Rzucają jakieś beczki. Na dworze dość ciemno zamknięci nie widzą-
co ci żołnierze robią. A ci jedną beczkę rozlewają naokoło do muru
drugą zapalają pod drzwiami, kryją się do cienia ażeby ich
nie było widać, Kto tylko się pokazał w oknie do tego oddają strzały
Około 60 osób zginęło w straszliwych męczarniach, Jedynie jednemu
chłopcu udało się pomimo postrzału w nogę jakoś prześliznąć
i skorzystał z nieuwagi bandy, doczołgać się do lasu, no z spędu[?]
w lesie, a rano latami dostał się do Łukowca
Natomiast dziewięcioro tak Dołhy jak i Ziemianki która była się po
latach i po swoich tylko znanych skrytkach, część wyjechała do Kałusza
a część Łukowca gdzie przybywała aż do końca wojny
Koniec
Świdnica 26.I.1964
[nieczytelne]
(dzień - miesiąc)
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1) II Rewanż Wielkanocny. 1 - II
Rok 1943
Był to dzień Wielkanocny w którymże ludność ukraińska, obchodziła
swoje święto, Dzień był to mglisty, i do tego dokuczliwie zimny.
Pora dość wczesna, około godziny 4 tej rano, W wiosce zamieszkałej
przez ludność ukraińską, a stykającą się, z naszą wsią, czysto polską,
zaczęły się przygotowania do Rezurekcji, Młodzi chłopcy jak zwykle wszędzie,
jest we zwyczaju, porobionymi kołatkami, czy też trajkotkami,
Latając w około cerkwi, kołatali sobie, co z dalszej odległości, do złudzenia
było podobne, do strzałów z lekkiej broni maszynowej,
Ponieważ był to okres bardzo krytyczny dla ludności zamieszkałej na
byłych terenach wschodnich, Po tego od kilku dni, krążyły wersje że okolicznych
lasach, znajduje się przechodząca banda UPA. z okolic Wołynia,
Z powodu tego było u nas w wiosce, dość silne napięcie nerwowe.
Ja mieszkający na krańcu wsi i w pobliżu wsi ukraińskiej orientowałem się
dobrze, co znaczą te kołatania, Natomiast placówki położone niżej
a zwłaszcza posterunkom alarmowym, zdawało się że zostałem napadnięty
przez bandy UPA. Więc kto co miał wyszedł a przeważnie kosy różne piki
na ostrze obsadzone, pieszo i konni, na wprost przez pola, około 40 stu
chłopa przypadło do mnie, Okrążając ze wszystkich stron budynki wszystkie
[SKREŚLONE: W pierwszej chwili nie mogłem sobie zdać sprawy co się to dzieje]
Z tej strony to znaczy zachodniej, i północnej, to znaczy od zamieszkałej
przez ludność polską, napadu się nigdy nie spodziewałem. Różne myśli
przelatują mi przez głowę, no jeżeli to banda, UPA. myślę sobie
która mogła w gwoli[?] a później, polem się przekraść, to już z nami koniec
Bo sposobność była dobra ku temu, dlatego że noc, była bardzo mglista i ciemna
A najbliższa placówka była około kilometra ode mnie dopiero, więc luka była
dość duża, więc i możliwość przesunięcia była duża
Za alarmować i pobudzić, rodzinę ażeby ją ukryć, już nie ma czasu
Ukryty za ścianą budynku nadsłuchuję. Felek więcej na prawo,
Tylko nie kupą, bo was postrzelają, Odsłuchnąłem[?] poznaję głos znajomy
mi dobrze jednego z kuzynów żony, Ale jakieś dziadła oni całą kupą
tu tak walą, do mnie, co [SKREŚLONE: nieczytelne] zaczęły czas okupacji, nie było stosowane
myślę znów sobie, Wychodzę do nich pytam co jest co to znaczy i ma[cie]
A myśmy już myśleli że was napadli i już wszystkich pomordowali
Ale co to było że nas rozalarmowano i do tego aż trzy placówki, pytają się,
Prowadzę do mieszkania, wszyscy, prawda obuci, ubrani śpią sobie spokojnie
Wychodzimy na gościniec, który graniczy nas od terytorium zagrożonego
a teraz sami słyszą, i poznają, głos kołatek we wsi ukraińskiej,
Ale dlaczego u nas ten głos inaczej, wygląda i silniej go słychać jak tu
u ciebie pytają mnie, Dlatego że wieś ukraińska była na górze
pobudowane no a wy mieszkacie całkiem niżej więc i głos wydaje się
inny, słuchają chwilę, kończy się na docinkach jeden drugiemu
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1) II
Zaczęli sobie jeden drugiemu różne żarty krotochwilne przyplatać
a że wtenczas było czas pędzenia samogonu, niejeden był jak
jak to mówię, pod chmurem, tym którzy byli powodem alarmu
napili im jak [nieczytelne] co się tylko dało, w końcu odeszli
każdy na swoje, stanowisko,
Natomiast ludność ukraińska zamieszkała w tej wsi powiadomiona
przez swoje posterunki alarmowe, że mazury idą ich wyrzynać[?]
na co wywołało tam dużą panikę, zostawiając wszystko w domach
co przygotowano i upieczono na święta sobie, uciekło
w większości w pobliskie lasy, Jak sami później nam opowia[dali]
to kobiety i dzieci trzy dni w lasach siedzieli, tylko mężczyźni
zdrowi i młodzi pozostali, którzy im w drzewi[?] od czasu
do czasu tylko żywność dostarczali. Było to dla nas a zwłaszcza
dla tych którzy mieszkali na krańcach wsi polskiej niejako
rewanżem. Co niejednego podniosło na duchu że może
jakoś przetrwamy[?], Było to nam w tych ciężkich czasach
[SKREŚLONE: nieczytelne — 2 linijki]
W roku 1944 po przyjściu już wojsk radzieckich do nas
gdy stosunki między ludnością polską już nie były tak napięte
niekiedy w rozmowie, gdy spotykaliśmy się z kilkoma gospodarzami
ukraińskimi, naprowadziłem rozmowę na powyższy wypadek
z roku 1943 Wielkiejnocy w danej wsi, Śmiewali się sami
z siebie, Ale za wytworzone napięcie między nimi a nami
całą winę składali na swoją inteligencję ukraińską
A najwięcej na swoich Adwokatów i popadiów[?]
Świdnica 20.III.1963
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Sołtys Bojko - 1945
Wyrażam zgodę, ale z zastrzeżeniem że całą noc mają, pełnić wartę
w podwórku, jest nas osób 3 mężczyzn i troje kobiety, za najmniejszym
podejrzanym ruchem mają mi dać znać, godzą się na wszystko bardzo
zadowoleni, Sąsiad ukrainiec odchodząc zapewnia ich mogą być spokojni
i spać spokojnie, Po ulokowaniu wozów w budynkach gospodarczych i koni
gdyż na wozach mieli sól do zamiany, za zboże, Zapraszam ich do mie[szkania]
Młodsi ociągając się odmawiają natomiast stary głosem dość podniesionym
powiada do nich jakie z was durne capy, jeżeli ten pan, nas przestrzegł
przed niebezpieczną jazdą noc w noc, i dał nam wódki, to wy się jesz[cze]
duracie boicie, ja idę a wy marznijcie sobie całą noc na dwo[rze]
Po ugoszczeniu ich kolacją no i trochę samogonem a później
tytoniem do fajek, języki ich się rozwiązały, czuję się jak w domu
u kobiet widać łzy w oczach. Pytam dlaczego płaczą, spoglądając na
płaczę teraz gorzej, Stary Bojko mówi do mnie ja znaję pana
Grocho, Bo to wszystko winni nasza ukraińska inteligencja
nasze adwokaty no i Popadie, bo im się marzyła samostijna
Czyż nam źle było dawniej razem żeśmy z polakami bawili się
pili, żenili się między sobą, całą wojnę światową razem odbyli
Dopóki było mniej u nas mądrych, a ale dużo niemądrych i niby to
uczonych i do czego doszło, że człowiek, człowiekowi się boi, i niewie[rzy]
mu, A kobiety płaczą bo się niespodziewały już do domu wrócić że
ich tu spotka jakieś nieszczęście, A wy panie przestrzegli[ście]
przyjęli na nocleg no i dali jeszcze jeść, bo oni panie już dwa dni
nic w ustach nie mieli, Jakby to dobrze było na świecie ażeby
człowiek człowiekowi nie był wilkiem, Co dłuższej na ten temat rozmowa,
Nareszcie pytam co myślę robić z tą solą, są łaskawi, proponuję im rano posz[ukać]
nabywców we wsi na sól, dziękują się bardzo zadowoleni, długo w noc gaw[ędzimy]
i dopiero śpimy, Daje znać do wsi przez czuwających parę godzin wszystko pomijali
się po prostu uszczęśliwieni dobrą zamianą.
Żegnając się i gorąco dziękując za ochronę i pomoc
że łzami w oczach odjeżdżają, do swych domów
1 - VII[?]
26.I.1964
[ODRĘCZNIE — cała strona]
1 - VII Sól - Bojki - 1945
Po wkroczeniu Armii Radzieckiej na byłe tereny wschodnie w lipcu 1944 roku
Nie było jeszcze całkiem bezpiecznie, na tych terenach, gdyż grasowały
jeszcze różne bandy U.P.A przesuwając się na zachód, Pomimo tego że było
to już rok 1945 [nieczytelne], pozostała niepewność i duża nieufności
między ludnością polską i ukraińską. Z powodu że dużo kolonii na wschodnich
terenach zostało rozgromionych i ludności polskiej pomordowanych
Dlatego te niepewności i nieufności trwała nadal, Ale mimo wszystko
kto pozostał przy życiu, trzeba było jakoś żyć, Brak było wszystkiego
jak zwykle, po wojnie, Więc ludność zmuszona była wyjeżdżać poza obręb
swych miejsc zamieszkania, ażeby coś kupić czy też zamienić
towar ten który był komuś niezbędnie do życia potrzebny.
Jest niedziela kwiecień wieczorem, młodzież wraca, z nieszporów
Na dworze dość zimno, Kończąc obrządek koło swego inwentarza żywego
Na gościńcu z podwórza dawno niespotykany mym oczom widok.
Przyglądam się lepiej wychodzę na gościniec ale tak, poznaję po ubiorze
Bojki, to znaczy ludności ukraińska z okolic Bolechowa - Skole
gdzie [nieczytelne] furmanki, zatrzymuję pierwszą furmankę, pytam dlaczego tak
późno jadą, dlaczego na noc nie poszukali sobie, gdzieś noclegu wcześniej
Tłumaczą mi że jazda na noc jest jeszcze niebezpieczna bo grasują
bandy, odbiorą konie no może być źle nawet i z nimi.
Dwóch młodych chce jechać dalej - natomiast jeden starszy który jak późn[iej]
opowiadał że całą wojnę 1-ą światową służył z Polakami w jednym
pułku, a później był w niewoli Włoskiej i Armii Hallera w Francji
Powiada do nich ja dalej nie jadę i temu człowiekowi wierzę na słowo
a wy jak sobie chcecie to jedźcie, popierają go trzy kobiety które też
z nimi były. Ażeby moje słowa były dla nich wiarygodne, mówię do nich
Naprzeciwko tu mieszka ukrainiec, idźcie, do niego jest w domu,
i spytajcie się sami, jak się sytuacja przedstawia, a wtenczas się
dowiecie może nawet lepiej jak ode mnie, Po wysłuchaniu poszli.
Za chwilę przychodzą do mnie z powrotem, na twarzach i widzę po prostu
jakby przerażenie, Pytam co robią czy jadą dalej, stanowczo nie
ale co oni teraz robią, gościniec za wąski ażeby zawrócić
z powrotem rowy głębokie, sąsiad ich uspakaja niechce, bo się boi,
to jedno po drugiej tłumaczy się że nie ma gdzie, co mają robić
li[?] sami nie wiedzą, Proszą ażeby pozwolił im na podwórze wozy
zawrócić to jadą z powrotem, Naonczas na to sąsiad ukrainiec
mówi do nich że najbezpieczniej, i najlepiej będzie dla nich
jeżeli ja ich u siebie zatrzymam i przenocuję, Przyglądają się
mnie z pod oka niepewnie, sam nie wiem co robić, czy dać zgodę na
zanocowanie, czy też nie, a może się coś stać w nocy a później za to
odpowiedzialność spadnie na mnie, i rodzinę, i na ludność polska
[ZDJĘCIE]
Władysław Polak
autor wspomnień
(brat Edwarda Polaka)
[ZDJĘCIE]
Józefa Polak
żona Władysława Polaka
[ZDJĘCIE]
Moja rodzina : Władysława i Władysław Bojarscy z dziećmi:
Paweł, Teresa, Maria, Maksymilian, Damian i Faustyna
(zapisek pod fotografią)
[ZDJĘCIE]
Rodzina Władysława i Józefy Polak w Osieku.
Elżbieta, Julian, Bolesław, Maria, Czesław, Władysława, Stanisława, obok rodziców
dzieci, które przyszły na świat już w Osieku : Leontyna i Edward.
Osiek 1953 rok
LISTY, WSPOMNIENIA I ZDJĘCIA
List od pana Kosarewicza
Otrzymałem list od pana Mikołaja Kosarewicza, prawnuka Mikołaja Kosarewicza mieszkającego na Łukowcu Wiśniowskim przy ulicy Holeszowskiej. Pan Kosarewicz pisze, że najbliższymi ich sąsiadami były rodziny: Walentego Kobylarza, Sutyłów i Rogowskich. Oprócz domu w skład gospodarstwa wchodziły jeszcze; stajnia, stodoła, ziemianka i chlewik oraz znajdujące się w głębi posesji sad i przydomowa pasieka. Wyjaśniła się też sprawa kuzyna pana Tadeusza Kosarewicza, który jest znanym scenarzystą filmowym, m. innymi robił scenografie do takich filmów jak „Zemsta” „Mała Moskwa” „Sami Swoi” „Jancio Wodnik” ”Obcy musi fruwać” „Polska śmierć” i wielu innych. Z rodziny Kosarewiczów Michał należał do AK, a inni jej członkowie współpracowali z Samoobroną. Częstymi gośćmi w ich dom byli Piorun i Smoczkiewicz oraz Władysław Lustig, żołnierz AK pochodzący z Żurawna. Po wkroczeniu wojsk rosyjskich Władysław Lustig został aresztowany i wywieziony do miejscowości Szachty w Kazachstanie - gdzie był więziony i bity. Powodem była przynależność do AK. Po powrocie z Rosji Władysław Lustig ożenił się u Kosarewiczów. Pioruna wspomina rodzina Kosarewiczów jako bezwzględnego dowódcę i Patriotę. Smoczkiewicza natomiast wspomina źle. W Samoobronie nieco się angażował, ale jego postawa była dwuznaczna. Więcej nie chcę na temat tego listu pisać z racji zastrzeżenia, że rodzina nie życzy sobie ujawnienia całej jego treści. Muszę więc uszanować ich wolę.
Pani Zofia Żołna z domu Starkiewicz
W 2010 r. spotkałem się z Zosią Żołną, moją kuzynką i zapytałem o Łukowiec. W odpowiedzi usłyszałem, że jej rodzina na
Łukowcu mieszkała do 1934 roku, a później przeniosła się do wsi Zapust Lwowski gmina Narajów, powiat Brzeżany. Ojciec kupił tam parcelę i karczował las. Gdy sytuacja z powodu napadów ukraińskich stała się tragiczna, postanowili z powrotem uciec na Łukowiec do domu siostry mamy - Katarzyny Majdańskiej. Zapytałem, jak wyglądała ta przeprowadzka, - na co odpowiedziała mi Zosia: „Twój dziadek i Kruk Jan jego szwagier - przyjechali po nas w marcu 1944 roku dwoma saniami (jechali w dzień - gdyż uważali, że tak będzie bezpieczniej). W nocy, zapakowaliśmy, co się dało na te sanie i na drugi dzień ruszyliśmy na Łukowiec. Do Łukowca było od nas ze trzydzieści kilometrów. Zakwaterowaliśmy się u Majdańskich, którzy nieco wcześniej wyjechali w rzeszowskie. Do tego domu już wprowadziły się dwie rodziny tak, że spaliśmy jak te przysłowiowe śledzie. Z naszej wsi Zapust Lwowski na Łukowiec przyjechała jeszcze jedna rodzina o nazwisku Kalinka. Te ż mieli krewnych na Łukowcu. Stanisława Kalinka miała czworo małych dzieci, postanowiła z siostrą, że pojadą jeszcze raz do wsi Zapust po resztę rzeczy i obie w drodze powrotnej zginęły bez śladu. Gdzie je zamordowano, niewiadomo? Dzieci wychowywały się u dziadków, podobno mieszkają w okolicach Środy Śląskiej. Łukowiec był tylko naszym przystankiem. Po pewnym czasie i my wyjechaliśmy w rzeszowskie. Majdańscy osiedlili się w Raniżowie, a my we wsi Niebylec koło Rzeszowa, a później przenieśliśmy się też do Raniżowa. Warunki egzystencji były bardzo trudne. Gdy rodzice dowiedzieli się o wysiedlaniu Niemców z okolic Bydgoszczy, postanowiliśmy tam się osiedlić i tam też znaleźli swoje miejsce. Tak nasza rodzina znalazła się we wsi Zielonka, koło Bydgoszczy. Ja odwiedziłam babcię na Wałach Śląskich i poznałam tam mojego męża. Na Wałach Śląskich wyszłam za mąż i zamieszkałam. Wychowaliśmy z mężem czworo dzieci. Obecnie znów powróciłam w swoje strony w okolice Bydgoszczy.
Zosia Żołna poinformowała mnie również o fakcie, iż pani Kalinka przyszła do mojego dziadka Karola Burdzego z prośbą, aby pojechał jeszcze raz do wsi Zapust Lwowski po resztę pozostawionych tam rzeczy. Dziadek się nie zgodził - podobno pani Stanisława prawie się na dziadka pogniewała, choć powiedział jej: „Konia i wóz dam, ale już tam nie pojadę. Ryzyko jest za duże!”
Pan Józef Gajewski
Pan Józef pochodził z Bóbrki, kiedy rodzinę, składającą się z rodziców i dwanaściorga dzieci, postanowiono wywieźć na Sybir, panu Józefowi udało się uciec. Wyczerpany dotarł na Łukowiec, gdzie miał rodzinę - Januszów. Ulokowano go u Mrozińskich, gdzie przez miesiąc dochodził do zdrowia.. Rodzina Mrozińskich była bez ojca, zginął w walkach we wrześniu 1939 roku. Pan Józef po wojnie ożenił się z panią Mrozińską i z łukowianami przyjechał na Wały Śląskie. Zaczął też szukać swojej rodziny przez Czerwony Krzyż. Odnalazł się brat w Rosji, w Moskwie. Od niego dowiedział się, że ojciec przebywa w Lublinie. Pojechał tam i dowiedział się gdzie przebywają pozostali członkowie rodziny. Na Syberii zmarło dwoje dzieci, reszcie udało się przetrwać. Jeden z Gajewskich walczył w Armii Andersa. Inny ożenił się i zamieszkał w Moskwie. Jego syn Sasza prowadził ze swoją polską rodziną korespondencję, pomimo dużej niechęci ze strony radzieckiej administracji. Informację tę uzyskałem od syna pana Józefa - Antoniego, obecnie mieszkańca Wołowa na Dolnym Śląsku. Mama Antoniego Gajewskiego (Tośka) zmarła w 2011 roku w wieku 100 lat. Na marginesie chciałbym jeszcze dodać, że Tosiek (Antoni Gajewski) był w 1961 r. wicemistrzem Polski w żeglarstwie, w klasie 505, jako załogant, a także mistrzem Dolnego Śląska, jako sternik, w klasie Cadet. W Wołowie pełnił funkcję przewodniczącego i sekretarza gromadzkiej Rady. Na Wałach Śląskich rodzina Gajewskich przez wiele lat mieszkali obok nas. Byli bardzo dobrymi sąsiadami.
Pan Paweł Twardochleb
Państwo Twardochlebowie pochodzili ze wsi Głęboczek koło Zaleszczyk, pow. Barszczów, woj. tarnopolskie. Pan Paweł nie zna przyczyn wywózki rodziny na Sybir. Ojciec był rolnikiem i nie miał więcej ziemi niż inni gospodarze. Na
Syberii wylądowali w okolicach Nowosybirska. Starszy brat pana Pawła -Jerzy wyszedł z armią gen. Andersa i walczył pod Monte Casino, gdzie był dwukrotnie ranny. Na stałe osiadł po wojnie w Anglii. Ojciec pana Pawła zginął pod Lenino. Pani Twardochlebowa z jedynastoletnim synem Pawłem dostała przydział domu właśnie na Wałach, naprzeciw naszej posesji. Dom był ładny. Choć łukowianie zajmowali już znaczną część wsi to, jednak w wielu domach byli jeszcze Niemcy, co oznaczało, że są jeszcze wolne gospodarstwa. Kiedy Twardochlebowie doszli do przydzielonego im domu, byli w kiepskiej odzieży, zmęczeni, głodni, i zaniepokojeni jak wspomina pan Paweł Twardochleb. Na podwórzu naprzeciwko ich domu kręciła się jakaś starsza kobieta. Wyszła z dużym czterokilogramowym bochenkiem chleba w kształcie prostokątnej brytfanki i podeszła do nas mówiąc: „Może jesteście głodni” i ukroiła połowę tego chleba - pachnącego świeżego.
„Ja tego chleba Franciszku nie zapomnę do śmierci” - mówił pan Paweł. Tą osobą była twoja babcia Burdzowa. A gdy zacząłem pracować na budowie elektrowni wodnej Wały Śląskie, wysłałem do Warszawy swoje dane z nadzieją dostania się na kurs na maszynistę przewozu materiałów niebezpiecznych. Gdy przyszło powiadomienie, że na kurs zostałem zakwalifikowany, nie mogłem w to uwierzyć. Myślałem - ja do Warszawy?! - To przechodziło moje oczekiwania. Postanowiłem zrezygnować. Któregoś dnia poprosił mnie twój dziadek - Antoni Faszynkieder, który był na budowie płatowcem. Powiedział: „Paweł jedź na ten kurs. Jak go nie zdasz, nikt do ciebie pretensji mieć nie będzie, a jak go zdasz to będziesz miał fach na całe życie?! Pod wpływem tej perswazji zmieniłem zdanie. Za 7 miesięcy przyjechałem z Warszawy z uprawnieniami „Maszynisty do transportu materiałów niebezpiecznych”. Praca w Zakładzie „Rokita” w Brzegu Dolnym już na mnie czekała!
Pan Jędrzej Wojnas
Panu Jędrzejowi należą się słowa podziękowań za umieszczenie w Internecie na portalu „Wały” Zeszytów łukowieckich od numerów 1 do nr, 14. Chociaż rodzina pana Jędrzeja nie pochodzi z Łukowca, to jednak jest on zainteresowany rodowodem ludzi, wśród których od lat zamieszkuje. Dzięki jego pracy, dostęp do Zeszytów osób zainte-
resowanych jest praktycznie nieograniczony. Z panem Jędrzejem będę chciał jeszcze rozmawiać i prosić go, aby w Zeszytach Nr 6-8 umieścił kopie oryginału drugiego pamiętnika, a nie tylko jego przepisaną przeze mnie treść, gdyż ten pamiętnik ma wartość historyczną
Pan Tadeusz Schmidt
Pan Tadeusz zadzwonił do mnie z Głuchołaz. Jego rodzina pochodzi z Łukowca, mieszkali na Bakocynie. Ich sąsiadami byli Przyłuccy, Ukrainiec - Martyn, Kwietnie, Giermugi, Chłopowce i Rytwińscy. Pan Tadeusz mówi, że w ich domu mieszkało trzech partyzantów. Domownicy znali ich tylko po imionach; Heniek, Romek i kulawy Zbyszek. Rodzina pana Schmidta wyjechała z Łukowca nie tak jak większość mieszkańców przez stację Chodorów lecz z Kochawiny. Pan Tadeusz pamięta, że jak wyjeżdżał z Łukowca było też kilka rodzin m.in. Rytwińscy i Przyłuccy. Innych rodzin nie pamięta. Pan Schmidt mówi, że nosi nazwisko matki, z tego, co zrozumiałem, po ojcu powinien nazywać się Chłopowiec. W okresie ciąży coś tam się stało. (Jeżeli coś pomieszałem to bardzo przepraszam). Pan Tadeusz mówił też, ż e ciało Kwietnia, który zginął podczas przeprawy przez Dniestr - przyniesiono na ich podwórze. Dodał jeszcze, że jeden z Chłopowców był bardzo dobrym rzeźbiarzem i dwie jego prace znajdują się we Wrocławiu w obiektach sakralnych. (Bardzo interesującą informacją dla mnie są imiona tych trzech partyzantów - to jeszcze jedno potwierdzenie, zakwaterowania się na Łukowcu dużej grupy partyzanckiej.
Jan Koch
Otrzymałem też telefon od pana Jana Kocha z Wrocławia - jego rodzina pochodzi z kieleckiego. Mówi, że jest zainteresowany Łukowcem, gdyż jego teść dużo opowiadał o tym, co tam się działo (nazwisko teścia Sudoł). Pamięta, jak teść mówił, ż e był na Łukowcu taki oficer, który gdy przychodził na kontrolę posterunków, to chłopakom nogi drżały. Odpowiedziałem mu, że tym oficerem był „Piorun”- Zastępca komendanta bazy i że jego prawdziwe nazwisko brzmi - Piotr Król.
Marzena Krycińska-Marchewka
Zadzwoniła do mnie studentka z Warszawy - córka pułkownika Krycińskiego - pisze prace na temat swojej rodziny i mówi, że te materiały to dla niej skarb. Pani Marzena chce jak najwięcej wiedzieć o swojej rodzinie i pisze, że znalazła na statkach wyjeżdżających do USA na emigrację kilka razy nazwisko Kryciński. Są nazwy statków, jakimi wyjeżdżali - pisze, że wszyscy ci Krycińscy pochodzili z Łukowca.
Przekazałem pani Marzenie, iż najwięcej o jej rodzinie może jeszcze powiedzieć pan Jan Kryciński z Zabłota i pani Janina Maciąg też z Zabłota, gmina Kostomłoty pow. Środa Śląska.
Edward Szot z Brunowa
Wspomina: - Naszą kuzynkę Emilkę Szot zgwałcili Azarbajdzanie - był to gwałt zbiorowy - dziewczyna dostała pomieszania zmysłów. Po wojnie jakiś czas przebywała w Lipnicy (wieś pomiędzy Brzegiem Dolnym a Środą Śląską), a później była leczona w Lubinie. Niestety zmarła nie odzyskawszy równowagi psychicznej. Pan Edward dodaje; gdy Polacy dowiedzieli się o koncentracji oddziałów UPA nieopodal Łukowca, do Chodorowa pojechał sołtys Bal. Czy on tam przekupił jakiegoś generała nie wiem, ale tak mówiono - w każdym bądź razie na drugi dzień zjechał do Łukowca duży oddział Azarbajdzan pod dowództwem niemieckim na wypoczynek - to dało nam dodatkową ochronę? Oficjalnie chodziło o ochronę mostów i linii kolejowej. Dla ludności naszej wsi było to i dobre i złe. Ludzie oprócz gwarancji bezpieczeństwa korzystali też z zaprowiantowania Azerów. Na moje pytanie, czy wie, kto podczas pędzenia bimbru na Łukowcu zginał (było kilka takich śmiertelnych wypadków) odpowiedział: Tego to nie pamiętam, ale pamiętam, że gdy
Ruscy przyszli, próbowali naszych brać do wojska. Młodzież na ogół nie chciała opuszczać wsi. Dwaj chłopcy usłyszeli, że jak napiją się wywaru z tytoniu, to dostaną na płucach plamy i do wojska nie pójdą. Zrobili tak i obaj zmarli po wypiciu tego wywaru. Jednym był brat Aleksandra Kozła - Jaś, a drugim przybysz na Łukowiec chyba nazwisko Krzywonos- mieszkał on u Halickich. Pan Edward podał mi dwa nazwiska ludzi, którzy zginęli na Łukowcu już po wkroczeniu Karmi Czerwonej. Miał to być jakiś rewanż za kradzież krów we wsi ukraińskiej, o co obwiniano Polaków. Pisałem o tym i wspomniałem, że zginęło wtedy 14 osób a jednym z nich był pan Wróbel. Pan Szot dodaje, że zginęło wtedy dwie osoby z rodziny Lepionków w tym osoba dorosła i dziecko, i jedna osoba z rodziny Płaskonka.
Żona pana Szota pochodzi z rodziny Cebulów mówi: W 1951 roku u brata mojego Franciszka Cebuli, mieszkającego w Lipnicy, znaleziono ulotki, on należał do organizacji Orła Białego. Zawieźli go do Wrocławia na ul. Klęczkowską i tam torturowali. Był polewany wodą wisiał głową w dół, szczury podgryzały mu palce. Gdy zwariował wywieźli go do Gorzowa Wielkopolskiego do zakładu psychiatrycznego - gdzie zmarł.
Były różne sytuacje:
Rozmawiałem ostatnio z moim kuzynem Władysławem Majdańskim z Bydgoszczy - powiedział cytuję: „Byli też Ukraińcy bardzo porządni ludzie” - Tego ja nie neguję - tylko, że w polskich środowiskach dominował strach, przerażenie przed śmiercią i okrutnymi metodami jej zadawania.
Władysław Maślanka mówi, że przed wojną jego ojca siostra - wyszła za Ukraińca dwie wsie od ich wioski. Po wojnie ojciec posyłał jej paczki. Więc nic jej nie zrobili.
Także rodzina Szulców mieszkająca obok Łukowca we wsi ukraińskiej Kozara (Kozary) - wychowywana była w duchu polskim, choć żona Szulca była Ukrainką. W latach wojny tylko on chronił się na Łukowcu - reszta rodziny mieszkała w Kozarach bezpiecznie. Najstarszy syn - sze- snastoletni Paweł wyznaczony został na roboty do Niemiec i wyjechał. Po wojnie pracował we Francji, gdzie żyje do dziś. Po wojnie rodzina Szulców wraz z łukowianami wyjechała na zachód - Tylko najstarsza córka, która wyszła za Ukraińca została w Kozarach. Najmłodszy syn Władysława Szulca - też Władysław mówi: „Wychodzi na to, że Ukraińcy chcieli się rozprawić tylko z naszym ojcem - już po przejściu Armii Czerwonej, przyjechały do nas z Łukowca cztery furmanki i zabrały naszą rodzinę wraz z dobytkiem. Na Łukowcu mieszkaliśmy u rodziny Miszczaków”. Nie chc ę pisać, ż e sytuacje, w których Polacy przeżyli wśród Ukraińców były tylko wyjątkowe, - bo tego do końca nie wiem. Wiem, że Polacy bali się Ukraińców, gdyż nienawiść do Lachów była powszechna. Na marginesie chcę jeszcze dodać, że aktualny wiceminister zdrowia Jakub Szulc - pochodzi z tej właśnie rodziny i najprawdopodobniej nawet o tym nie wie.
Była kiedyś dyskusja w telewizji na temat UPA, Ukraińcy przyrównywali swoją organizację do naszego AK - twierdząc, że w UPA byli też Polacy
Mój ojciec skomentował to tak: Wyjątkowo mogły być sytuacje, że w UPA w wyniku jakichś zawiłości losu znalazł się i Polak, ale to były sytuacje całkowicie wyjątkowe.
Pan Jan Kryciński, wspominając czasy wojny, wspomniał też rodzinę, łukowiecką - polską - współpracująca z AK i Samoobroną. Ich ojca brat mieszkał na ukraińskiej wsi i gdy Ukraińcy zaczęli mordować, on poczuł się Ukraińcem i jak to powiedział pan Jan - był bardzo aktywny i antypolski. Można oczywiście zrozumieć człowieka mieszkającego wśród Ukraińców, że poczuł się Ukraińcem, to jest normalne, z jakim przystajesz takim się stajesz - Mordowania jednak i tej straszliwej nienawiści - nie można do końca zrozumieć.
Aleksander Kozioł
Pan Aleksander przechowywał w swoim domu Żydówkę i jej córkę. Po wojnie bardzo szybko opuścił Łukowiec- powodem był fakt, że zakochał się w Żydówce. Mąż tej Żydówki przeżył wojnę będąc żołnierzem
armii radzieckiej. Jak potoczyły się powojenne losy tych ludzi, niestety dokładnie nie wiem, choć słyszałem, że ta Żydówka powróciła do męża?
Kopia obrazu Matki Boskiej Kochawińskiej
Byłem ostatnio w Osieku koło Kostomłot na pogrzebie kuzynki Józefy Miśkiewicz i modliłem się w tamtejszym kościele przed kopią obrazu Matki Boskiej Kochawińskiej. Kopia obrazu została wykonana przez panią Polak -Burzę - jest bardzo ładna. W kościele jest też sztandar z wizerunkiem Matki Boskiej Kochawińskiej wykonany na zamówienie parafian przez siostry zakonne z Poznania.
Szpulka nici
W 1942 roku jeden z Żydów z Żurawna przyjechał na Łukowiec Wiśniowski, aby zaopatrzyć się w żywność. Był on krawcem, przywiózł trochę ciuchów i jakieś pieniądze. Znajdował się w sytuacji, w jakiej byli wszyscy Żydzi na podbitych przez Niemców terenach - po prostu walczył o przetrwanie. Żyd pragnął; płaszcze palta i spodnie przehandlować za jedzenie. Kiedy pozamienia ł już ciuchy i jego worek zrobił się pełen od jęczmienia ziemniaków, serów i wszystkiego tego, co zdobył, stanął nagle przed dziwną sytuacją - jak to do Żurawna zawieźć? -Wór ważył z 60 -70 kg - zanieść tego nie był w stanie - pieniądze wszystkie wydał, - więc co robić. Zaczął chodzić od chaty do chaty i prosić gospodarzy o zawiezienie mu worka z żywnością do domu, do Żurawna. Twierdził, że w domu ma pieniądze i dobrze zapłaci za przysługę. Po kilku odmowach zrozumiał, że znalazł się w pułapce. Nikt nie chciał się dla niego narażać. Pomaganie Żydom było zakazane - zawsze mog ło skończyć si ę tragicznie, wystarczyło tylko, żeby zaczepiła ich policja ukraińska czy gestapo. Żydzi żyli z dnia na dzień. Mieli z pewnością jakąś nadzieję, ale … Wszędzie groziła im śmierć. Polacy byli w lepszej sytuacji jednak i oni byli narażeni na rewizje, kaprysy ukra- ińskiej policji i Niemców. Poruszanie się swobodne było utrudnione. Za byle, co groziły baty, wywózka na roboty, czy do obozu, czasem strzał w głowę kończył nieporozumienia. W tej sytuacji Żyd kilka godzin zmarnował na chodzenie i proszenie rolników o podwiezienie go do Żurawna. Mowy nie było, wszyscy mu odmawiali. Stał tak bezradny na drodze i widział jak ludzie zaglądają do okien i spoglądają na niego z politowaniem. Dziadek też już wiedział, że Żyd w końcu część worka z żywnością gdzieś zostawi a z drugą częścią wieczorem wymaszeruje do Żurawna. Taż to 8 km - myślał. Żyd był już u niego, prosił o podwieziecie, odmówił - jak wszyscy. Gdy, Żyd podał cenę za podwiezienie, nawet się zdziwił: „pieniądze za życie, już lepiej niech pan idzie, tak jak pan przyszedł”. Dyskusji nie było. Patrzył jednak, co chwilę swoim jednym okiem na stojącego na drodze strapionego Żyda. „Człowiek jak każdy inny, aż żal bierze” - powtarzał półgłosem - „Przylazło to to z worem szmat i odejść nie może”. Był tym wszystkim przejęty, tym bardziej, że sam wymienił proso za zgrabne palto. Chodził po domu... w pewnej chwili otworzył szafę i popatrzył na palto, zamknął szafę i wyszedł na drogę. Zauważył stojącego Żyda niedaleko od swojego domu, był całkowicie załamany. Wrócił do domu i rzekł do żony: „Zawieze go do tego Żurawna, co się ma stać, to się stanie”. Żona milczała - wiedziała, że na decyzję męża wpływu już nie może mieć. Wyszeptała tylko -„la Boga - la Boga”.
Dziadek Karol wyszedł przed dom i zawołał do Żyda, „Choć pan tu z tym worem”. Potem nie czekając podszedł do niego i w dwójkę przenieśli wór na podworzec. - Spokojnie rzekł - „zawiozę panu ten wór do domu”. Żyd był szczęśliwy, podwójnie zapłacę i będę wdzięczny” - odrzekł cicho. Dziadek zaprzągnął konia do wozu. Wrzucili wór za siedzenie i obaj wsiedli na wóz i wio do Żurawna. Dziadek był zdenerwowany, jednak gdy w końcu koła wozu zaterkotały o bruk żurawickich uliczek czuł, że nadzieja mu wraca. Jeszcze jedna ulica a potem w prawo i kamienica, w której Żyd
mieszka. - „Pan chwileczkę poczeka... ja pobiegnę po pieniądze i się rozliczymy” - mówił Żyd uszczęśliwiony. Dziadek dojechał pod wskazany adres, zdjęli z wozu worek i zanieśli go na korytarz domu. Żyd był rozpromieniony. Dziadek wyszedł i bacznie śledził ulicę. Na jej końcu 300-400 metrów od niego stali dwaj ukraińscy policjanci. Swym jednym okiem widział ich patrzących w jego stronę. Nie próbował robić żadnych gwałtownych ruchów. Nawracał wóz w stronę Łukowca i zobaczył, że jeden z policjantów macha na niego ręką, aby się zatrzymał. Szybko wskoczył na wóz.
Żyd nie widział Ukraińców zdezorientowany faktem, że dziadek odjeżdża bez zapłaty podbiegł do niego mówiąc, żeby chwilę zaczekał a widząc, że to nie skutkuje a wóz nabiera szybkości włożył rękę do kieszeni swojej marynarki i szybkim ruchem wepchnął coś do kieszeni dziadka. Koń biegł coraz szybciej w końcu zaczął galop, dziadek uciekał. Spojrzał do tyłu i widział, że Ukrainiec zdejmuje karabin z ramienia. Skulił się i pochylił do przody i walił konia batem po nogach. Jeszcze 30- 40 metrów i ostry zakręt w lewo, koń bardzo szybko połykał odległość, na zakręcie zauważył sypiący się tynk ze ściany, to strzelał policjant ukraiński, za chwilę był już za zakrętem. Wstał i znowu parę razy ciął konia po nogach. Jak tu dobiegną - pomyślał - ja już będę za drugim i trzecim zakrętem?.. Za niewiele ponad pół godziny był na swoim podwórzu w Łukowcu. Szybko rozprzęgnął konia, wprowadził do stajni, uspokoił - wyczyścił z piany i spokojnie wszedł do domu. Rozebrał się i poprosił żonę o coś do picia, a gdy ta podała mu czarna kawę przypomniał sobie o zapłacie. Włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej szpulkę nici.
Dziadek opowiedział mi tę historię kilka razy i zawsze był nią wzruszony, mówił: „W tym pośpiechu Żyd wsadził rękę do kieszeni i co tam miał to mi dał” - rozumiałem to, że dziadek wiedział, że Żyd z tą szpulką nici dał mu swoje serce.
Rodzina Maślanków
Konstanty Maślanka zamieszkiwał w województwie tarnopolskim, w powiecie Trembowla, wieś Łozówka - kolonia Iwanówka. Zakwalifikowany do kułaków, w lutym 1940 roku wraz z kilkoma jeszcze rodzinami został wywieziony na Sybir. Maślanka miał 25 mórg pola, radził sobie nieźle, dodatkowo co roku sprzedawał 2-3 konie pociągowe wojsku - pułkowi kawalerii jazłowieckiej, którego dowództwo było w Trembowli. Miał tam jakieś kontakty, tak że co roku 2-3 konie były od niego odbierane, a otrzymywane pieniadze, po 500-600 złotych za sztukę, szły na potrzeby gospodarstwa, które, jak na warunki przedwojenne, nie było małe. Słowem. Zakwalifikowanie go jako kułaka miało swoje radzieckie uzasadnienie.
W domu u Maślanków sytuacja była dość skomplikowana. Po pierwszej żonie miał Konstanty troje dorastających dzieci, a z drugiego małżeństwa miał córkę. Macocha źle traktowala dzieci z pierwszego małżeństwa, co było powodem niezadowolenia dorastających synów i córki. Uważali, że ojciec traktuje ich jak parobków. Poza tym nie dotrzymywał słowa. Nawet gdy sprzedawał konie wojsku, zamiast obiecanych po 50 zł za konia, otrzymywali po 10, czasem po 15 złotych. To ich tylko irytowało i pogłębiało nienajlepszą atmosferę w domu. Uważali się nie za gospodarskie dzieci lecz za parobków. Druga żona zamiast tonować nieporozumienia, jeszcze tylko, jak to się mówi, stawiała sprawy na ostrzu noża, skarżyła na pasierbów. W konsekwencji zdarzało się, że jak chłopcy chcieli w sobotę czy w niedzielę iść na potańcówkę z kolegami kradli ojcu worek owsa i zanosili do Żyda, żeby tylko parę groszy mieć na alkohol. Wywóz na Sybir nastąpił w lutym 1940 r. Na szczęście brata i siostry nie było w domu. Zabrali więc Konstantego jego syna Jana i drugą żonę wraz z jej córką. Mogli wziąć 100 kg rzeczy więc ojciec wziął 2 worki pszenicy trochę jedzenia i trochę ciuchów. Wywieziono ich na stację do Trembowli, a stamtąd na Sybir
do pracy. Już podczas podróży zdarzały się zgony ludzi słabszych, starych i chorych. Wyrzucano wtedy ich ciała z pociągu nie martwiąc się, co z nimi się stanie. I tu już okazało się że Konstanty Maślanka miał rację zabierając pszenicę. Gdyż podróż trwała blisko dwa miesiące, a ludziom zaczynało brakować żywności. Radzieckie władze ograniczyły się tylko do dostarczania skazańcom raz lub dwa razy dziennie wrzątku na ich potrzeby zwanego „kipiatokiem” i nic poza tym. Dwa kamienie, które Maślanka przyniósł podczas jakiegoś postoju do rozbijania ziarna spełniły w pewnym stopniu swoje zadanie. Po prostu rozgniecione ziarna pszenicy zalewali wrząskiem i dzielili się tym we czwórkę. Po wyładowaniu w Syftykarze wszystkich zapędzono do bani, celem odwszenia. Ojciec podczas obowiązkowego mycia się i przejścia do baraków na 40 - 50 stopniowym mrozie zaziębił się i zachorował. Zapalenie płuc, brak lekarstw, brak żywności i praca nie zwracających na jego stan zdrowia dozorców zrobiły swoje. Po blisko miesięcznej walce z choroba ojciec zmarł. Była to tragedia dla żony i córki - jednak nie dla syna Jana, któremu, ze względu na stale konflikty z ojcem, jego śmierć była prawie obojętna. Zaczął pracować w tartaku przy spławie drzewa. Praca ta była i ciężka i wymagająca. Pewnych umiejętności uczył się Maślanka dość szybko. Najbardziej jednak przerażało go to, że nie umie pływać. A niestety, dość często pracując przy spławie ludzie wpadali w różnych sytuacjach do wody. Maślanka w ciągu kilkumiesięcznej pracy w tartaku topił się chyba z 6 razy. Za każdym razem jednak, pomimo braku umiejętności pływania, udawało mu się wyleźć z wody, czy uchwycić czegoś i uratować sobie życie. - Sierpień 1941 roku wybucha wojna niemiecko - rosyjska. Porozumienie Majski - Sikorski umożliwia Polakom, którzy mieli status innostranców zmianę miejsca pracy bez sankcji karnych. Przydzielono ich do kołchozów i fabryk. Jan Maślanka został przydzielony do pracy w kuźni w okolicach Syftykaru. Był tam wyjątkowy porządek i dyscyplina, której Jan
Maślanka nigdzie w Rosji nie widział. Jak się później okazało ludność kołchozu to byli przesiedleńcy z Łotwy czy Estonii i jemu wydawało się, że to były to w dużym stopniu rodziny niemieckich osadników. Kołchoz był bardzo dobrze urządzony, były w nim siewniki, pługi wieloskibowe, traktory na gąsienicach i sporo dobrego sprzętu rolniczego. Maślankę przydzielono do kuźni. Został mołotobojcem. Choć praca była ciężka przy miechu i przy żelastwie, nigdy nie był głodny. Mieszkał w dobrych warunkach, choć o zmianie miejsca pracy nie mógł nawet marzyć. Jako kułak miał odpokutować swoją winę. Nad takimi jak on czuwał politruk, a jakiekolwiek kombinacje z jego strony mogłyby się skończyć przekazaniem do Workuty. O Workujcie coś słyszał, ale dopiero po wojnie dowiedział się, że oprócz wydobywania tam węgla, była to dla ludzi kaźnia. Pomimo wybuchu wojny z Niemcami, sytuacja w kołchozie była stabilna i nic nie zapowiadało, ż e nagle się zmieni. Rosjanie zatrzymali Niemców i w wojnie zaczęło następować przesilenie. Diametralna zmiana w kołchozie nastąpiła z powodu poboru do wojska. Zabrano prawie wszystkich dorosłych, tak że w kołchozie zostało tylko czterech mężczyzn: predsiedatiel (politruk) bez ręki i 70 - letni szef kołchozu, no i dwaj Polacy - kułaki. Opowiadając o tej sytuacji, mówił mi Władysław Maślanka syn Jana, ojciec miał zawsze dziwna minę. Traktory i urządzenia po paru miesiącach popsuły się, nie było komu naprawiać sprzętu, więc sprowadzono konie i robota tymi końmi szła dalej. Ojciec siedział w kuźni i cynował garki, paniom-psuły się one na potęgę. Tu mruczał czterech chłopów i 200 bab, to był okres pod pewnym względem wyjątkowy w moim życiu - gdy Władysław próbował pytać o szczegóły Jan odpowiadał - „no wiesz .. co ci będę tłumaczył 200 bab było”.
Gdy w 1945 roku pociąg z repatriantami Polakami ruszył do kraju, w pewnym momencie wyładowali się na Ukrainie w okolicy Woroneża. Okazało się, że tor jest zepsuty i dalej nie mogą jechać. Wysadzono ich na kilka dni - na czas naprawy torów. Naprawa, jak się potem okazało, trwała 2 lata. W tym
czasie pracowali w kołchozie. Warunki fatalne - brak żywności - praca źle Zorganizowana.
Do Polski przyjechał wiosną 1947r. z macochą i jej córką. Osiedlili się w większym gospodarstwie poniemieckim podzielili dom na dwie części, odgrodzili płotem i zaczęli żyć jak przysłowiowy Kargul z Pawakiem.
Pierwsza szklanka
Jan Kolaczek, na Ziemie Zachodnie przyjechał w końcu 1945 roku wraz z matką Katarzyną-Zofią. Ojca - Wiktora zabrali Rosjanie w końcu 1944 roku na Sybir za przynależność do AK. Ojciec pracował w Workucie, w kopalni przy koniach. Po przyjeździe na Zachód mama objęła gospodarstwo rolne w Chrustniku niedaleko Lubina, a Jan pomagał jej w jego prowadzeniu. W 1946 roku miał już 14 lat i pracował jak mógł, mając w pamięci ostatnie słowa, jakie wypowiedział ojciec, gdy się z nim żegnał przed wywózką na Sybir: „Opiekuj się mamą”. Kiedy dowiedział się, że w cukrowni w Lubinie jest melasa nadająca się do robienia bimbru od razu postanowił skorzystać z okazji. Jego łupem były dwie dwustulitrowe beczki, które przyciągnął, jedną na wózku a druga przywiózł mu sąsiad, który podjechał pod cukrownię wozem i któremu pomógł wtoczyć trzy beczki na wóz. Chętnych na melasę było coraz więcej, tak że Janowi zdawało się, ż e pół powiatu przyjechało po zdobycz. Cukrownia umiejscowiona była niedaleko dworca kolejowego przy torach w kierunku na Legnicę. Jan w ciągu paru tygodni przefiltrował wszystko. Butelkami z bimbrem był zastawiony cały pokój. Bimber wyszedł pięknie miał ponad 90% spirytusu Jan mieszał go pół na pół z wodą i stawiał butelki w pokoju.W okresie tym alkohol był tak samo cenny jak pieniądze, za bimber dostawało się dosłownie wszystko. Rosjanie często za alkoholem zapuszczali się do wsi i płacili dobrze, byle by się napić.
„Było lato, niedziela, do żniw pozostawało
jeszcze jakieś dwa trzy tygodnie.”- wspomina pan Jan. Mama poszła do kościoła na godzinę 12 - tą, ja miałem pilnować domu. Później ja miałem iść do kościoła. Gdy usłyszał warkot silnika na podwórzu i wyszedł przed dom. Zobaczył czterech Rosjan wychodzących z gazika wojskowego. Było trzech oficerów i kierowca. Gdy go ujrzeli, od razu przeszli do rzeczy -„Malczik, a wodka u tibia jest: - Jan zbaraniał - po chwili odrzekł - „nie nie mam wódki” - Jeden z oficerów podszedł do niego, uśmiechnął się i rzekł: „Nie gadaj, my znajem, my chotieli pakupit!” Jan wiedział, że zapieranie się sensu nie ma. A jak b ędą chcieli wejść i zobaczą cały arsenal butelek, narobią mi tylko bigosu - myślał szybko - A ile chcecie, zapyta ł patrzącego na niego oficera - „No dwa litra - odrzekł oficer. Skolko stoit?” - Jan podał cenę z tak zwanej górnej półki na co oficer kiwnął tylko głową i rzekł - charaszo!- Jan pobiegł do pokoju, wziął dwie litrowe butelki i wyszedł z towarem do Rosjan. Jeden oficer wziął jedną butelkę, drugi drugą - powąchali je i pokiwali głowami. Oficer, który rozmawiał z Janem, podał mu pieniądze. Było tego nawet więcej niż Jan zażądał. Na zwróconą uwagę, ż e pieniędzy jest za dużo - oficer machnał tylko ręką. Ale z czego my budiem pit - zapytał - zobaczył kankę dużą z jednym uchem i rzekł: - A wot dawaj tu wady i jeszcze stakanczik. Jan poszedł do szafy i wyciągnął cztery poniemieckie kufle z przykryfkami - zapytał - czy to może być ? -Da charoszije. Oficerowie wpakowali to wszystko do samochodu, a jeden rzekł do Jana - „pajediosz z nami” Jan był trochę wystraszony, ale posłusznie wsiadł do gazika i ruszyli przez wieś. Minęli tory kolejowe i wyjechali za wieś w pola. Ujechali jakieś pół kilometra i zatrzymali się przed łanem zboża wysiedli z niego każdy wyciągnął swoją pałatkę i ruszyli w zboże tak pięć może siedem metrów. Tam zacz ęli ugniatać zboże nogami robiąc taki ugnieciony placyk, gdzieś półtora metra na półtora - rozłożyli pałatki, usiedli na nich i na kawałku wolnej pałatki kazali usiąść Janowi. Nalali prawie połowę kufla bimbru i podali Janowi - „Ale ja nigdy nie piłem wódki” - odparł Jan lekko przestra-
szony taką ilością bimbru.„To uże czas naczynat” - padła odpowiedz. Jan czuł, że protesty nie na wiele się zdadzą, więc przystawił usta do kufla i wypił cała zawartość od razu - oddał kufel, przez chwilę słyszał rozmowy Rosjan - poczuł jeszcze wirowanie w głowie i stracił przytomność.
Obudziło go zimno - zobaczył gwiazdy i nie bardzo w pierwszym momencie zdawał sobie sprawę, gdzie jest. Dopiero po chwili zauważył kołyszące się zboże. Zaczynał jażyć - że leżał na gołej ziemi a raczej na ugniecionym zbożu a obok stoi kanka, kufle i dwie puste butelki. Zimno wzdrygało ciałem. Pozbierał wszystko; kufle włożył do kanki, a butelki pod pachę i ruszył do domu.
Kiedy pani Katarzyna Kolaczek przyszła z kościoła, początkowo nie martwiła się, że nie widzi syna, dopiero po jakimś czasie poszła do sąsiadki i zapytała, czy nie widziała Janka - ta odrzekła, że był samochód z Rosjanami i że z mimi gdzieś pojechał. Szybko pobiegła do drugiego domu i tam też pytała o syna. Sąsiedzi nic nie wiedzieli... Poszła jeszcze do trzecich sąsiadów, ci stwierdzili, że wóz z oficerami rosyjskimi zajechał po niego i go gdzieś zabrali. Kobieta wpadła w rozpacz. Męża mi na Sybir wzięli, a teraz jeszcze syna uprowadzili, co robić, co oni od niego mogą chcieć. W krótkim czasie w domu u Kolaczków zrobiło się zbiegowisko. Ktoś rzucił hasło, że trzeba by jechać do ruskich i zapytać. Na końcu wsi stała ich jednostka łączności, inni uspokajali mówiąc, co im dziecko winne, zabrali to i przywiozą. W końcu postanowiono, że trzeba iść do ruskich na koniec wsi i zapytać o chłopca. Tak też zrobiono. Kilka osób poszło z Kolaczkową ale okazało się, że dziecka tam nie ma. Rosjanie zadzwonili do sąsiedniej jednostki, ale i tam nikt im nic nie wyjaśnił. Sugerowano, że może zabrano go do Legnicy. Kolaczkowa zapłakana wróciła do domu.
Tymczasem Janek wracał do siebie. Widział, że nigdzie się już nie świeci tylko w swoim domu zauważył światło, wszedł do sieni, a następnie do kuchni z całym majdanem, który niósł w rękach. Gdy go mama zobaczyła podbiegła do miego i krzyknęła: Gdzieś ty synu był? Poczuła też od niego zapach bimbru. - Niewiele sie zastanawiając wyrżnęła go w twarz a następnie w głowę kilka razy. Przestała dopiero, gdy krzyknął: „No co mnie bijesz to Rosjanie mnie upili!”
Ojciec pana Janka - Wiktor Kolaczek wrócił do Polski z Syberii w 1948 roku. Na podstawie porozumienia z Rosjanami, część Polaków mogła zgłosić się na ochotnika do wojska. Wiktor Kolaczek wybrał to rozwiązanie. Jednak, ze względu na stan zdrowia, do wojska go nie przyjęto. Był chory: wszystkie zęby mu się ruszały, miał częściowo przemrożone płuca. Podpisał dokument, że z nikim nie będzie rozmawiał na temat tego gdzie, był i co robił i po różnych perypetiach wrócił do Schodnicy koło Borysławia a stamtąd pojechał za rodziną do Polski.
Pan Jan w Workucie pracował przy koniach, które ciągały wózki z wagonikami. Warunki pracy i życia okropne. Czasem podbierał koniom garść owsa i go żuł. Po pracy w kopalni wykonywał jeszcze różne dodatkowe czynności w warsztacie łącznie ze sprzątaniem. Któregoś dnia znalazł kawałek mosiężnej rurki z której zrobił cztery sygnety. Podarował je kolegom. Sygnety bardzo się podobały. Ktoś z obsługi obozu pokazał jeden z tych sygnetów komendantowi, ten złożył zamówienie na kilka sztuk, następnie posypały się dalsze zamówienia w zamian za to dostawał kartki na jedzenie: których w obozie było trzy rodzaje; dla więźniow dla obsługi i dla kierownictwa obozu. W ten sposób dotrwał aż do momentu zgłoszenia się do wojska.
Rabunek mienia
Wojna to nie tylko ginący ludzie i mocujące się armie. To tak że niszczenie dobytku ludzkiego, grabież dóbr materialnych i kulturalnych narodów. Druga Wojna Światowa pod tym względem była szczególna. Niemcy grabili dzieła sztuki, muzea, kościoły i magazyny, niszczyli pomniki i pamiątki
narodowe, rabowali ludzki dobytek. Ponad 60 tysięcy dzieł sztuki, obrazów, rzeźb - nie wróciło do dzisiaj do Polski. Na jeszcze większa skalę, częściowo w ramach reparacji wojennych, czynili to Rosjanie. Na Ziemiach Zachodnich szukali szczęścia także szabrownicy, przyjeżdżali z Polski i grabili opuszczone domy, pozostawione fabryki czy mieszkania. Nierzadko też ograbiali mieszkających jeszcze Niemców z ich mienia. W konsekwencji tego wszystkiego ludzie wiele rzeczy ukrywali, chowali, zakopywali, a nawet niszczyli, - byleby nie wpadły we wrogie ręce. Czynili tak Polacy, Żydzi, a w końcowej fazie wojny na bardzo dużą skalę także Niemcy. Dziedzic Kowalewski przed wywózką rodziny na Sybir zakopał w sadzie pod gruszą swój dobytek, byleby nie dostał się w ręce Rosjan (o tym już pisałem). Przy kopaniu dołu pomagał mu leśniczy Występek.
Gdy Edward Polak odwiedził Łukowiec, mieszkającemu w jego domu Ukraińcowi powiedział, że tu obok studni zakopana jest beczka ze spirytusem jak chce, to może ją sobie odkopać. Ukrainiec uważał to za żart, ale słowa te nie dawały mu spokoju i któregoś dnia wziął szpadel i zaczął we wskazanym miejscu kopać. Na głębokości 60 cm trafił na coś, co wkrótce okazało się beczką. Przywołał sąsiada, podkopali beczkę, a następnie wbili w dolną część beczki kranik i polał się spirytus. Następni Polacy odwiedzający Łukowiec dowiedzieli się, jak to Ukrainiec mieszkający w domu Edwarda Polaka przez dwa miesiące raczył się z sąsiadami polską okowitą. Jan Kuchta, gdy pojechał na Łukowiec usłyszał, od zamieszkującego jego dom Ukraińca takie słowa: „Jak pan coś tu ma ukryte, to proszę wziąć. Ja pretensji do tego mieć nie będę”. Pan Jan mówił - roześmiałem się tylko, nic tam nie ukryłem. A po chwili dodał: „Ukryłem karabin wraz z pociskiem w drewnianej skrzyni, ale w lesie, po tylu latach tego miejsca bym jednak nie znalazł. Las rośnie zmienia się - zresztą po co mi to teraz” Słyszałem też, że jeden z łukowian miał ukryte pod fundamentami domu pieniądze, w ferworze przygotowań do przesiedlenia zapomniał o nich.
Gdy rozmawiałem na te tematy z panem Janem Kuchtą, zauważył, że pan Henryk Liberman bardzo chciał jechać na Łukowiec.
Kilka razy o tym mówił, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie jego wyjazdowi, a to raz zachorował, innym znów razem jechał z nimi ksiądz i jak mówił doszli do wniosku, że zapraszać rabina nie wypada, no tak przynajmniej twierdził. Uważał, że ta chęci odwiedzenia swoich rodzinnych stron mogła wynikać z tego, że on tam po prostu coś zostawił.
Niemcy także opuszczając Ziemie Zachodnie i Północne poukrywali znaczną część swoich majątków w ziemi, w piecach w murach, gdzie, kto tylko mógł i liczył , że ludność napływowa tego nie znajdzie. Nawet w takiej małej wsi jak Wały Śląskie w kilku miejscach ludzie znaleźli jakieś poukrywane ciuchy, zegarki i łańcuszki czy zastawę stołową. Kiedyś i ja postanowiłem porządnie obkopać krzaki czarnej porzeczki, które dobrze plonowały, a które znajdowały się w ogródku za naszą stajnią naprzeciwko domu państwa Skoczków. Gdy wbiłem szpadel w ziemię, poczułem opór. Myślałem, że to kamień czy kawałki cegieł, postanowiłem to wykopać. Po kilku próbach wydobycia z ziemi tego czegoś zauważyłem na powierzchni białe kawałki porcelany. Zacząłem delikatnie odgarniać ziemię i wyciągnąłem na powierzchnię 12 talerzy z porcelany bawarskiej. Niestety sześć było już pogruchotanych. Pozostałe sześć mama wyparzyła wrzątkiem i wstawiła do szafy. No niby nic, ale ktoś je tam ukrył i ktoś nie chciał, aby wpadły w „polskie ręce”. Kiedy chodziłem do trzeciej czy czwartej klasy szkoły podstawowej, Tadek Łoziński z Kręska (obecnie wieś ta należy do Brzegu Dolnego) znalazł na swojej posesji, na której był poniemiecki młyn, całe wiadro 10, 15 i 20 fenigówek cynkowych. Chłopcy z pobliskiej szkoły ustawili się w kolejce, a Tadek każdego raczył garścią monet. Gdy i ja się o tym dowiedziałem także tam pobiegłem. Tadek wszystko już rozdał. Widząc jednak moją zafrasowaną minę wsadził rękę do kieszeni i wyciągnął jeszcze kilka monet, którymi mnie obdarzył.
Jeszcze inne zdarzenie miało miejsce w innym domu na Wałach Śląskich. Polka wylewała wodę po praniu w obrębie podwórka, Niemkę to bardzo irytowało. Zwracała jej nawet uwagę, że wody nie należy wylewać na podwórzu, tylko nieco dalej. Gdy Niemcy wyjechali, jakoś przypadkowo ktoś zaczął na podwórku, kopać i trafił na beczkę z ciuchami - niestety wszystko były już zapleśniale i przegniłe.
[ZDJĘCIE]
Zdjęcie przedwojenne w sadzie za domem
od lewej : Helena, Maria, Aleksandra Kosarewicz
[ZDJĘCIE]
Zdjęcie przedwojenne w sadzie za domem
od lewej : (w tle) Tadeusz, Marian, Maria, Mikołaj, Aleksandra Kosarewicz
z tyłu: Helena, Władysław Kosarewicz
[ZDJĘCIE]
I Komunia Św. - Józef Gajewski z żoną i córką Stanisławą
[ZDJĘCIE]
I Komunia Św. Stasia Twardochleba
od lewej: Józefa Twardochleb - córka Łukowianina Piotra Kowala
Marian Burdzy - mój ojciec, chrzestny Stasia, Pani Twardochlebowa -
mama Pawła Twardochleba i Paweł Twardochleb
u dołu dzieci - Jerzyk i przyjmujący komunię Św. Staś
[ZDJĘCIE]
Władysław Maślanka
syn Jana
Zdjęcie z lat 50-tych.
[ZDJĘCIE]
Jan Maślanka
[ZDJĘCIE]
Jan Kolaczek z lewej i Wiktor Lach, który
zginął w okolicach Borysławia - wraz
z matką podczas wyprawy na wieś po
żywność w 1945r.
[ZDJĘCIE]
Ryc. 2 Schodnica i kopalnie ropy naftowej na Pasieczkach przy zbiegu do Kropiwnika[?]. Ok. 1906[?] r. W tle wyniosłe grzbiety Beskidów Wschodnich (S. Pawłowski[?], zdjęcia, fot. Lwów 1917, Kraina Polska s. 192/193[?])
[PODPIS] Widok Schodnicy
[ZDJĘCIE]
Katarzyna Zofia Kolaczek
mama Jana Kolaczka
[ZDJĘCIE]
Wiktor Kolaczek
ojciec pana Jana
[ZDJĘCIE]
Wiktoria Malec - Łukowianka
zdjęcie powojenne
[ZDJĘCIE]
Franciszek Malec - Łukowianin
zdjęcie powojenne
[ZDJĘCIE]
Pomnik odsłonięty 19.10.2007r. w Dzierżoniowie dla upamiętnienia ludobójstwa na
Kresach na narodzie polskim (zdjęcie przesłane mi przez Pana Kazimierza Ozgę)
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Szanowny Panie Franciszku.
Po zbyt długim czasie przesyłam Panu w jakimś może stopniu zweryfikowane wykazy Łukowian. Wykazy te uzupełniłem i poprawiłem, w tej [nieczytelne] Łukowianie stwierdzą[?] odemnie, a mam nadzieję że dane są prawdziwe, choć zagwarantować nie można.
Kiedyś wspomniałem Pani że byłoby dobrze pomieścić w zeszytach wykaz mieszkańców Łukowca. Ale teraz się przekonałem jak to dla Pana stanowi istny problem w czasie wojennym, z różnych przyczyn na Łukowcu były ciągłe zmiany, jedni emigrowali za granicę, inni wyjeżdżali do innych miejscowości, a inni ze strachu osiedlili się na Łukowcu stąd trudności w określeniu właściwego stanu. A wobec tego po takim okresie czasu to trudno o przypomnienie sobie, mimo to niewielu[?] już tylko żyjący Łukowianie, jeszcze sporo pamiętają.
Wykazy pomnożyli lub uzupełnili nazwiskami innymi:
1. Stanisław Frącz (Szot z domu)
2. Julia Martka (zd. Krawiec)
3. Kazimiera Wojnas (zd. Martka)
4. Kazimierz Sobola
5. Kazimiera Ptak (zd. Pawlik)
Na uwagę zasługuje Pani Kazimiera Ptak, która podaje własną wersję spisu, z niezmienionymi nazwami ulic. Pani Ptak pisze mi często.
Cieszę się bardzo że mogłem pomóc chociaż trochę w pisaniu historii Łukowca. Po przeanalizowaniu nadesłanej mi listy mieszkańców Łukowca
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Starałem się przypomnieć tamte czasy. Co pomyliłem[?] naprawiłem, Łukowce Zimowscy[?] zmieniłem ogólnie, resztę zapamiętałem[?] wszystkie nazwiska, a Łukowiec Stary to tyle ile mogłem i uchwyciłem.
W pisaniu pomagał mi wnuczek Tadeusz Pawlik, który mieszkał w sąsiedztwie z Burdzym Karolem. W.
Pani Kazimiera przesłała toż zejście mieszkańcy z N. Łukowca, którego odsyłkę załączam.
Nawiązując do tych wykazów, których napewno Pan wiele posiadał[?], to jak Pan z tą wiadomością zrobi jakąś zbiorówkę. Trudne to i mozolna istne praca. No ale w jakimś stopniu istne to odpowiedzialność prawdzie.
Nawiązując do wspomnienia Pana o pomocy z USA pańskiego znajomego[?], to W. Orłowska toż mi wspomniała i miałem spotkanie się z nim, i przysłała nawet fotografię wspólną.
Na tym koniec, co mogłem to zrobiłem choć na niektóre odpowiedzi musiałem długo oczekiwać mimo ponagleń, wokoło mnie już tak mało środki Łukowianina, a dla tego z odpowiednią pomyślę[?].
Resztkiem pozdrowienie i życzenie[?] by spowodować uwagi[?] od Pana. Zakończyć piszę o tym jakim są zeszyty Łukowieckie.
[PODPIS: F. Malec]
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Opole 12 października 2009.
Kochany Franku!
Wybacz mi poufałość, ale Twoje stanowisko wobec naszego Ojca w ostatnich "Zeszytach..." usprawiedliwia je, na tle tego, co złego dzieje się wobec jego osoby w ostatnich czasach.
Moje liczne obowiązki (opieka nad wnuczętami a w soboty i niedziele nad Ojcem) powodują, iż takie sprawy jak korespondencja schodzą na dalszy plan.
Po latach "tłustych", kiedy o Ojcu czytaliśmy dobre rzeczy, dające nam poczucie dumy, przyszły te "chude", z którymi powoli dajemy sobie radę. Idzie nam to o tyle sprawnie[?], iż, zbiegło się to z chorobami (udar mózgu) pobytami w szpitalach, nawrotami opieki po pomocy do domu.
Oprócz Twego stanowiska, zdarzył się jeszcze jeden miły incydent - telefon od pana, który po artykule w prasie ([nieczytelne]) chciał Ojca poznać. Było to dla Niego obu wielkie przeżycie, dla mnie chyba też.
Myślę sobie, że byłoby dobre spotkać się u nas w Opolu na Krakowskiej, w którąś sobotę lub niedzielę (bo wtedy ja opiekuję się Nim).
Ponieważ mój mąż jest chwilowo po operacji i od 20 października do 10 listopada jedziemy na rehabilitację do Głuchołaz - tego terminu proszę nie brać pod uwagę.
verte
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Proszę wybaczyć mi ten chaos w liście, ale
goły[?] wchodzę w tematykę wiązaną[?] z osobą
Ojca mam szeroką gestykę[?] myśli, wzrost poziomu
adrenaliny a co za tym idzie i ciśnienie.
Choroba[?] Ojca, chwilami[?] gdy byłem może
dziecięciem[?] z list jego towarzyszy broni jak
bardzo są mnie [nieczytelne], spychane do podświadomo-
ści, iż mimo zainteresowanie historią wybrałem
chemię jako kierunek studiów. W młodości odci-
nałam się od niej, ale dzieci Pana Smoczkiewicza[?]
wiera[?] podjęli kontynuację walki Ojca z Pio-
runem, przez co i my nie możemy pozostać
obojętni.
Moja[?] zmarła Mama aprobowała moją bierność
wobec tych spraw (uwzględniając moją wrażliwość),
ale nie w obecnej sytuacji musiałem (a raczej
musieliśmy) podjąć działanie, bo nie możemy
być obojętni wobec dzieci mających[?]
wojenny dorobek Taty. Żałuję tylko, że przyjmie
się[?] to stres wdowie po Panu Smoczkiewiczu, które
po-dodatnie[?] jest moja Mamusia musiała przeżywać
przez lata bezmyślny spór Król[?] - Smoczkiewicz.
Podaję Ci mój numer komórki - [numer telefonu pominięty],
a w piątek 16 października po 22:00 będę już
na Krakowskiej pod numerem [numer telefonu pominięty].
Pozdrawiam Elżbieta Piechal-Król
W toku prowadzonego postępowania sprawdzającego ustalono, że w dniu 18 września 1995 roku Okręgowa Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu wszczęła śledztwo S.4/95/UB w sprawie bezprawnego pozbawienia wolności Adama Burdzego oraz fizycznego i moralnego znęcania się nad nim, a także spowodowania u niego ciężkich obrażeń ciała skutkujących jego śmierć przez funkcjonariuszy PUBP w Środzie Śląskiej w grudniu 1946 roku tj. o czyn z art 165§2kk i art. 184§1kk w zw. z art. 10§2kk.
W wyniku przeprowadzonego postępowania ustalono, że sprawcami zbrodni popełnionej z pobudek politycznych ( tj czynów określonych w art. 246kk, 248§2kk, 230§2kk w zw. z art. 291kk z 1932 roku) byli ówcześni funkcjonariusze PUBP w Środzie Śląskiej: Kazimierz Barcicki, który zmarł w dniu 15.06.1980r. oraz Mikołaj Snopek, który zmarł 28.05.1987 roku.
Postanowieniem z dnia 30 września 1996 roku Prokuratura Rejonowa w Środzie Śląskiej na wniosek OKBZpNP we Wrocławiu umorzyła śledztwo Ds. 859/96 wobec śmierci wyżej wymienionych sprawców, które to postanowienie w dniu 25 10.1996 roku zostało doręczone (dorosłemu domownikowi) Józefowi Burdzemu-synowi pokrzywdzonej Weroniki Burdzy.
Otrzymałem ten kawałek dokumentu od pani Bogusławy Debickiej, córki Adama Burdzego.
[ODRĘCZNIE — cała strona]
Dzierżoniów, 8.XI.2010r.
Sz. Franciszku!
Na wstępie pozdrawiam Pana i Pańską rodzinę.
Dawno już nie mieliśmy z sobą kontaktu, ale ja utrzymuję go
z innymi Łukowianami, znanymi dla Pana (np. Kazio Furtak z Lubina,
Maria Miśkiewicz z Osieka, Malec Tadeusz z Chojnigi[?], Sądej Edek z Rzeszowa)
więc co nieco orientuję się w sytuacji. Dobrze że Pan zamierza jeszcze
coś wydać, bo to ostatni dzwonek. Większość Łukowian już nie żyje,
a Ci co pozostali nie bardzo pamiętają i nie chcą współpracować ze
względu na wiek m.in. Salomon Władysław (ponad 80 lat) - tel. [numer telefonu pominięty],
Jara Mieczysław z Łukowca (1934) i Jara Bronisław (1939) oraz Jara Tadeusz
z Żurowa chroniący się na Łukowcu (87 lat) - tel. [numer telefonu pominięty] dobrze zorientowani,
wszyscy zamieszkali w Krzeszowie k/ Kamiennej Góry. Mieszkali w Bucie[?]
Jest jeszcze aktywny Kochman Mieczysław w Kamiennej Górze [adres pominięty],
ale on chronił się tylko na Łukowcu, na ul. Holeszowskiej u Martka, wraz
z Wolakiem Stanisławem i Ostrowskim Józefem. Był ze mną ostatnio (2009.)
na Łukowcu Na Wałach i Starym Dworze[?] nie mam już kontaktu z Łukowianami.
Mimo chęci zabrakło mi czasu aby Pana odwiedzić w Lubinie. Najpierw Sanatorium
w Kołobrzegu, potem wycieczka po Włochach[?], Zjazd Bukaczowian[?] w Szczecinie, wyjazd do
rodziny na Podkarpackie (Krosno, Rzeszów, Kolbuszowa, Leżajsk, Lesko, Jasło itd.)
Kilka wyjazdów na zaproszenie Kresowian (TML, KPu) m.in. do Wrocławia,
Kędzierzyna Koźle, Świdnicy, Legnicy. No i imprezy w Dzierżoniowie (ognisko oraz
3 i 8 maja, 11 lipca, 1 i 17 września, 11 listopada - przemarsz pod pomnik
składanie wieńców wraz ze społecznością Dzierżoniowa na czele z orkiestrą dętą)
No i trochę zajęć w Stowarzyszeniu Kresowian w Dzierżoniowie (ostatnio
otrzymaliśmy nowy lokal i był spory remont (malowanie, podłogi, okna)
Na czytanie pięknych książek o kresach wydawanych przez „SKOZAK"[?], płk. Jastrzębskiego
z Chorzowa, ks. Issakowicza Zaleskiego z Katowic, śp. Edwarda Prusa z Gliwic, prof.
St. Nicieji z Opola i wielu innych nie mam już czasu. A jeszcze prenumerujemy
czasopisma: "Na Rubieży", "Semper Fidelis", "Głos Podolan", "Wiadomości z Kołomyi i Pokucia",
"Biuletyn Bukaczowiecki" i inne. Jak widać kwadrans jest wygospodarować trudniej.
A teraz do rzeczy: Ponieważ odznaczenia (krzyże) dużych rozmiarów są niewygodne
w noszeniu (ciężkie), więc zamówiłem w Warszawie (na życzenie) miniaturki dla siebie
i dwóch osób, które takie krzyże otrzymali (w tym dla Pana). Myślę, że nie
będzie miał Pan za złe, że nie skonsultowałem z Panem. Ale zbliża się uroczysty
dzień 11 listopada - Święto Niepodległości, więc na tą okoliczność może się przydać.
Toteż przesyłam Panu pilnie.
Jeszcze raz dużo dobrego zdrowia
P.S. Jak Pan spotka Kazia Furtaka
proszę go pozdrowić odemnie.
Kazimierz Ozga
SPIS MIESZKAŃCÓW ŁUKOWCÓW
ŁUKOWIEC ŻUROWSKI
ZWANY NOWYM ŁUKOWCEM
Ul. Bakocyn
1. Lasota Jan
2. Pawlik Witold
3. Tenderys Anna
4. Polak Władysław
5. Piotroński Walenty
6. Ożga Kazimierz
7. Holder Jucia - narodowości żydowskiej
8. Kopała Władysław
9. Żak Władysław
10. Ożga Stanisław
11. Giermuga Adam
12. Przyłuccy
13. Martyn –narodowości ukraińskiej
14. Kwietnie
15. Schmidt
16. Chłopowiec
17. Winnik – narodowości ukraińskiej
18. Dul Jan
19. Dul Adam
20. Rytwiński Wawrzyniec – miał sklep
21. Burdzy Wojciech
22. Kureń Józef
23. Rogowski Jan
24. Dul Tomasz synowie Bolek, Czesław
25. Ożga Michał
26. Winnik Stanisław – narodowości ukraińskiej
27. Ożga Jan
28. Sondej Józef
29. Olech Karol
30. Czech Marian
31. Tenderys Jan
32. Woźny Ludwik
przy ul. Bakocyn mieszkali Polacy-
pochodzili z Łukowca a
administracyjnie należeli do wsi
Nowoczyny – były to rodziny:
1. Bak Józef
2. Wolak Antoni
3. Chorzępa Józef
4. Stroński Antoni
5. Jadach Antoni - kowal
6. Jasiński Józef
7. Rębisz Antoni
8. Burdzy Jan –zwany Królik
9. Krzyżak Antoni
Ul. Żydowskie „Tereberze”
1. Zasański Bronisław
2. Mroziński Józef
3. Tęcza Franciszek
4. Sroga Alojzy
5. Opioła Franciszek
6. Oleśko Karol
7. Opioła Michał
8. Mytych Jan
9. Tęcza Stanisław
10. Jesionka Stanisław
11. Jesionka Józef
12. Jesionka Franciszek
13. Rączka Adolf
14. Kopała Antoni
15. Kopała Konstanty
16. Kopała Władysław
17. Terenty Jan
18. Piotrowski Józef
19. Jasiński Stefan
20. Polak Władysław
21. Pawlik Witold – rolnik
22. Lasota Jan
23. Ciągło
24. Chorzępa Antoni
25. Wolak Antoni
26. Woś Bronisław
27. Żak Jan
28. Waszkiewicz Józef
29. Żany Stanisław
30. Bonaty Michał
31. Jarosz Józef
32. Burdzy Józef – sklep
33. Tęcza Stanisław – murarz
34. Możdżech Józef
35. Kosydor Józef –wyjechał do Bolechowa
36. Gałka Bolesław wyjechał do USA
37. Jania
38. Oleśków Józef
39. Maziarz
Ul. Holeszowska
1. Szyszka Wincenty
2. Kubala Józef
3. Rogala Józef
4. Jarosz Michał – rolnik – posiadacz
ziemski
5. Iwanicki Filip –rolnik – właściciel sklepu
6. Iwanicki Stefan – rolnik – syn Kazimierz
pułkownik wojska polskiego
7. Ślepokura Wojciech – podoficer wojska
polskiego
8. Kogut Michał
9. Tęcza Stanisław
10. Babula Józef – rolnik – kołodziej
11. Kubala Jan
12. Zając Józef –rolnik
13. Pawlik Maria
14. Dec Franciszek –rolnik
15. Hodor Stanisław –rolnik
16. Gładysz Wojciech – rolnik
17. Stec Jan – rolnik
18. Kopeć Antoni –rolnik
19. Kościelniak Franciszek –rolnik
20. Knaga Tomasz –rolnik
21. Tęcza Franciszek –rolnik
22. Bak Władysław – rolnik – kowal
23. Dudek Wojciech –młyn o napędzie
wiatrowym, pszczelarz, mechanik
24. Rogowski Jan – rolnik
25. Rogowski Maciej –rolnik
26. Cuber Józef – rolnik
27. Kosarewicz Michał – rolnik – syn
Tadeusz po wojnie scenarzysta filmowy
28. Sudoł Tadeusz
29. Grdeń
30. Dziuba
31. Kosarewicz Mikołaj – rolnik
32. Kobylarz Walenty – rolnik
33. Pudlak Józef –rolnik
34. Szostak Ludwik –rolnik – szewc
35. Sutyła Franciszek
36. Kobylarz
37. Bal Bartłomiej – rolnik
38. Bal Jan –rolnik – sołtys
39. Bzikot Jan – rolnik
40. Miśkiewicz Jan –rolnik
41. Chudzik Władysław – mieszkał w szkole
– kierownik szkoły
42. Kołodziej Jan –rolnik, woźny szkolny
43. Górz Feliks – rolnik – spokrewniony z
księdzem Galikiem
44. Górz Stanisław – rolnik
45. Kowal Jan – rolnik
46. Szot Ludwik – rolnik
47. Kowalowa
48. Kureń Leon – rolnik
49. Kureń Józef –rolnik
50. Serafin Franciszek
51. Skrybant Michał –rolnik
52. Piekarz Maciej
53. Piekarz Paweł
54. Tęcza Karol –rolnik
55. Rogowski Michał - rolnik- krawiec
56. Sobala Piotr –rolnik
57. Klimas Józef syn Kazimierz rolnik
58. Marut Szczepan –rolnik
59. Marut Stanisław –rolnik- szewc
60. Puzio Franciszek – rolnik, wikliniarz
61. Grębowiec Piotr – rolnik
62. Dydyński Kazimierz – rolnik –
pszczelarz – kolejarz
63. Sobala Michał – rolnik
64. Cuber Piotr– rolnik
65. Groszek Jan – zamordowany przez
Ukraińców
66. Piekarz Piotr
67. Burdzy Jakub – rolnik
68. Burdzy Stanisław –rolnik
69. Baran Wojciech – rolnik – działacz
samorządowy
70. Baran Andrzej- rolnik
71. Sudoł Michał –rolnik
72. Garboś Bronisław –rolnik
73. Martka Tomasz – rolnik
74. Sudoł Franciszek – rolnik
75. Winogradzki Walenty –rolnik –
wieloletni kościelny
76. Kureń Andrzej – rolnik
77. Tęcza Bartłomiej – rolnik
Ul. Zielona
1. Meretka – zastrzelony przez rabusiów w
1943 r.
2. Kozioł Jan
3. Gwoździeński Antoni
4. Gwoździeński Jan
5. Halicki Konstanty
6. Janusz Józef
7. Tokarz Bronisław
8. Burdzy Franciszek
9. Misa Franciszek
10. Ostrowski Jan
11. Żak Władysław
12. Malec Franciszek – tkacz
13. Tęcza – Dworak
14. Szot Julian – szewc
15. Wojtowicz Wojciech –sklep
16. Krawczyk Michał –szewc
17. Cuber Feliks – właściciel dużego
gospodarstwa
18. Partyka Agnieszka – mąż
Franciszek w Kanadzie
19. Partyka Bronisław- rolnik – drugi
zawód kucharz
20. Chmielowiec Wojciech –rolnik
21. Nitek Antoni
22. Cygan Andrzej
23. Cygan Antoni
24. Cygan Józef
25. Furtak Karol –sklep
26. Sutyła Maria
27. Kureń Stanisław
28. Szot Stanisław – rolnik
29. Rębisz Józef – rolnik
30. Furtak Józef
31. Paciorek Honorata
32. Cisowski Władysław – rzeźnik
33. Grdeń Wincenty
34. Bławat Wojciech
35. Chrostek Franciszek - gajowy
36. Majewicz Jan
37. Krzyżak Władysław
38. Drozd Adam
39. Kobylarz Stanisław
40. Piekarz- Gancarz Ludwik
41. Szot Michał –szewc
42. Jarosz – Cygan Jan
43. Zięba Maria
Ul. Dolna Zielona
1. Szwed Michał – zwany czarnym
Michałem
2. Brzuszek Ludwik
3. Kozioł Aleksander
4. Kozioł Edward – wikliniarz
5. Drozd Józef –działacz samorządowy
- syn Franciszek kapitan AK
6. Woś Leopold – rolnik- pszczelarz
7. Górak Wincenty –rolnik i
pracownik alabastrowi
8. Dudek Stanisław–rolnik-pszczelarz
9. Kopeć Antoni – nauczyciel- zięć
Dudka –zmarł przed wysiedleniem
na Zachód
10. Krawczyk Mikołaj – zamordowany
przez Banderowców
11. Salamon Bronisław
12. Sikora Stanisław – rolnik i
sezonowy robotnik
13. Majdański Józef – rolnik i
sezonowy robotnik
14. Sabat Stanisław – rolnik
15. Misa Antoni
16. Ożga zwany Abraham
17. Babula Franciszek – rolnik –stolarz
meblowy
18. Babula Władysław – rolnik,
żołnierz AK
Ul. Nidwy
1. Martka Józef
2. Martka Marcin
3. Misa Józef
4. Radomski Kazimierz
5. Garboś Jan
6. Gancarz Franciszek
7. Jeniec Kazimierz
8. Jeniec Franciszek
9. Broniewicz Franciszek –cieśla
10. Kobylarz Adam
11. Jaskóła Błażej
12. Wdowiak Jan
13. Targosz Józef
14. Kachel Franciszek – siłacz podnosił
zębami stół i beczkę piwa
15. Fiołek Leopold
16. Kachel Józef
17. Ziarkowski Jan
18. Ziarkowski Wojciech
19. Ziarkowski Franciszek
20. Dziuba Stanisław
21. Dziuba Michał
22. Zając Józef
23. Kotulski Jan
24. Turbak Jan
25. Zawiślak Kazimierz
Ul. Kamień
1. Martka Wojciech
2. Hardyn
3. Probala
4. Pasek Kazimierz
5. Miśkiewicz –bankier płaczek
6. Iwanicki Michał
7. Kwiecień Józef
8. Gancarz Franciszek
9. Fiołek Leopald
10. Prus Jan
11. Prus Józef
12. Prus
13. Izdebski
14. Połowniak
15. Miśkiewicz Adam
16. Bednarz Błażej
17. Kubala Franciszek
18. Kuchta Jan
19. Paczkowski Bolesław
20. Jeniec Franciszek
21. Jeniec Wojciech
22. Probala Kazimierz
ŁUKOWIEC WIŚNIOWSKI
ZWANY STARYM ŁUKOWCEM
1. Sudoł Stanisław
2. Starkiewicz Jan
3.Starkiewicz Stanisław
4.Kryciński Feliks
5.Delczyk Józef
6.Krawiec Józef
7.Skowron Jan
8.Cacaj Józef
9.Litwinski
10. Chrząstek Bronisław
11. patro
12. Stadnik Antoni
13. Sudoł Wojciech
14. Krawiec Wojciech
15. Dąbal Agnieszka
16. Sroga Marian
17. Szwed Karol
18. Janusz Jan zwany Wór
19. Szwed Feliks
20. Puzio Jakub
21. Pawlik Kazimierz
22. Majdański Tomasz
23. Mróz Franciszek
24. Krawczyk Tadeusz - malarz
25. Małkowicz Anna
26. Burdzy Karol
27. Majdański Jan- stolarz
28. Watras Walenty
29. Kozioł Antoni
30. Siekierski Michał
31. Szczęch Antoni
32. Lejba Adam
33. Cebula Jan
34. Stadnik Michał
35. Stadnik Władysław
36. Zięba Piotr –wyjechał do USA
37. Tenderys Michał
38. Kantor Antoni
39. Szczęch Adam – rolnik i gajowy
40. Kalita Tomasz
41. Gaweł Józef
42. Krawiec – Barciś
43. Puzio Piotr
44. Woś Józef
45. Świątek Antoni
46. Malec Stanisław
47. Grdeń Kazimierz
48. Dziuba Feliks – Kramarz
49. Ożóg Bronisław (Korytarz)
50. Drozd Michał
51. Drozd Władysław
52. Domański
53. Szot Antoni
54. Piekarz Antoni
55. Szewczyk Andrzej
56. Chudzik Wojciech
57. Iskra Władysław
58. Burdzy Władysław - Masek
59. Piechuta Andrzej
60. Siekierski Franciszek
61. Wyka Andrzej
62. Janusz Adam
63. Malec Józef – ulica But
64. Siekierski Michał
65. Janusz Wojciech - But
66. Kosior Andrzej
67. Kata Adam
68. Kosior Wojciech
69. Kosior Wawrzyniec
70. Węglarz Michał - But
71. Łukawska Anna
72. Janusz Jan
73. Ożóg Andrzej - But
74. Puzio Władysław
75. Kowal Władysław
76. Jung – Salamon - But
77. Marek Wincenty
78. Furtak Kazimierz
79. Jeniec Kazimierz
80. Siekierski Jan
81. Wojnas Piotr – stolarz - But
82. Korczyński Piotr
83. Ziemiański Piotr
84. Dziuba Józef
85. Babiak Józef
86. Krawiec Józef
87. Faszynkieder Antoni
88. Szulak Katarzyna
89. Sendyka Ludwik
90. Kozdroń Stanisław
91. Kurpisz Jan –Wełyczko
92. Miszczak Antoni
93. Chrapek Szczepan
94. Wołowiec Michał
95. Drapała Szczepan
96. Wołowiec Józef
97. Chmura Józef
98. Kosior Wawrzyniec
99. Jała Stefania
100. Pomykała Władysław
101. Gildener (narod.
żydowskiej)
102. Krutysa Józef
103. Bittner ( narod. żydowskiej)
104. Martka Jan
105. Martka Władysław
106. Martka Józef
107. Szewczyk Jan i Halina
108. Lejba (narod. Żydowskiej)
109. Dikman (narod. żydowskiej)
110. Saja Antoni
111. Kućma Józef
112. Krauzer (narod. żydowskiej)
113. Kućma Stanisław
114. Grdeń Franciszek
115. Chmura Maria
116. Ziemiańska Zofia – sklep
117. Wierzbicki Jan -młynarz
118. Chrząstek Jan
119. Maciąg Andrzej synowie Dolek i
Leon - księża
120. Dziubak Wojciech
121. Saja Marcin
122. Skrybant Ludwik – córka Izabela –
Tercet Egzotyczny
123. Połowniak Kacper
124. Rejman Józef
125. Polak Maria
126. Kurzawa Jan
127. Kurzawa Antoni
128. Fila Aleksander
129. Stępień Stanisław - wójt
130. Stępień Jakób
131. Kozioł Antoni
132. Meretka Anna
133. Wolak Józef
134. Górz Józef
135. Luboch Antoni
136. Kowal Piotr
137. Kotulski Franciszek
138. Sidor Józef
139. Puzio Józef
140. Maciąg Michał
141. Maciąg Franciszek
142. Skowron Adam
143. Maciag Stanisław
144. KotulskiWawrzyniec
145. Kotulski Jan
146. Rytwiński Antoni – fotograf
147. Połowniak Tomasz
148. Pupa Józef
149. Kowal Jan
150. Wróbel Józef
151. Sendyka Antoni
152. Dziuba Stanisław
153. Mytych Antonina
154. Ł abuś Antoni
155. Zawiślak Zofia
156. Wą s Bolesław
157. Babula Antoni
158. Mytych Antoni
159. Oko Franciszek
160. Prus Stanisław
161. Tę cza Julian
162. Ordon Jan
163. Ordon Władysław
164. Krzyżak Jan
165. Babula Jan
166. Brzuszek Franciszek
167. Staroń Franciszek
168. Korzystka Władysław
169. B łądek Wojciech
170. Wróbel Antoni
171. Zięba Antoni
172. Garboś Jan
173. Sarama Michał
174. Wilk Adam
175. Zybura Jan
176. Zatorski – właściciel sklepu
177. Onyśków Antoni
178. Ordon Jan
179. Pł oskonka Jan
180. Babiak Władysław
181. Przepiórka Jan
182. Kopeć Jan
183. Wiśniewski
184. Lepionka Wiktor
185. Stec Wojciech
186. Lepionka Karol
187. Puzio Franciszek
188. Gł adysz Wojciech
189. Rą czka Antoni
190. Ordon Piotr
191. Przepiórka Antoni
192. Koleński Michał
193. Kryciński Kazimierz
194. Puzio Ludwik
195. Szwed Jan
196. Łazica Józef
197. Zembroń Józef
198. Waliłko Józef
199. Reguła Michał
200. Dul Adam
201. Kosior Andrzej
202. Wacyra Jan
203. Mokrzycki Władysław
204. Godyń Antoni
205. Kotulski Adam
206. Maciąg Józef
207. Kozioł Wojciech
208. Kozioł Alojzy
209. Kurzawa Ludwik
210. Starzyk Ludwik
Uwagi do spisu Łukowian!
Pierwszą wersję spisu wykonali pan
Jan Kuchta i pan Grzegorz Woś.
Wersje tę rozesłałem do kilku osób z
prośbą o naniesienie poprawek. Z
zadania tego najlepiej wywiązał się pan
Tadeusz Malec z Chomiąży, który
pokserował spisy i porozdawał je
znajomym łukowianom –
pamiętającym jeszcze wieś. Najlepszą
poprawioną wersję otrzymałem od pani
Kazimiery Ptak z domu Pawlik. Pani
Ptak podzieliła Stary Łukowiec na
ulice i powypisywała nazwiska
mieszkańców tak jak je zapamiętała
chociaż spis ten jest niekompletny, bo
brakuje w nim około 80 nazwisk, to
jednak jest i tak najlepszy. Byłem u
kilku starszych osób z Łukowca –
niestety wielu z nich nie jest już w
stanie nic nowego wnieść do spisów.
Pani Ptak podzieliła Łukowiec
Wiśniowski na ulice (ulice te nazwał
podobno ksiądz Wanatowicz). Były to
takie nazwy jak: Kościelna, Szlachecka
Górka, Warszawka, a pani Ptak
wymienia jeszcze Bidaczów, Olszany i
Międziaki. Pani Katarzyna nie
wymienia nazw But czy Abisynia - ,
choć też te nazwy były w powsze-
chnym użytku. Pierwszy – bazowy -
spis mieszkańców Łukowca
Wisniewskiego otrzymałem od Pana
Józefa Mokrzyckiego z Wykrotów koło
Nowogrodzca. Bardzo pomocnym w
uzupełnieniu wykazu Łukowian okazał
się też pan Jan Kryciński, który podał
mi około 60 brakujących imion
gospodarzy. Dzięki niemu spis ma
mniej braków. Przy okazji pragnę też
podziękować panu Kazimierzowi
Ozdze za przesłaną mi mapę Łukowca.
Pan Kazimierz zachęca mnie, aby na
tej mapie ponumerować domy i u dołu
wpisał odpowiadające tym numerom
nazwiska gospodarzy. Nie wiem czy
jest ktoś dzisiaj w stanie to zrobić – no
może ktoś z Chomiąży (pan Tadeusz
Malec przy pomocy pani Ptak albo pan
Kryciński. Kończąc te króciutkie
wyjaśnienia pragnę zaznaczyć, że
starałem się, aby spisy łukowian – te z
pierwszych wersji jak najmniej
poprawiać. Zdawałem sobie, bowiem
sprawę z faktu, że jak zacznę w nich za
mocno grzebać to stanie się one całko-
wicie nieczytelne. Pewne nazwiska
uzupełniłem, a także wpisałem bardzo
dużo imion właścicieli gospodarstw.
Należy stwierdzić, że spis odzwie-
rciedla stan rodzin na Łukowcu w
około 90% nie więcej. Z pewnością
brakuje jakichś nazwisk – myślę też, że
mogą być i błędy w imionach
gospodarzy, gdyż osoby pamiętające
Łukowiec często podają imiona synów
czy najstarszych synów jako
gospodarza pomijając imiona ojców.
Reasumując to, co udało się zebrać-
prezentuję:
Odznaczenie
29 września 2009 roku, na pikniku Seniora,
w Osieku, koło Lubina zostałem odznaczony
Krzyżem Czynu Zbrojnego Polskiej Samoobrony na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej, za udział w obronie
Polaków na Kresach Wschodnich II RP
przed zbrojnymi formacjani OUN-UPA w
1939-1945 roku oraz za Popularyzację i
Utrwalanie Pamięci o Ludziach i ich
Czynach w Walce o Niepodległość Polski
podczas II Wojny Światowej i Po jej
Zakończeniu. Wyró żnienie mojej osoby
dotyczy oczywiście tej drugiej części tytułu
odznaczenia.
Pragnę gorąco podziękować Panu
KAZIMIERZOWI OZDZE - Członkowi
Zarządu Stowarzyszenia Kresowian w Dzierżoniowie, z którego inicjatywy nadano mi
ten krzyż i który pofatygował się osobiście
do Osieka i Lubina, aby uczestniczyć w
uroczystym nadaniu mi tego wyró żnienia.
Także serdecznie dziękuję Panu Kazimierzowi FURTAKOWI, za udział w uroczystości i wszystkie starania zwi ązane z
uroczystą oprawą przy wręczaniu mi krzyża.
[ZDJĘCIE]
Siedzę wraz z Kazmierzem Furtakiem
Opracował: Franciszek Burdzy
[adres pominięty]
tel. [numer telefonu pominięty]
[ZDJĘCIE]
Od lewej: mój syn Michał, ja, Maksymilian Jarmużek, weteran
Władysław Górski i pan Kazimierz Ozga.